Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2014-01-05

Maria Piasecka

Przypowieść o znaczeniu runy Ehwaz

EHWAZ

motto
klacz i ogier
mężczyzna i kobieta
dusza i ciało w jednym zaprzęgu
dotrą dalej, wzniosą się wyżej


Hrolf Stary czuł, że zbliża się do kresu swych dni. Był mądrym i dzielnym władcą, wiele dobrego zrobił dla Ziemi Run i poddani pragnęli, by jego imię zachowała pamięć potomnych. Nie ustawali w prośbach, by książę zechciał utrwalić swe czyny dla wnuków oraz przyszłych pokoleń. Ludzie przychodzą i odchodzą, a ich pamięć jest zwykle zawodna – Hrolf dobrze o tym wiedział. Gdy uległ wreszcie poddanym, długo się zastanawiał, który rzemieślnik mógłby spełnić jego zamysły i w jakim materiale warto uwiecznić własne czyny.

– Kamień najdłużej przechowa pamięć o twych dokonaniach – mówili doradcy. I dodawali – jedynie mocne, gładkie bloki z Granitowych Gór wyjdą zwycięsko z próby czasu.

W Granitowych Górach mieszkał i pracował młody, zdolny kamieniarz Kund, który na wielu już pamiątkowych głazach wyrył bogów, smoki i węże połykające własne ogony, gady wijące się wokół smukłych dwudziestu czterech run, ułożonych kolejno lub ustawionych wedle reguł tworzenia magicznych skryptów. Wybór więc padł na Kunda.

Goniec wysłany przez Hrolfa wezwał mężczyznę przed oblicze księcia. Kamieniarz usłyszał jego prośbę, która w istocie była rozkazem. Wrócił do domu strapiony. Nie chciał pracować pod naporem czasu, gdyż kamień tego nie lubił. Ponadto zdawało mu się, że ostatnio szczęście go mniej lubi i brak mu weny twórczej. Tym razem wymagany był kunszt i pośpiech. W każdej chwili Norna Verdandi mogła przeciąć nić życia władcy, zaś Hrolf chciał nie tylko ujrzeć swój głaz przed śmiercią, ale też sowicie wynagrodzić rzemieślnika.

Żona Kunda, Modir, z czułością przywitała męża po powrocie z książęcego dworu i postawiła na stole posiłek. Jednak kamieniarz nie zabrał się do jedzenia z apetytem, jak to czynił zazwyczaj. Usiadł ciężko na zydlu przy palenisku, ujął głowę w dłonie i zamyślił się. Modir miała wrażenie, że stało się coś wyjątkowego. Nie chciała męża o nic pytać, nie zwykła go ponaglać, jednak gdy mijała godzina za godziną, a Kund ani drgnął, Modir podeszła do niego i delikatnie położyła dłoń na jego ramieniu.

Kamieniarz wstał, przeszedł się po izbie kilka razy, usiadł przy stole i opowiedział żonie o nowym zamówieniu.

Skąd troska na twarzy męża? – zdumiewała się skrycie Modir. Niejeden raz na zlecenie dzielnych wojów Kund rył runy oraz sceny z życia bogów i ludzi, czując radość i dumę, a potem zbierał pochwały i nagrody, gdyż dłonie miał silne, precyzyjne i wrażliwe. Tym razem pamiątkowy kamień zamówił władca na łożu śmierci – czy jest to powód do zmartwień? Przeciwnie – myślała Modir – jest to powód do dumy i okazja do wykazania się swą biegłością.

– To wielkie wyróżnienie, z którego należy się radować – rzekła do męża. – Będziesz mógł w pełni rozwinąć skrzydła i pokazać, co potrafisz.

Ale zmartwiony Kund sprawiał wrażenie, jakby nie słuchał żony. Nie odezwawszy się więcej, poszedł spać. Wczesnym rankiem zarzucił cieplejszą kapotę i wyruszył na poszukiwanie odpowiedniego kamienia.

Praca posuwała się wolno. Kund wiedział, co ma się znaleźć na głazie, książę bardzo dokładnie wyjaśnił mu, jakie obrazy i runy chce tam widzieć. Lecz nie tylko treść miała stanowić o wartości dzieła.

W centrum płaskorzeźby książę chciał widzieć runę Ehwaz, majestatyczną jak góra, o dwóch ostro zakończonych szczytach. Miała ona, jak wszystkie runy, sens magiczny i oznaczała dwa konie w jednym zaprzęgu, połączone tym samym zadaniem, zespolone we wspólnej pracy, tak jak Hrolf Stary zjednoczony był ze swoim ludem w czasie wojny i pokoju.

Kund zaczął więc ryć Ehwaz, lecz robota mu nie szła. Wychodząca spod dłuta runa wydawała się przyciężka, niemal toporna, brakowało jej lekkości i siły, kruchości i mocy, tej doskonałości, którą podziwiał w źdźbłach młodej trawy, w giętkości wierzbowych witek czy też w galopie pędzących koni, które w następnej kolejności miał wyrzeźbić. A przecież Hrolf chciał, by jego czyny zostały w kamieniu utrwalone jak żywe...

Dni płynęły wartko. Stary książę niecierpliwił się w obawie przed śmiercią. Posyłał do kamieniarza gońców, którym zdawało się, że prace posuwają się pomału, a nawet jakby stoją w miejscu. A dłuto i młotek Kunda na przekór wszystkiemu ryły i stukały o kamień coraz wolniej i oporniej. Rzeźbiarz nie mógł znaleźć sposobu na swą niemoc. Czasem siedział całymi dniami przed głazem nie dotykając nawet narzędzi. W domu przeważnie milczał lub spał. Czuł, że najlepiej byłoby przeczekać okres bezsilności, ale czas naglił.

Modir martwiła się zdrowiem męża, patrząc jak markotnieje z chwili na chwilę, lecz nie chciała go pocieszać ani dawać rad. Wiedziała, że mąż musi kłopoty przetrawić w sobie. Jako kamieniarz do wszystkiego doszedł własnym wysiłkiem i talentem, nigdy nikogo nie słuchał i dumnie odwracał się od pomocnej dłoni. Często powtarzał: „Sam wiem, co mam robić i sam to zrobię najlepiej”. Kobieta zajęła się więc tym, co lubiła najbardziej –projektowaniem nowego haftu i dobieraniem do niego kolorowych nici.

Minął kolejny dzień niemocy Kunda. Kamieniarz dotarł do domu zmęczony – bardziej duchem niż ciałem – i usiadł zrezygnowany przy stole. Chciał poprosić żonę o dzbanek wody, ale kiedy zobaczył, jak mocno jest skupiona na swojej pracy, sam wstał i podszedł do cebrzyka. W przelocie zerknął na haftującą Modir. Gdy wracał do stołu z wodą, jeszcze raz spojrzał na układ kolorowych nici, tym razem dłużej zatrzymując na nich wzrok. Usiadł wreszcie na stołku i już podnosił kubek do ust, gdy nagle zaniepokojony zerwał się i ruszył w stronę Modir.

Kobieta pochylała się nad sporym kawałkiem płótna naciągniętego na drewnianą ramę i wyszywała roślinny wzór. Kund, nie odrywając wzroku od rąk żony, podszedł jeszcze bliżej. W kompozycji haftu oraz w jego detalach zachwyciła go lekkość, delikatność i ruch. Nie umknęło jego uwadze, że kwiaty na materiale nie mają najlepszych proporcji i niezbyt harmonijny jest ich układ, ale było w tym życie – właśnie to życie, które pragnął bezskutecznie pochwycić młotkiem i dłutem, by utrwalić w swoim kamieniu. Zastygł zdumiony, a jego twarz na chwilę pojaśniała.

Tej nocy budził się wiele razy, a gdy wytrącona ze snu Modir patrzyła na niego półprzymkniętymi oczami, wydawało jej się, że mąż stacza w sobie zaciekłą walkę.

Rano, kiedy tylko słońce rozproszyło ciemności, Kund obudził żonę i poprosił, by poszła z nim do pracowni. Zgodziła się bez słowa. Do granitowego głazu dotarli szybko. Kund stanął przed kamieniem, wskazał żonie narzędzia, wytłumaczył pobieżnie jak ich używać i rzekł z wahaniem:

– Spróbuj, proszę, w wyryty kształt runy Ehwaz tchnąć życie, tak jak to uczyniłaś w swojej roślinnej kompozycji.

Modir odruchowo cofnęła się. Po raz pierwszy dotknęła kamieniarskiego dłuta i młotka. Po raz pierwszy też mąż ją poprosił o taką pomoc... Trzymając narzędzia w dłoniach czuła podwójnie ich ciężar. Kund czekał w napięciu. Kobieta stanęła przy głazie i zaczęła nieporadnie ostukiwać wyryty w nim znak. Niektóre brzegi runy zaokrąglała, gdzie indziej pogłębiała rowki. Wkrótce zapomniała o całym świecie, wyobrażając sobie, że wyszywa na płótnie swoją ukochaną łąkę, bogatą w zioła, trawę i kwiaty. Gdy zabolały ją ręce, odłożyła narzędzia i popatrzyła na męża. Kund stał przed głazem rozpromieniony. Zmęczenie z jego twarzy znikło. To oddalał się, to podchodził, nie poznając znaku, który kilka dni temu wyżłobił.

Kamień wypełniał się szybko postaciami, przedmiotami i magicznymi runami. Kiedy jednego dnia pojawiali się na nim bogowie, rycerze, konie albo węże, na drugi dzień martwe kamienne kształty, dotknięte przez Modir, nabierały życia. Statki i drzewa wychodziły spod dłuta Kunda precyzyjne i kształtne lecz nieruchome, a za chwilę wiatr wypuszczony z dłoni Modir poruszał żaglami, gałęziami i drobnymi listkami. Wspólna praca tak małżonków pochłonęła, że nie wiedzieli rzeźbiąc, czy żyją w rzeczywistym czasie na Ziemi Run, czy w pradziejach wespół z bogami i olbrzymami, czy z Hrolfem Starym w przeszłych latach, które dawno temu odeszły.

Wreszcie ukończone dzieło zostało zawiezione na dwór księcia. Hrolf nie posiadał się z zachwytu. Nie sądził, że głaz okaże się tak piękny, a jego zasługi dla ludzi oddane jak żywe i chciał wynagrodzić Kunda hojniej niż pierwotnie zamierzał. Wręczył mu skrzynię pełną kosztowności, a dodatkowo – złote runy, które z dawien dawna przechodziły w jego rodzie z pokolenia na pokolenie.

Kamieniarz odebrał zapłatę i tego samego dnia czym prędzej wrócił do domu.

Świece w chacie Kunda i Modir, zapalone wieczorem, płonęły do rana. Małżonkowie w swym łożu sporą część nocy spędzili gawędząc, przekomarzając się i drocząc. Kund przekonywał żonę, że złote runy jej się należą, gdyż to ona tchnęła życie w kamień. Modir natomiast upierała się, że życie nie przetrwa bez kształtu i słusznych proporcji, które stworzył Kund, i złote runy należą się właśnie jemu.  

Maria Piasecka

Komentarzy nie ma.