Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2007-01-07

Wojciech Jóźwiak

Zerwana nić
Odpowiedź Mirosławowi Miniszewskiemu na: 'Neopogaństwo to imitacja'

Najpierw jako wstęp: z Mirosławem Miniszewskim przyjaźnię się od lat, jest On także jednym z najwytrwalszych autorów "Taraki", więc naturalniej będzie mi pisać to co mam do powiedzenia, zwracając się do Niego po imieniu.


Mirku! Tak, ja też jestem świadom tego, że, jak pisałeś, "sam termin neopogaństwo rodzi trudności natury semantycznej". Tak, termin ten oznaczał zrazu niedochrzczonych rzymskich wieśniaków, a następnie ustabilizował się w znaczeniu "nie-chrześcijanin", przy czym w domyśle pozostawało, biorąc pod uwagę misyjność tej religii, znaczenie "przeciwnik chrześcijaństwa", albo z nutą zdziwienia: ktoś, kto uchował się nie-chrześcijaninem pomimo wysiłków na rzecz nawrócenia go, albo z nutą wyrzutu: ktoś, kto najczęściej nie całkiem świadomie od chrześcijaństwa odpadł, zaniedbując przykazania i sakramenty. Sam pisałem o tym w 8-mym odcinku "Rozważań pogańskich", dodając jeszcze, że w językach słowiańskich słowo to - poganin - obrosło dodatkowymi negatywnymi sensami, więc stało się ze szczętem spalone. Domyślam się też, że polscy neo-poganie między innymi dlatego, że wyczuwają tę fałszywą nutę w słowie "poganin" i nie chcąc przez samo słowo być wrabiani w rolę antykatolickiego stracha na wróble, zaczęli od pewnego czasu sami określać się jako "rodzima wiara" lub "rodzimowiercy", więc nazwami, które już całego tamtego semantycznego ogona za sobą nie ciągną.

Co do przedrostka neo- w nazwie "neopoganizm", to użycie jego w tym miejscu nie wydaje mi się nadużyciem. Przeciwstawiasz słuszne użycie "neo" w terminie "neokonserwatyzm", ponieważ chodzi tam o nowe ujęcie pewnego dawniejszego tematu - użyciu niesłusznemu w "neopogaństwie", gdyż inaczej niż przy neokonserwatyzmie lub neokantyzmie nie jest to nowe ujęcie (modyfikacja), tylko tworzenie czegoś na nowo, od początku. Tylko że, niestety, mamy język na tyle ubogi, że na oba wspomniane przypadki mamy to samo słowo: nowy, lub od nowa, na nowo, a po grecku neos, skąd przedrostek "neo". Może więc faktycznie neopogaństwo jest trochę innym "neo" niż neokonserwatyzm lub neoklasycyzm, ale nie aż na tyle innym, żeby owo "neo" w jego przypadku było mylące. Budowniczowie neogotyckich budowli z XIX wieku, kiedy to było modne, też nie kontynuowali sztuki budowniczych ze średniowiecznych lóż "mularskich", ale nową techniką wznosili wariacje na temat stojących tu i ówdzie gotyckich zabytków - więc w ich przypadku znaczenie przedrostka "neo" było raczej takie jak u neopogan, a nie jak u neokantystów; zresztą jak oddzielić neokantystów od kantystów bez neo, oto jest pytanie.

Bardziej jednak zastanowiło mnie to, co napisałeś (Mirosławie) w piątym akapicie Swojej wypowiedzi, że: "Europejczyk odnosi się do boskości w sposób metafizyczny - postrzega bóstwo jako transcendentne" i że jest to pojmowanie bóstwa (bóstw) przeciwne niż to, jakie było przypuszczalnie właściwe dawnym Słowianom, którzy swoje bóstwa umieszczali w tym świecie, zapewne nie mając wyobrażenia o żadnej "transcendencji" w której kryją się bóstwa.

Otóż zdaje mi się, że te dwa modele kosmosu: pierwszy "transcendentny" w którym bóstwo bytuje poza światem (zmysłowo postrzegalnym, fizycznym, materialnym, światem przyrody czy jak go nazwać), i drugi "immanentny" w którym bóstwa w jakiś sposób należą do tego świata (zmysłowego, przyrodniczego, postrzegalnego itd.), nie dają nam dobrego narzędzia, które odróżniłoby nam przestarzałe religie pogańskie od nowoczesnych religijnych wyobrażeń Europejczyków. (Umyślnie użyłem tu słów "nowoczesny" i "przestarzały", których Ty wprawdzie nie używasz, ale ponieważ używasz porównań wziętych z historii, i potem wspominasz o wyparciu i zastąpieniu dawnych poganizmów przez nowe chrześcijaństwo, więc narzuca się domniemanie, że widzisz w przemianach religijnych pojęć jakiś ukierunkowany ciąg zmian, czyli: postęp.) Wydaje mi się mianowicie, że ten model kosmosu, w którym bóstwo jest transcendentne, nie był właściwy ani starożytnym chrześcijanom - którzy, jak sugerujesz, ze swoją nową religią wyszli naprzeciw odkryciu helleńskich filozofów, którzy właśnie odkryli, iż bóstwo jest transcendentne, ani nie jest właściwy katolicyzmowi takiemu, jaki jest znany współcześnie ("realnemu katolicyzmowi", chciałoby się powiedzieć; mówię o katolicyzmie, bo o innych chrześcijańskich sektach nie mam dostatecznego rozeznania). Bóstwo transcendentne, jeśli tę ideę poprowadzić konsekwentnie, to takie, z którym nie ma kontaktu. Więc ani nie przejawia się w świecie, ani nie odbiera przekazów od ludzi. Do takiego bóstwa nie ma sensu się modlić, nie ma sensu prosić go o jakieś dary ani łaski, nie ma sensu oddawać mu się w opiekę. Oczywiście Bóg chrześcijan, a wcześniej Żydów z których ci wyrośli, takim - w mniemaniach swych wyznawców - nie był. Jehowa sam we własnej osobie widoczny pod postacią ognisto-dymnego słupa osobiście wyprowadzał Żydów z Egiptu, żeby wspomnieć jeden z setek (chyba) takich przypadków opisanych w Biblii. W postaci Ducha Świętego spowodował ciążę u Maryi, w postaci Jezusa nauczał i leczył, a później był i jest obecny na soborach pilnując biskupów, by nie pobłądzili. Po tym krótkim wstępie oczywiste jest, że być może nie ma takich rodzajów kultu, takich religijnych czynności, w których ich odbiorca byłby pojmowany jako bóg rzeczywiście transcendentny. Nie, bo bóg aby być czczony, musi w jakiś sposób być obecny w świecie a przynajmniej mieć weń jakiś wgląd, baczenie nań, czyli boską opatrzność. Rewolucja jungowska w podejściu do religii (niekoniecznie i nie tylko chrześcijańskiej, choć sam Jung usiłował pozostać chrześcijaninem) polegała na tym, że Jung głośno powiedział to, co zapewne wielu jego współczesnych czuło, że Bóg (lub: bogowie), choć go/ich nie widać w niebiesiech, to jednak przemawia do człowieka, i to nie tylko do urzędowych mediatorów-kapłanów, ale potencjalnie do każdego. A to w ten sposób, że wśród myśli i innych psychicznych doświadczeń ("treści") można wyróżnić takie, które są spoza, które nie są ludzkim produktem (produktem "ego"), ale przybyły skądś spoza człowieka, i niektóre przynajmniej z nich są boskie.

Ale co z tym bogiem transcendentnym? Wydaje mi się, że jest to koncepcja historycznie ważna, ale faktycznie będąca tylko punktem przejścia między religią jako taką, która musi mieć boga, czy bóstwa, czy w ogóle jakąś "boskość" immanentną - a ateizmem, narzucającym się zwłaszcza odkąd rozwija się nowoczesna nauka czyli science.

Powiem więcej: pogląd o bogu transcendentnym, jaki głosili tacy filozofowie, jak Kartezjusz, Kant, Spinoza lub Hegel (filozofię znam po łebkach, więc popraw mnie, jeśli mylę się co do ich listy; pomijam też starożytnych, o których wiem mało) wydaje mi się być czymś rzadkim, wręcz, jakby powiedzieli matematycy, zbiorem o zerowym prawdopodobieństwie. (Rzucając na chybił trafił idealną lotką o punktowym ostrzu w tarczę podzielona na dwa pola, trafisz w każde pole z prawdopodobieństwem 1/2, ale w linię dzielącą te pola trafisz z prawdopodobieństwem zero.) Ten pogląd jest linią graniczną między bogiem immanentnym, z którym wyznawcy są w kontakcie, a ateizmem w którym żadnego boga nie ma. Wymienieni myśliciele, którym (jak zgaduję) narzucał się ateizm, zatrzymali się wpół drogi, budując myślową konstrukcję bóstwa transcendentalnego po to, żeby w ogóle jakąś wiarę w jakiegoś boga zachować, gdyż przyznawanie się do ateizmu było w ich czasach i przy ich pozycji społecznej politycznie niepoprawne. Więc wymyślili swojego filozoficznego boga, który jakby jest, ale tak naprawdę raczej go nie ma, i niby go nie ma, ale właściwie jest.

Aha, i jeszcze ten rzekomo (jak powiadasz) transcendentny Bóg chrześcijański ma za jakiś czas przyjść, zrobić na Ziemi rozpierdziuchę, jakiej świat nie widział, zabić jednych i zmartwychwstać drugich, i dla tych, którzy Go przezornie kochali, stworzyć "nową ziemię i nowe niebo", co opisuje jedna z natchnionych Duchem św. ksiąg chrześcijańskiego pisma świętego. (Nie: żydowskiego!) To ja się pytam retorycznie, gdzie ta Jego transcendencja?

Religie zapewne dałoby się uszeregować od najbardziej "transcendentalistycznej" (Bóg gdzieś jest i robi coś, ale nie wiadomo co) do najbardziej "immanentalistycznej" ("także tu są bogowie", jak miał powiedzieć Heraklit do przybyszów którzy go zastali, gdy grzał zmarznięte nogi przy palenisku). Ale i św. Pio z pewnością rozumiałby religię skrajnie immanentalistycznie, skoro walczył z szatanami, wlokącymi go przez ognie piekielne, od czego temperatura ciała podnosiła mu się ponad skalę termometru. A potem Chrystusowi podobało się upodobnić Pio do Siebie, od czego mnichowi krew ciekła latami z ran na dłoniach. I myślę, że wśród dzisiejszych Europejczyków, gdyby ich popytać, mielibyśmy zarówno immanentalistów skrajnych, jak i umiarkowanych, i może paru chwiejnych transcendentalistów, i sporo ateistów. Z czego wniosek, że to co piszesz, i tak w przekonania neopogan nie uderza. Ze swoją religijną immanentalistyczną świadomością są oni tacy sami Europejczycy jak wszyscy: mieszczą się w istniejącym widmie poglądów.

Chrześcijaństwo w IV wieku swojej ery wygrało z "pogańskimi" religiami Rzymu nie dlatego, że było doskonalsze filozoficznie (jak sugerujesz), ale dlatego, że stosowało TERROR.

Piszesz następnie: "W świadomości ludowej religia rzymska przetrwała owszem jeszcze jakiś czas, ale ponieważ były to u swego schyłku w zasadzie obrzędy o formalnym charakterze, to nie mogły konkurować z chrześcijaństwem, które je ostatecznie wyparło. Nowa religia wchłonęła w siebie starą obrzędowość chrystianizując święta, rytuały itd." Poza tym, że brakuje mi tu wzmianki, że to "wchłanianie" wcale nie było pokojowe, to narzuca się inna wątpliwość: skoro chrześcijaństwo było religią filozoficznie doskonalszą, bo (jak mówisz) transcendentalną, to PO CO mu były tamte wiejskie rytuały, które "wchłonęło"? Na co Bogu stojącemu poza światem - jakieś dożynki? A także, widocznie tamte pogańskie rytuały nie były aż takie puste, jak sugerujesz, skoro po przyjęciu chrztu św. ich wykonawcy nie uwolnili się od nich z ulgą, ale przemycili je do nowej religii? Oczywiście sprzeczności nie ma, jeśli przyjąć, że chrześcijaństwo było także religią immanentalistyczną: wzywającą Boga i jego świętych na pomoc, przekupującą go ofiarami, bojącą się go, chwalącą go niby dworacy tyrana itd. A także posługującą się rytuałami, ani mniej, ani bardziej formalnymi co te pogańskie. Co właściwie Europa zyskała zaprowadzając sobie nową importowaną z Bliskiego Wschodu religię w miejsce własnych tradycyjnych? Przydałaby się książka, w której by to ktoś solidnie i bezstronnie zebrał i przemyślał.

Jeszcze co do odkrycia transcendencji-pozaświatowości boga przez starożytnych filozofów i rzekomej kontynuacji tej linii myślenia przez chrześcijaństwo, to w starożytności miało miejsce jeszcze jedno odkrycie, które warto tu przypomnieć, mianowicie koncepcja emanacji, tak jak u Plotyna, którego kiedyś próbowałem czytać. W modelu owym nie ma podziału na świat bez boga i boga poza światem, tylko szereg faz poprzez które świat empiryczno-materialny wyłania się z boskości i z nią zwrotnie się łączy. W tym modelu są dwa bieguny: czysty niepoznawalny boski Byto-Niebyt, faktycznie mocno odległy od "tego" świata, oraz świat tępej i martwej "bezbożnej" materii na drugim biegunie. Ale to co najciekawsze jest pośrodku, gdzie jest miejsce i na bóstwa olimpijskie, na groźne lub posłuszne demony magów, na anioły, i na ludzki umysł w różnych jego przejawach. Kabała jest przynajmniej jedną linią przekazu, która od starożytnego emanacjonizmu przetrwała do dziś. Emanacjonizm ma wiele analogii z poglądami tybetańskiego buddyzmu wadżrajany; zapożyczenia były możliwe. W każdym razie żywy jest do dziś, także wraca w przebraniu w koncepcjach psychologii transpersonalnej i myślę, że gdyby współczesnym poganom się chciało, to mogliby w nim znaleźć teoretyczną podbudowę swojej wiary. Emanacjonizm wydaje się zresztą być na tyle naturalną koncepcją, że nie byłoby dziwne, gdyby pojawił się parę razy niezależnie w różnych miejscach i czasach. W duchu emanacjonizmu przemawia przecież Black Elk, kiedy mówi: "Jesteśmy jeńcami wojennymi i trwamy tu w oczekiwaniu. Istnieje jednak inny świat." - czyli świat inny od empirycznego, świat wizji, będących dla ludzi źródłem mocy.

Piszesz, Mirosław: "Obserwując /.../ różne grupy neopogan /.../ odnoszę wrażenie, że ich pojawienie się jest zjawiskiem wpisanym w rzeczywistość ponowoczesną, gdzie na równi stawia się różne twory umysłowości ludzkiej, traktując jednako każdy jej przejaw." I dalej: "Dochodzimy tutaj do relatywizmu. Jest to wynik postmodernistycznej zawieruchy /.../ wszystko zostało zrównane w sferze wartości a 'prawdy nie ma'. A nawet jeśli myślę, że ją mam, to jest tyle samo warta, co inna. Jako takie neopogaństwo jest produktem ponowoczesności." To jest, przyznaję, ciężki zarzut. Cięższy - tak sądzę - niż pewnie myślałeś biorąc go do ręki. Bo co to znaczy? Idąc za Twoją linią zauważymy, że my wszyscy, dziś żyjący, należymy do pokolenia, które jest przeklęte. Bo wszyscy żyjemy w "epoce postmodernizmu" i jako tacy, tylko na tej podstawie, jesteśmy wraz z całą naszą epoką skazani (przez kogo?) na jałowość, na nietwórczość, na bezsensowne powtarzanie warte tyle co cokolwiek innego. Co przewidział 120 lat temu Nietzsche pisząc: "Wszystko jest puste, wszystkie jest jednakie, wszystko było!". Co ładniej brzmi w niemieckim oryginale: "alles ist leer, alles ist gleich, alles war!" Twój zarzut wobec neopogan jest ciężki przez to, że dotyczy nie tylko ich, ale kogokolwiek kto żyje i czegokolwiek, co robi w dzisiejszych "ponowoczesnych" czasach. Straszna klątwa! Ale mam na nią radę: nie przejmować się i robić swoje.

Jeszcze przyczepię się do słowa "Europejczyk", które cztery razy pojawia się w Twoim tekście, gdzie piszesz, że Europejczyk postrzega bóstwo metafizycznie i transcendentnie (czyli, jak to rozumiem, "pozaświatowo" - jeśli jest inaczej, popraw mnie), i że "współczesny Europejczyk nie widzi świata na sposób mitologiczny". Nie są to zdania opisujące stan rzeczy - bo można znakomicie wskazać wielu mieszkańców Europy, którzy bóstwo rozumieją najzupełniej immanentalistycznie lub wręcz magicznie jeśli nie animistycznie, a także rzesze takich, którzy żadnego bóstwa nie postrzegają, bo uważają, że go nie ma. Więc te zdania są postulatem: oto Ty życzysz sobie, żeby Europejczycy takie poglądy wyznawali, albo żeby mianem Europejczyków słusznie nazywać tylko tych, którzy bóstwo mają za byt poza światem, a w mity nie wierzą. (Tylko dlaczego ze zbioru owych 'dobrych Europejczyków' wyłączasz ateistów?) Ja wiem, łapię Cię za słowa, ale to tylko dlatego, że irytuje mnie to wywijanie Europejczykiem i Europą. Czy ja muszę uważać się za Europejczyka - Europejczyka w jakimś idealnym, moralnym i postulatywnym sensie? Ubiegać się o bycie Europejczykiem? Ja, mieszkaniec ostatecznie historycznych peryferii tego regionu? Przecież sześćdziesiąt lat temu Churchill i Roosevelt odmówili Polakom akcesu do Europy, rzucając ich kaukaskiemu bandycie jak kość psu. Nie przywiązywałbym się tak bardzo do tej Europy... A przy tym w neopogaństwie wyczuwam protest nie tylko przeciw chrześcijaństwu, ale i przeciw "Europie".

I jeszcze problem, który sygnalizujesz: neopogaństwo a faszyzm. "Faktem historycznym jest /.../ wpływ germańskiego neopogaństwa na niemieckich nazistów." Wpływ jakiś był, bo naziści szukali różnych literackich dekoracji dla swojego ustroju, ale przecież to nie neopoganie stworzyli narodowo-socjalistyczną partię, państwo i armię. Ruch kierowany przez Adolfa Hitlera nazwał sam siebie socjalizmem narodowym i ta nazwa była adekwatna do przedmiotu. To był socjalizm w swojej nacjonalistycznej odmianie, w odróżnieniu od socjalizmu międzynarodowego, praktykowanego w ZSRR, a w wariancie demokratycznym żywego w Europie (niestety) do dziś. Nazizm, jak żywica epoksydowa, jest tworem dwuskładnikowym, powstaje przez zmieszanie nacjonalizmu z socjalizmem. Żeby się przed nim uchronić, wystarczy nie praktykować jednego tylko składnika; gdy odrzucamy socjalizm, to i nazizm przestaje być groźny.

Należałoby jeszcze zastanowić się, czy naprawdę nić tradycji między dawną Słowiańszczyzną a nami została zerwana... ale to już kiedy indziej.

Wojciech Jóźwiak
adres
7 stycznia 2007



Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.