Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2014-02-09

Maria Piasecka

Przypowieść o znaczeniu runy Mannaz


MANNAZ

motto
człowiek opoką dla człowieka
ciałem kruchym
i opowieścią



Mannaz był bystrym młodzieńcem, o rozległej wiedzy i głębokiej intuicji, miał dobrą pamięć i szlachetne serce. Jednak gdy ojciec, umierając, czynił go swym następcą i przekazywał insygnia Tego Który Niesie Pomoc, nie omieszkał synowi przypomnieć:

– W istocie niczego ci nie brakuje, byś pełnił swą powinność. Zalet posiadasz aż nadto. Jednak twoje człowieczeństwo jeszcze się nie dopełniło.

– Mam się ożenić? – spytał Mannaz, biorąc z rąk ojca czarnego koguta i płaszcz podbity niedźwiedzim futrem.

– Nie tylko to.

– Dzieci wychować na godnych mieszkańców Ziemi Run?

– Nie tylko...

Mannaz domyślił się, że odpowiedź nie przyjdzie w słowach, lecz w życiu. Żegnając umierającego ojca stawał się Tym Który Niesie Pomoc. Jego los był przesądzony. Mam pomagać ludziom, myślał, a więc moje człowieczeństwo będzie się dopełniać w pomaganiu.

Minęło parę lat, Mannaz ożenił się, żona powiła mu syna i córkę. Do jego chaty, stojącej na uboczu, przychodzili ludzie z darami, a on leczył ich lub służył radą, a często szedł do wsi, by ratować kogoś w opresji, wypędzić złe moce ze starej chałupy lub pobłogosławić nową. Dla każdego znalazł odpowiednie zioła, amulety z dobranymi runami, stosowne rytuały dziękczynne i ofiarne.

Pewnego dnia Mannaz wybrał się do wioski z wywarem ziołowym, by zrobić okład na zranioną nogę chorego chłopca. Niedaleko swej chaty spotkał kilku nieznajomych, wychudzonych mężczyzn w łachmanach. W pierwszej chwili poczuł do nich niechęć, lecz natychmiast przywołał się do porządku. Przecież jestem Tym Który Niesie Pomoc, uprzytomnił sobie, jakby nagle uleciał mu ten fakt z pamięci. Nie myśleć źle o innych... Z pewnością na tym polega człowieczeństwo, o którym wspominał ojciec.

– Zapraszam do mojej chaty – rzekł życzliwie. – Żona was nakarmi, odzieje, a ja niedługo wrócę i dam wam krzepiące zioła.

– Dzięki ci, dobry człowieku – odrzekli nędzarze. – Odyn cię wynagrodzi. A może Loki... – dodał jeden z nich, czego Mannaz już nie usłyszał.

Być może zaniepokoiłby się ponownie, gdyby usłyszał ostatnie słowa, lecz był już myślami przy chorym chłopcu, do którego szybko zmierzał. Gdy zrobił mu okład i chciał wracać do domu, młody Grimeld, szykujący się na wyprawę, poprosił Mannaza o radę, jakie runy wyryć na rękojeści miecza. Potem przybiegła Saldhi i błagała o skrypt runiczny na miłość, gdyż upatrzyła sobie pewnego dzielnego wojownika.

W rezultacie Mannaz wrócił do siebie grubo po północy. Po ciemku wszedł do chaty i za progiem potknął się o coś. Skąd tu wziął się stołek? – szepnął pytająco. W odpowiedzi usłyszał słaby jęk, dochodzący z kuchni.

– Tu jestem, na podłodze przy oknie... – wykrztusiła cicho żona.

– Co się stało!? – krzyknął Mannaz spiesząc do niej po omacku.

– Pobili mnie, gdy broniłam twojego koguta. Zabili go i zjedli. A twój płaszcz niedźwiedzi pokroili ze złości.

– Gdzie dzieci?

– Bezpieczne...

Mannaz przeniósł żonę na posłanie, przykrył pledem, chwycił swój miecz i wybiegł z chaty. Ślady kilku stóp na śniegu prowadziły w stronę lasu. Nie musiał iść daleko. Świt nowego dnia ukazał mu zakrwawione zwłoki ciał rozszarpanych przez wilki.

Mężczyzna długo nie mógł dojść do siebie. Nie dawały mu spokoju pytania: Jak to się mogło stać? Dlaczego coś takiego jest możliwe? Ojciec mówił mi o samych dobrych stronach człowieka, nigdy nie wspominał, że gość może zniszczyć i splądrować dom gospodarza, że mężczyzna może pobić kobietę, że ktokolwiek mógłby zbezcześcić insygnia Tego Który Niesie Pomoc. Człowiek człowiekowi wilkiem, nie bratem i wilki wszystkich rozszarpią, mówił do siebie w rozpaczy, chociaż w głębi był przekonany, że tylko nieliczni zdolni są innym zadawać cierpienie. Przesiedział na stołku do wieczora z głową wspartą o dłonie. Położył się wreszcie, lecz nie mógł zasnąć i co chwilę zrywał się z łóżka, by przemierzyć izbę długimi krokami.

Mijały kolejne dni, a Mannaz nie wybierał się do wioski, zaś ludzi, którzy do niego przychodzili, odsyłał z niczym. Chodził natomiast na coraz dalsze spacery z stronę lasu i kamiennych wzgórz.

– Jesteś Tym Który Niesie Pomoc, nie wolno ci jej odmawiać – przypominała mu któregoś dnia żona. – Od lat pomagasz ludziom i żaden z mieszkańców Ziemi Run nie zawiódł się na tobie. Potrafisz doradzić w trudnych sprawach, pocieszyć i wskazać zioła wypędzające najcięższe choroby. Ludzie zginą bez ciebie.

Mannaz znieruchomiał. Długo patrzył w okno, za którym widniała w oddali ściana lasu, potem przeniósł wzrok na bawiące się na podwórzu dzieci, wreszcie spojrzał w oczy żonie.

– Zginą. Ale nie beze mnie. Wszyscy zginą wkrótce – powiedział z naciskiem.

I zwierzył się żonie ze swego odkrycia. Gdy zdruzgotany ludzką nikczemnością wędrował po lasach i wzgórzach, natrafił na drewniane tablice, wypełnione starym runicznym pismem, wypalonym ogniem na dębie. Sporo czasu zajęło mu odczytanie pisma, jeszcze więcej zrozumienie tekstu, a najwięcej uznanie go za prawdę. Choć gdyby nie przekonał się na własnej skórze o ludzkiej niegodziwości, włożyłby ten tekst między bajki. Bo ludzka podłość to koniec świata! I właśnie o końcu świata mówiły stare runy, głosząc, że rychło nadejdzie Ragnarök, koniec świata bogów, zatem i ludzi, a nastąpi po wielkiej bitwie, jaką bogowie stoczą ze złymi mocami. Przebiegły i podstępny bóg Loki, razem z psem Garmem i wężem Jormungandem, stanie u steru okrętu zbudowanego z trupich paznokci i wraz z olbrzymami stoczy śmiertelną walkę z bogami. Potem nastąpi koniec wszystkiego.

Mannaz nie wątpił oczywiście w to, że kiedyś umrze, lecz myśląc o końcu świata stawiał sobie pytania, na które nie potrafił odpowiedzieć. Sądził, że wie, kim jest i zna dobrze swoje miejsce wśród ludzi. Leczył, przepowiadał przyszłość, lecz dlaczego właściwie tym się zajmował? I jaki był sens robienia czegokolwiek, skoro wszystko miał pochłonąć Ragnarök?

Tablice mówiły również o wielu innych rzeczach, o tym, że sami wpływamy na swe czyny i na bieg życia, o łączności człowieka ze wszystkimi bytami Ziemi i przestworzy, o tym, że nasze życie zależy od innych ludzi, tak jak życie innych zależy od nas. Mannaza pochłonęła jednak tylko myśl o końcu świata. Komu moja pomoc jest potrzebna, skoro i tak wszyscy wkrótce zginą, myślał. Ruszył jednak ostatecznie do wsi, choć w głębi duszy nie widział w tym sensu. Po części czuł, że bez ludzi, którym, pomagał, nie jest sobą. Ale co miał im powiedzieć?

Pierwsza przybiegła do niego Sifrid, prosząc:

– Odpraw dla mnie ceremonię nowej chaty, tą trzydniową, z bębnem i ogniem, gdyż bez niej nie odważę się tam zamieszkać.

– Nie bój się, zamieszkamy niedługo na okręcie z trupich paznokci – rzekł obojętnie Mannaz i poszedł dalej.

Friga zawołała go do swej chaty, błagając:

– Wypędź złe moce z mojego Hardlafa. Leży teraz otępiały, a przed chwilą biegał po podwórzu z młotem, krzycząc, że jest Thorem i zatłukł konia. Ja mogę być nastepna...

– Niedługo cały świat chwyci za młot i topór – powiedział Mannaz, omijając zdumioną Frigę.

Potem okrążyli go mężczyźni szykujący się na wyprawę i chcieli zioła na zranienia oraz runy zwycięstwa.

– Róbcie, co chcecie. Nic już nie ma znaczenia. Zbliża się Ragnarök. Kto komu i jak

może pomóc? Skoro Ragnarök nadchodzi niszcząc wszystko, żyjcie tak, jakbyście mieli jutro umrzeć. Spełniajcie swoje zachcianki. Cóż warte jutro niosące śmierć? Trzeba natychmiast zakosztować pełni życia – wymamrotał obojętnie i ruszył z powrotem do swej chaty, zostawiając własnemu losowi zdumionych i przerażonych mieszkańców wioski.

Mannaz nie czuł się już Tym Który Niesie Pomoc. Postanowił czekać na Ragnarök czytając runiczne teksty, wypalone na drewnianych tablicach. Jeszcze raz odczytał straszną przepowiednię, a następnie zaczął uważnie odcyfrowywać kolejne wiersze zapisanego tekstu, tym razem koncentrując się uważnie na ich znaczeniu.

Wyczytał, iż w dawnych czasach najwięksi magowie dopełniali tajemnej ceremonii. Runiczny tekst przekonywał, że dzięki owemu rytuałowi można zajrzeć w głąb samego siebie. Cóż lepszego można zrobić w obliczu końca świata? Może w ten sposób lepiej zrozumiem swoje życie, zadumał się Mannaz i postanowił poddać się doświadczeniu. Pora była odpowiednia, gdyż nadchodziła wiosna. Przygotował więc kamienie, na których wyrył runy, i ułożył je dokładnie według wskazówek z drewnianych tablic. Kiedy pierwsze promienie słońca w dniu przesilenia oświetliły Ziemię Run, siedział na najwyższym okolicznym wzgórzu i z twarzą zwróconą na wschód, koncentrował wzrok na stosie kamieni. Słońce wznosiło się powoli, a kiedy światło znalazło szczelinę między kamieniami, natychmiast przedarło się przez wąską przestrzeń i padło na siedzącego człowieka.

Mannaz poczuł, że rozpada się na tysiące cząstek. Był nimi wszystkimi naraz a jednocześnie każdą z osobna. Ogarniał świadomością wszystko, co istnieje i czuł, że wszystko to jest jednocześnie nim samym. Słyszał w sobie własny głos, który śpiewał:

światło rodzące światło
ja jeden i wszystek z niego
nim jestem
wiedzący o sobie tyle tylko
że jestem jedynym i każdym

Nagle Mannaz poczuł, że ziemia pod nim zadrżała i wzgórze, na którym siedzi zaczyna się obracać się w niwecz. Kamienny stos rozsypał się, w niebo wzbiła się chmura pyłu, a on zaczął spadać w dół jak głaz osuwający się w przepaść. Pochłaniają mnie czeluście piekła Hel, przeraził się. Gdzie teraz wrócę? – przemknęło mu przez myśl. Nagle zadrżał, widząc nacierający na siebie okręt z paznokci trupów. Przy sterze stał bóg Loki, a jego śmiech zdawał się rozrywać Mannazowi uszy i głowę. Ale wtem dojrzał ponad sobą jakieś wirowanie. Wiał wiatr, a z ziemskiego prochu na nowo formowało się wzgórze... Mannaz zapragnął własnym ciałem osłonić je od wiatru, by nie szarpał tworzących się kształtów. To pragnienie wystarczyło, by przestał odczuwać pod sobą lodowatą czeluść Hel. Widok scalania tego, co się rozsypało, rozpromienił Mannaza. Poczuł miłość do ziemi i do tworzącego się na nowo wzgórza.

Nagle otworzył oczy. Słońce oświetlało kamienny stos już pod innym kątem. Co będzie, to będzie, pomyślał Mannaz, ale nie dopuszczę do siebie końca świata, ani do moich ludzi. Jestem człowiekiem, pomagam ludziom, leczę ich i przepowiadam im przyszłość, lecz ponadto stanowię moc ducha, która dzięki miłości spaja i wciąż na nowo formuje. Nie wiedział Mannaz, skąd płyną rodzące się w nim myśli, ale zaczął rozumieć, że Ragnarök nie jest odległą katastrofą. Spełnia się w każdej chwili, jeśli do niego dopuścić, ale też w każdej chwili istota ludzka może przeciwstawić rozpadowi i zagładzie miłość. Dlatego właśnie bogowie obdarowali nią człowieka i po przegranej bitwie wskrzesi ona na nowo życie do życia.

Mannaz był uradowany. To miłość sprawia, pomyślał, że człowiek jest człowiekiem, to ona świadczy o człowieczeństwie, o to właśnie chodziło mojemu ojcu, gdy przed śmiercią wręczał mi koguta i płaszcz. Teraz jestem naprawdę gotów pomagać ludziom.

Ruszył energicznie do wsi. Miał wyrzuty sumienia, że na długo zostawił jej mieszkańców bez opieki, a zarazem cieszył się, że teraz będzie umiał z głębi serca służyć im mądrością i doświadczeniem. Wreszcie znał prawdę, którą chciał głosić, czując, że uszczęśliwi nią ludzi i przyniesie im ulgę w cierpieniu. Skierował się najpierw ku nowej chacie Sifrid, by odprawić ceremonię okadzania, o którą niegdyś prosiła. Dziewczyna wybiegła mu naprzeciw, ale na jej twarzy nie było śladu radości. Nie dała mu dojść do słowa, krzycząc:

– Nie podchodź do mojej chaty! Już za późno! Zniszczyli ją ci, którym kazałeś robić, co im się podoba! Masz serce z kamienia, może kamień ci powie, kim powinieneś być!

Mannaz postanowił za parę chwil zająć się Sifridą, lecz najpierw ruszył do chaty Hardlafa, by wypędzić z niego szaleństwo. Mężczyzna siedział wysoko na dębie rosnącym przed chatą i żałośnie jęczał:

– Tylko drzewo wie, gdzie moja żona odeszła, tylko drzewo wie, kim jestem, tylko drzewo ci powie, kim jesteś, znajdź swoje drzewo, zły człowieku...

Mannaz nie wiedział, co się dzieje, lecz zanim zdołał cokolwiek zrozumieć, usłyszał wokół siebie groźne pomruki. Otoczyli go młodzieńcy, którym nie wyrył niegdyś na rękojeściach mieczy run zwycięstwa.

– Kazałeś nam robić, co chcemy – krzyczeli jeden przez drugiego – i staliśmy się jak zwierzęta. Jak nie-ludzie, bo zwierzęta są dobre. Wynoś się stąd i zapytaj swojego psa, kim ma być człowiek!

Mannaz nie próbował nic więcej robić. Nikt by go wysłuchał. Spuścił głowę i czym prędzej ruszył w drogę powrotną do domu, a w uszach mu pobrzmiewały słowa: kamień, drzewo, zwierzę... Dlaczego ludzie nie pamiętają moich dobrych rad i uczynków? Dlaczego za jeden błąd mnie przeklinają? Jak mam im pomóc? Czym jest pomaganie? W czym można pomóc? Kiedy? Komu? Odyn stracił oko i zaczął widzieć niewidzialne, Heimdal stracił ucho i zaczął słyszeć niesłyszalne – mruczał Mannaz, wspominając słowa swego ojca, który opowiadał mu historie bogów, olbrzymów i karłów. Co musiałbym stracić, żeby zrobić niezrobione dla ludzi potrzebujących pomocy? Zwłaszcza teraz, gdy dowiedziałem się tego, czego inni nie wiedzą? Stracić samego siebie? A może nie wiem jeszcze tego, co najważniejsze? Może właśnie kamień, drzewo i zwierzę mi pomogą?

Mannaz wrócił do domu i nie mówiąc żonie o swoim niepowodzeniu, uprzedził ją, że następny dzień spędzi w odosobnieniu. Gdy nastał świt wyruszył w kierunku wzgórza. Chodził długo po kamienistej ziemi, wybrał wreszcie spory, granitowy głaz, usiadł opierając się o niego plecami, zamknął oczy i oddychał spokojnie. Po jakimś czasie zapytał: jesteś dla mnie wielkim, twardym, ciężkim kamieniem, dzieckiem ziemi, a ja kim dla ciebie jestem? Mannaz chciał całym sobą usłyszeć jakąś odpowiedź, ale kamień mówił swoim językiem milczenia, na który człowiek był głuchy.

Gdy słońce wzniosło się wysoko, zawiedziony i zrezygnowany Mannaz wstał i poszedł do lasu. Może tu się czegoś dowiem, pomyślał z nadzieją i krążył wśród drzew, aż przyciągnął jego uwagę dorodny jesion. Usiadł pod nim, oparł się o jego pień, oddychał przez pewien czas spokojnie, a gdy poczuł, że jednoczy się z jesionem, zapytał: jesteś dla mnie wysokim, szumiącym, pachnącym drzewem, dzieckiem ziemi i nieba, a ja kim dla ciebie jestem? Mannaz czekał na odpowiedź, a drzewo mówiło swoim szumiącym językiem, na którego człowiek nie rozumiał.

Powoli zapadał wieczór. Niepocieszony i zrezygnowany Mannaz skierował kroki ku domowi. Z oddali na spotkanie wybiegł mu jego wilczur Fenris i zaczął radośnie lizać dłoń swego pana, poszczekując i kręcąc ogonem. Może ty, mój wierny, szybki, sprytny Fenrisie, powiesz mi, kim dla ciebie jestem? – spytał Mannaz. A wilczur mówił do swego pana szczekającym i „merdajacym” językiem, którego człowiek nie rozumiał.


– Cóż ci przyniosło odosobnienie? – spytała żona, widząc rozczarowaną twarz Mannaza, gdy pojawił się na progu chaty. Zwykle, po wielu godzinach, a czasem dniach spędzonych w odosobnieniu, jej mąż wracał bogatszy w nową wiedzę, podarowaną mu po części przez przyrodę, by mógł lepiej służyć ludziom.

– Kamień to kamień, drzewo to drzewo, pies to pies – wyrecytował lakonicznie mężczyzna. – A chciałem się dowiedzieć, kim jest człowiek... Kamień milczał. Drzewo szumiało. Pies szczekał. Nie mam odpowiedzi. Wiem, że muszę znów iść do ludzi. Bez nich nie jestem sobą. Co im powiem?

I Mannaz wyznał żonie, co przydarzyło mu się w wiosce, gdy pojawił się tam ostatnim razem.

Wystarczyło, że zaczął mówić, by myśl popłynęła za myślą, słowo za słowem. Czasem jedno następowało po drugim płynnie i sensownie, a czasem chaotycznie i zgrzytliwie. Nie przejmował się tym, że miesza wiedzę z niewiedzą i nie oceniał, co jest mądre, a co zabrzmi niedorzecznie:

– Ja też potrzebuję pomocy i chcę ją przyjąć... Moje życie zależy od innych, tak jak życie innych ode mnie... Muszę zachęcać do okazywania przyjaźni i troski, dzięki temu ludzie czują, że należą do jednej rodziny... Znienawidzili mnie, gdy powstał chaos i jeden kosztem drugiego robił, co chciał... To na pewno przewrotny Loki odsłonił przede mną ludzką słabość i próżność. Ale przywary wchodzą w skład cnót. Człowiek bywa dla nas opoką, ale też – kimś kruchym, podległym śmierci... Jako Ten Który Niesie Pomoc chciałem myśleć za innych... Jeżeli ujrzymy kwiat, prośmy o jego piękno, jeżeli ujrzymy morze, prośmy o jego siłę... Spójrz z otwartym sercem w oczy drugiej istocie a ujrzysz sieć wyrd, sieć przeznaczenia i będziesz wiedział, co robić – jak rozpoznać tego, który nam pomoże... Nie każdemu da się pomóc... Nie da się przeżyć życia za drugiego człowieka... Trzeba się z tym pogodzić... To Loki chciał wyprostować moje ścieżki, gmatwając je przewrotnie, i pokazał mi, że moja służba i pomoc mogą się obrócić w swoje przeciwieństwo, niosąc więcej szkód niż pożytku... Trzeba dać ludziom wolną rękę, a nie prowadzić za rękę. Dać wolną rękę to dać taką pomoc, która niesie wolność.

Mannaz zamilkł i wziął oddech.

– Mówisz i mówisz, a twierdzisz, że nie znasz odpowiedzi... – dotarł do niego głos żony. – Nie masz być może gotowej odpowiedzi, ale masz opowieść. Niekończącą się historię ludzkiego błądzenia po lasach, wzgórzach i po własnych myślach, szukania pomocy i współczucia u drzew i zwierząt, u ludzi i bogów. Po prostu idź do wioski z opowieścią.

– Z opowieścią? Czy na tym ma polegać moje człowieczeństwo? – zadumał się Mannaz i zamilkł.


Ten Który Niesie Pomoc spał tej nocy głęboko. Następnego dnia rankiem poszedł spokojnym krokiem w stronę ludzkich siedzib. Na ramię zarzucił torbę z ziołami i nożem do wycinania run. Czuł, że jego opowieść jest dojrzała, ale wciąż otwarta i nie zakończy się, dopóki będzie żył. Nie wiedział jednak dokładnie, jaką za każdym razem przybierze formę, opuszczając jego serce.


Maria Piasecka

Komentarzy nie ma.