Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2013-06-18

Maria Piasecka

Przypowieść o znaczeniu runy Nauthiz

NAUTHIZ

motto

choroba to bezruch i ciasna obręcz
ale dostajesz wtedy wieści
od siebie do siebie



Raewil trząsł się z zimna. Powieki mu ciążyły. Z trudem uniósł głowę i spojrzał na dogasające na morzu ognie. Widział płonące szczątki swej floty. Szły na dno w obcym kraju. Oprzytomniał. Znalazł się na lądzie – ale w jaki sposób? Pamiętał tylko, że ludzie z jego załogi ginęli pod toporami wroga, a łodzie jedna po drugiej zmieniały się w pochodnie. Nawet nie przemknęła mu przez głowę myśl, by zawrócić flotę i uciekać. Nie chciał wracać do swojego kraju pokonany. Rozpędził łódź i uderzył w największą jednostkę wroga.

Jarlowie z rady plemiennej najbardziej odpowiedzialne zadania wyznaczali zwykle jemu. Czcił boga wojny Tyra, i bóg go wspierał. Gdy prowadził swoje zastępy do walki, ludzie wierzyli mu ślepo. Potrafił mądrze pokierować bitwą, a w razie opresji wyprowadzić z niej wojów bez szwanku. Nie zdarzyło się jeszcze, by z wyprawy wrócił pokonany. Długo dopisywało mu szczęście. Jednak tym razem wróg zaskoczył go swoją liczebnością. Raewil dał sygnał do ataku wiedząc, że klęska jest nieunikniona. Gotował się na śmierć w boju na wodzie rad, że nie skona jak krowa leżąca na sianie.

W jaki więc sposób znalazł się na lądzie?

Ból dokuczał mu w całym ciele. Mimo to podniósł się i ruszył przed siebie. Nad ranem, wyczerpany i głodny, znalazł wykrot pod drzewem. Ułożył się tam i zasnął. Męczyły go lodowate dreszcze na przemian z gorączką. Raz zapadał w letarg, raz odzyskiwał świadomość. Przez pamięć przemykały mu sceny z Ziemi Run, zaś obrazy domu, floty i boga wojny Tyra, mieszały się z dręczącymi widziadłami, w których najstraszliwsza z trzech Norn, Verdandi, zbliżała się do niego z nożycami, by przeciąć nić jego życia.

Kiedy wreszcie na dobre się przebudził i otworzył oczy, zobaczył nad sobą drewnianą powałę. Gdzieś z boku dochodziło bulgotanie, jakby wrzącej wody. Odwrócił z trudem głowę. Przy kuchni stał mężczyzna w jasnej szacie, pochylał się nad dymiącym garnkiem i coś do niego wrzucał.

Raewil znów osunął się w ciemność i ujrzał przed sobą jak żywe Urd, Skuld i Verdandi – trzy Norny, władczynie czasu: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Nieprzerwanie tkały Wyrd, sieć przeznaczenia. Raewil nie mógł dostrzec swojej nitki życia. Verdandi zamieniła się w wielkiego pająka i zmierzała ku niemu. Wysnuwała z siebie już nie nić, ale gruby sznur i jednym ruchem przewiązała nim Raewila.

Wojownik przebudził się pełen strachu. Poczuł wokół swej piersi ucisk, jakby metalowa obręcz ciasno przylegała mu do ciała. Z trudem oddychając uniósł powieki. Obok niego siedział mężczyzna w sile wieku i podawał mu kubek z parującym napojem. Raewilowi zdawało się, że człowiek ten ma tylko jedną rękę, ale nie był pewien swoich spostrzeżeń. Uniósł głowę i zaczął pić. Czuł, jak ziołowy napar orzeźwia go i wzmacnia. Chciał zapytać nieznajomego o imię, ale głos odmówił mu posłuszeństwa.

– Możesz mówić do mnie Nauthiz – wyjaśnił mieszkaniec chaty, jakby czytał w myślach swego gościa. – Znaczy to: obręcz albo krzesiwo. Ale mniejsza o moje imię. Czasem pomagam ludziom, gdy znajdą się w potrzebie.

Raewil chciał jak najprędzej i za wszelką cenę usłyszeć, że wypite zioła wrócą mu zdrowie. Skoro już dane mu było przeżyć... Łatwiej polubić śmierć w bojowym szale niż w chorobie, pomyślał.

Nauthiz uśmiechnął się.

– Zioła nie mają cudownej mocy i nie wyleczą cię, jeśli sam nie zwalczysz swej choroby – powiedział. – Jest ona jak pierścień, który sam musisz rozciąć, jak to czyni wojownik.

– Wbić w siebie topór? To znaczy umrzeć? – z przerażeniem zapytał Raewil.

– Gdy strach przed śmiercią zniknie, choroba stanie się dla ciebie zdrowiem – odpowiedział tajemniczo mężczyzna i zalecił pić napar.

Raewil połknął kolejną porcję ziół i zapadł w sen. Widział w marzeniach, jak bóg wojny Tyr rzuca w niego toporem. Kiedy śmiercionośne ostrze uderzyło go w pierś, usłyszał dźwięk, jakby metal uderzył o metal. Obudził się z krótkim okrzykiem i zaraz umilkł czując wokół piersi ucisk obręczy. Przekonany, że sen jest znakiem rychłej śmierci – może od połamanych żeber? – opowiedział go siedzącemu przy łóżku opiekunowi.

– Jesteś zły na swą niemoc – rzekł Nauthiz. – Lecz przecież dzięki niej możesz zapytać o sprawy, które od dawna cię trapią. Choroba to jakby wieści od siebie do siebie. Gdyby nie ona, czy zapytałbyś siebie o śmierć, która jest przecież twoim rzemiosłem? I czy zobaczyłbyś swój strach mając się za nieulękłego? Sen pokazał ci być może, iż topór, który podnosisz na innych, powinieneś skierować na siebie. Czy wiesz, z kim prowadzisz wojnę, gdy walczysz?

Gospodarz chaty podał choremu kolejny kubek z ziołami i wyszedł z izby. Raewil powoli sączył napój. Zamyślił się. Popadł w stan, którego dotąd nie zaznał, jako człowiek czynu i wojownik. Myślał intensywnie o swoim położeniu, o walce i o śmierci, a zwłaszcza o Tyrze ze swego snu. Kim właściwie był jego bohater z dzieciństwa, wzór, który starał się naśladować? Wiedział, że jest jednorękim bogiem wojny, że mieszka w Asgardzie i cóż poza tym?

Zaniepokoiły go ogromnie słowa Nauthiza. Skierować na siebie topór? Pozbawić się życia? Zamiast wrogów zabić siebie? Mieszało mu się w głowie, a dziwny opiekun nie kwapił się, by cokolwiek wyjaśnić, choć wydawało się, że zna odpowiedź na niejedno trudne pytanie.

Po kilku dniach kuracji Raewil trzymał już pewnie kubek z ziołami, choć ucisk wokół piersi nie ustępował. Wojownik nie dostrzegał, ani dotykiem nie wyczuwał w tym miejscu żadnego metalu, jednak wyraźnie ciasny pierścień utrudniał mu oddychanie. Nie mógł także zapanować nad swoją myślą. Wciąż miał przed oczami ukochanego boga Tyra, patrona walczących jarlów.

I nagle zadał sobie pytanie, którego dotąd nie stawiał – dlaczego Tyr ma tylko jedną rękę?! To nonsens! Jak można walczyć jedną ręką? Można nią psocić jak złośliwy figlarz Loki, ale walczyć? Ojciec opowiadał mu w dzieciństwie, że drugą rękę odgryzł Tyrowi wilk. Ale czy wilk może zagrozić bogu wojny? Raewil obudził się drżący i spocony.

– Musisz uderzyć w siebie toporem i zajrzeć do środka – usłyszał głos Nauthiza. – Wówczas odpowiesz sobie na wszystkie niepokojące cię pytania.

Mimo meczących myśli i dręczących pytań, słabość Raewila ustępowała. Najpierw odważył się spacerować po izbie, potem zaczął wychodzić przed chatę. Kiedy pewnego dnia po raz kolejny wyszedł na zewnątrz, by popatrzeć na zielone lasy ciągnące się po horyzont, usłyszał poza szumem lasu szum morza i poczuł jego słony zapach niesiony przez wiatr. Zatęsknił za ojczyzną. Ale jak miał się tam pokazać zniesławiony i okryty hańbą? Jak spojrzeć w twarze wdów poległych wojów? Co powiedzieć osieroconym dzieciom? To było gorsze niż śmierć. Choć zaczął się jej lękać i wierzył w ocalającą moc ziół, pożałował, że nie poległ w bitwie.

„Skoro chcesz umrzeć, zadaj cios sam sobie” – pomyślał. „Tak jak ci radził Nauthiz.” I zdecydowany na wszystko wojownik zaczął szykować na siebie swój bojowy topór, który nazywał „Wilczym Gromem”. Po paru godzinach pracy jego ostrze było wąskie jak włos, a wypolerowane do białości żelazo lśniło niczym tafla wody. Raewil wstrzymał oddech wpatrując się w topór. Zdawało mu się, że widzi tam zarys postaci. Początkowo przymglona, nabierała powoli wyraźnych konturów i barw.

„To Tyr” – szepnął Raewil z trwogą. Bóg wojny trzymał w ręku topór skierowany ku niemu. Ale – bóg miał także drugą rękę! Głaskał nią wilka, który groźnie szczerzył kły a zarazem wyczekująco spoglądał na swego pana.

– Jeśli wyżej podniesiesz topór – zdumiony Raewil usłyszał głos boga – zobaczysz w jego blasku, że dla wroga wystarczy jedna ręka. Druga jest potrzebna do ciągłej walki z sobą samym. Z wilkiem w sobie. Gdy siebie zabijesz, kto z kim będzie walczyć? I kto pogłaszcze twojego wilka?

Raewil poczuł na ramieniu znajomy dotyk i odwrócił się. Zdawało mu się, że koło niego stoi Nauthiz, ale nie miał pewności. To był raczej bóg Tyr we własnej postaci, i tylko jego oczy przypominały mu oczy właściciela chaty, gdy ten podawał lecznicze zioła. Tyr, patrząc na Raewila wymownie, powiedział:

– Masz w sobie moc, która nie jest jałowa. Jesteś w stanie obdzielić nią innych i zadbać o ich życie. Czekają na ciebie.

Obaj wiedzieli, że Raewil jest już gotów, by ruszyć w drogę powrotną do Ziemi Run. Tyr przygotował dla niego łódź. A na pożegnanie wręczył mu przedziwny dar – dwa krzemienie.

– Niełatwo jest wykrzesać z siebie wewnętrzną siłę i stawić czoła najtrudniejszym zadaniom, tak jak niełatwo jest pogłaskać samego siebie. Czyń, co powinno być zrobione. Niech krzesiwo ci przypomina, że tarcie twardej obręczy losu rodzi iskrzenie ducha.

Tyr odszedł, a Raewil, wsiadając do łodzi, odetchnął pełną piersią. Nie czuł już ucisku żelaznej obręczy i gotów był stanąć twarzą w twarz z mieszkańcami Ziemi Run.


Maria Piasecka


Maria Piasecka

Komentarzy nie ma.