Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2013-12-08

Maria Piasecka

Przypowieść o znaczeniu runy Berkano

BERKANA motto
w lesie młodości
w koronie liści
dotknij deszczu jak brzoza
w jasne gałęzie brzemienna


Ze swojej pierwszej wyprawy Guurd wrócił ciężko ranny. Nikt nie przypuszczał, że przeżyje. Cios zadany toporem był głęboki, niemal śmiertelny. Kiedy odzyskał świadomość, nie rozpaczał, ani nie czuł strachu. Ból okaleczonego ciała był dla niego zaledwie jedną z licznych przeszkód na drodze życia. Odkąd pamiętał, zawsze je napotykał. Wiedział, że należy walczyć, by przeżyć. Każdy dzień był nowym wyzwaniem i nieustannym zmaganiem się z samym sobą. Zahartowany w bojach i w pokonywaniu własnych słabości, Guurd stał się twardy i wymagający. Niezachwianie wierzył, że pobłażanie sobie i innym przystoi kobietom i dzieciom, a rozczulanie się nad sobą oraz łzy odbierają wojownikowi moc. Zresztą tak został wychowany. Matka często powtarzała: prawdziwy mężczyzna nie jest mazgajem...

Postanowił skończyć z płaczem, kiedy miał zaledwie cztery lata. Był wrażliwym chłopcem. Starsze dzieci wyśmiały go, gdy przytulał się do brzozy o złamanym konarze: z drzewa wyciekał sok, a po policzkach małego Guurda płynęły łzy. Wstydził się bardzo i chętnie zapadłby się pod ziemię, lecz zdawało mu się – i było w tym dla niego sporo pociechy – że brzoza do niego szepcze w swoim szumie: „ulitowałeś się nade mną, ja też się nad tobą ulituję...”

Z wiekiem oczy Guurda coraz bardziej schły a serce stygło. Zdarzały się jednak dni, kiedy ze wspomnień dzieciństwa wyłaniały się myśli łagodzące wojownika. Guurd odsuwał je i starał się, by jak najrzadziej go nachodziły. Życie układał tak, aby nie było w nim miejsca na słabość.

Wyprawy wojenne mijały jedna za drugą. Guurd nie potrafił już zliczyć, ile razy zasiadał za wiosłami łodzi, ani obcych krajów, z których przywoził łupy. Choć uważano go za jednego z najwaleczniejszych wojowników, czuł, że jego dzielność nie jest w pełni doceniana przez mieszkańców Ziemi Run. Gryzło go, że towarzysze wypraw niekiedy podśmiewali się z niego, że – owszem – potrafi sprostać trzem przeciwnikom na raz, ale jest bezradny wobec własnej żony.

Otóż Guurd wraz z żoną Vaną nie mogli doczekać się potomka i to właśnie stało się największą udręką wojownika. Kochali się namiętnie, ufali rytmom księżyca, pili napary z lawendy z dodatkiem nasion i owoców jesionu, często spożywali fasolę i miód z leśnych barci, używali niekiedy rzadkich korzeni zdobywanych na dalekich wyprawach. Guurd nawet zaniechał piwa, które z czasem odbiera mężczyźnie moc w lędźwiach. Po latach niepowodzeń małżonkowie postanowili, że poradzą się w tej sprawie mądrej Eir, zielarki i Zaklinaczki Run.

Vana wyjęła ze skrzyni swoją najpiękniejszą srebrną bransoletę w kształcie węża, Guurd przygotował największą skórę z upolowanego przez siebie wilka, jakby pragnęli prezentami oczarować mądrą Eir, byle tylko wróżba wypadła pomyślnie i dała im jakąkolwiek nadzieję. Zielarka podziękowała za prezenty, lecz uprzedziła małżonków:

– Nie ode mnie zależy, co powiedzą Runy. Mądre pytanie to mądra odpowiedź. O co właściwie chcecie zapytać?

– Czy... – natychmiast odezwała się Vana, lecz Eir jej przerwała.

– Mądre pytanie nie rozpoczyna się od „czy” – stwierdziła stanowczo.

Vana zmieszała się i spojrzała bezradnie na męża. Przecież po to tylko tu przyszli z prezentami: żeby dowiedzieć się, czy będą mieli potomstwo. Guurd jednak nie sprawiał wrażenia zakłopotanego i po chwili zapytał:

– Jak Runy sądzą, dlaczego nie możemy mieć dzieci? I co nam radzą?

Mądra Eir kazała Guurdowi zamknąć oczy. Wręczyła mu skórzany woreczek z kompletem dwudziestu czterech run wyrytych na kamieniach i zabarwionych krwią.

– Myśl o postawionym pytaniu i przekaż kamieniom ciepło swoich rąk – zaleciła, a sama rozścieliła na ziemi sporej wielkości skórę niedźwiedzia z wyrysowanymi kołami i tajemnymi znakami.

– Wyjmij z woreczka dziewięć kamieni, tych, które same lgną ci do palców i proś o wsparcie Odyna, który wisiał dziewięć dni i dziewięć nocy na jesionie Yggdrasillu – nakazała i gdy Guurd to uczynił, wzięła kamienie z jego rąk i rzuciła na niedźwiedzią skórę. Osiem upadło znakami do dołu. Na dziewiątym kamieniu widniał znak przypominający ostro zakończone kobiece piersi.

Eir długo milczała, jakby szukała słów, w których dałoby się wyrazić mowę kamieni. Wreszcie powiedziała:

– Wróżba nie wypadła pomyślnie. Twoja moc życiowa, Guurdzie, jest zbyt sucha i dlatego właśnie Vana nie może być brzemienna.

Małżonkowie w smutku opuścili głowy.

– Ale jest na to rada – dodała po chwili Zaklinaczka Run. – Jest drzewo, które wie, jak zrodzić płodne nasiona. Musisz odnaleźć, Guurdzie, królową wszystkich brzóz, Berkanę.

Eir nie miała nic więcej do dodania. Małżonkowie w milczeniu wrócili do domu. Następnego ranka Guurd wyruszył na poszukiwanie tajemniczej brzozy. Wiele dni minęło zanim znalazł taką, która byłaby dostatecznie rosła i piękna. Odnaleziona brzoza lśniła w słońcu, wznosiła wysoko delikatne i prężne ramiona, a koroną liści prawie dotykała nieba. „A więc dotarłem do celu...” – pomyślał rozradowany Guurd, a serce upewniło go, że znalazł upragnione drzewo. Przypomniał sobie szept brzozy z dzieciństwa: „ulitowałeś się nade mną, ja też się nad tobą ulituję”.

Któż lepiej rozumiał brzozy, jak nie on? „To Berkana!” – krzyczał i śmiał się w głos. Widział już oczami duszy swoją Vanę brzemienną i szczęśliwą, widział siebie piłującego drewno na kołyskę, a potem rzeźbiącego na niej opiekuńcze runy, widział uznanie w oczach innych wojowników.

Lecz nagle jego radość zgasła tak szybko jak się pojawiła. Nie wiedział, co ma teraz uczynić, jaki powinien być jego kolejny krok... Znalazł brzozę, ale co dalej? Czy ma pokłonić się Berkanie i wrócić do domu? Czy może wypowiedzieć jakieś zaklęcie? Czy zaśpiewać pieśń wojownika? Czy zerwać gałązkę lub chociaż listek i wziąć ze sobą? Bo przecież Zaklinaczka Run nie zdradziła mu, jak powinien postąpić, gdy dotrze do celu...

Zwykle cel kojarzył się Guurdowi z walką, z oszczepem wymierzonym w przeciwnika. Był sygnałem dla dłoni wojownika, by chwytały za miecz. Ale teraz przeciw komu miałby wyciągnąć miecz lub unieść topór? Guurd po raz pierwszy w swoim twardym życiu poczuł się bezradny i zagubiony. Jego uda, które Vana porównywała do okutych żelazem wioseł, stały się kruche jak wypalone drewno.

Guurd usiadł przy Berkanie tak, by całymi plecami przylegać do jej pnia. Już dawno nie odpoczywał w lesie, oparty o brzozę, a przecież w dzieciństwie robił to bardzo często. Czuł, jak rozluźniają się więzy, którymi przez całe lata był skrępowany. Zdawało mu się, że nie tylko pragnie dziecka, ale sam jest dzieckiem niosącym ogromny ciężar w sercu – ciężar minionego życia i całkowitej niewiedzy, która zawładnęła nim teraz. Chciał się pozbyć brzemienia, które przygniatało go jak głaz nagrobny a zarazem oplatało i krępowało jak bluszcz. Lecz sytuacja była zbyt nowa, by znaleźć na nią sposób.

Nieznana przeszkoda stała się zbyt wielkim wyzwaniem dla wojownika. Nie miał i nie znał broni, by walczyć z takim przeciwnikiem. I uczynił rzecz dla siebie dotąd niemożliwą. Jego pęd do pokonywania przeszkód nie napotkał żadnego oporu. Zrobił to, czego nigdy jeszcze w dorosłym życiu nie uczynił i nie śmiał uczynić. Zapłakał.

Spojrzał w górę przez łzy. Berkana dotykała nieba. Wysoko uwieńczona listowiem, miała przepiękne, lśniące gałęzie, które kołysały się na wietrze. Guurd wstał szybko, jakby chciał lepiej dojrzeć koronę zielonych, drżących liści. I świat przed oczami wojownika zawirował. Guurd stracił równowagę, a upadając uderzył głową o brzozę tak mocno, że srebrzysta kora pękła z trzaskiem. Z pnia trysnął sok.

Guurd poczuł na ustach wilgoć. Zaczął łapczywie pić. Każda kropla soku dodawała mu sił i przywracała życie. Ale było to jakieś inne, nowe życie. Przez chwilę wydawało się Guurdowi, że jest listkiem unoszącym się w przestworzach, potem – że jest gałązką brzozową, wreszcie – małą brzózką, a po chwili – całym lasem. Dziecięcym, młodym, lśniącym i wibrującym w słonecznym powietrzu.

Wojownik zamknął oczy. Poczuł się jak niemowlę zwinięte w półokrąg wewnątrz brzozy, tam gdzie korzenie drzewa przechodzą w pień. Jak na poduszce unosił się na perlistym, pachnącym świeżością soku. Płynął wyżej i wyżej, a sok pod nim pienił się i buzował z coraz większą mocą. Wreszcie siła soku wypchnęła go z pnia w koronę drzewa, ku światłu i niebu.

Guurd otworzył oczy i otarł rękawem twarz mokrą od deszczu, który w międzyczasie zaczął padać. „Pora wracać” – pomyślał. – „Vana za mną tęskni. I ja za nią też”. Podniósł się i lekkim, energicznym krokiem ruszył do domu.

* * *

Kiedy po roku Guurd ostrzył miecz na kolejną wojenną wyprawę, czuł się człowiekiem odmienionym i odrodzonym. Właśnie skończył wycinać opiekuńcze runy na kołysce swego synka, którego dopiero co powiła Vana.

Maria Piasecka

Komentarze: 2

1. Wydanie papierowe? • autor: Krabat (2013-12-12 10:03:21)

Pani Mario,

czy planuje Pani wydanie książkowe? Przypowieści są piękne i chciałbym zachować je "dla potomności".

Pozdrawiam serdecznie

[foto]2. Cieszyłabym się, gdyby... • autor: Maria Piasecka (2013-12-17 08:44:31)

Cieszyłabym się, gdyby to było możliwe...