Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-06-16

Marcin Hładki

Zabytkowe pistolety

Sen z wczorajszej nocy, poprzedzającej Wigilię.

Razem z koleżanką przygotowywaliśmy manifestację, rewolucję, powstanie listopadowe czy inną taką zawieruchę. Coś się nie składało, mnóstwo było zamieszania i biegania, dzwonienia, umawiania. W końcu okazało się, że musimy pojść do Autorytetu Moralnego - kogoś, kto we śnie pełnił rolę intelektualnego i szanowanego przywódcy tej rewolucji.

Kiedy wszedłem do jego domu, byłem sam. Dom był właście pałacykiem, urządzonym z udającą skromność elegancją Księstwa Warszawskiego, ale wszystko było pałacowe: podwójne drzwi, wysokie, francuzkie okna, kotary, złocenia i obrazy na ścianach. Autorytet Moralny okazał się być mężczyzną występującym na czymś w rodzaju sceny w salonie tego domu. Żadnej publiczności nie było, grał dla siebie. Kiedy mnie zobaczył, nie wypadając z roli, wypowiedział cytat ze sztuki romantycznej (a może młodopolskiej?) i odwrócił się ode mnie i odszedł.
Kiedy patrzyłem na jego plecy w scenicznym, lśniącym, surducie koloru czekolady, uszytym tak, że wszędzie było pełno małych fałdek, jakby materiału było za dużo, więc kiedy tak patrzyłem jak odchodzi poczułem złość na niego, że próbuje się wykpić od zajęcia jakigokolwiek stanowiska, i że nawet do tego nie używa własnych słów, tylko chowa się za cytatem z klasyków.

Wbiegłem za nim do następnego pokoju, zaczałem wykrzykiwać i żądać jasnego opowiedzenia się, a wówczas on wyciągnął z biurka szufladę i położył ją na blacie. Było w niej pełno anachronicznych, ozdobnych, pojedynkowych pistoletów. Były ze dwie całe pary, ale bez pudełek, kilka luźnych sztuk i jeszcze kilka mniejszych, ozdobnych, jakby damskich, ale też archaicznych, z kurkami i panewkami.
Porwałem jeden z tych małych i zacząłem nim wygrażać Autorytetowi, kazałem mu stanąć pod ścianą i słuchać mnie uważnie. Zrobił to, ale niedbale i z pewnym rozbawieniem. W tym momencie koleżanka, z którą knułem na początku, wbiegła do pokoju i zatrzymała się przerażona w otwartych drzwiach. Krzyknąłem na nią, żeby zamknęła drzwi i pomogła mi z Autorytetem.
Dalej była przestraszona, niechętna temu co się dzieje, ale posłusznie zamknęła drzwi i wzięła z biurka duży pistolet pojedynkowy.

Autorytet wciąż nie chciał z nami współpracować, trochę się droczył i bagatelizował, więc żeby okazać determinację i wyładować rosnące zdenerwowanie strzeliłem w sufit.
To znaczy - chciałem strzelić, bo kiedy kurek opadł, a był to piękny, ażurowy, złoto-porcelanowy kurek, misterny jak jajka Faberge, to wewnątrz niego przeskoczyła niewielka, błękitna iskierka jak z krótkiego spięcia w kontakcie, pistolet zsyczał i wypuścił z siebie smużkę dymu. Nie było wiadomo co dalej, nie było wystrzału, ale nie był to niewypał. Autorytet zaczął coś mówić, kazałem koleżance też strzelić i jej pistolet zachował się podobnie, tylko iskierka była czerwona.

Wymachiwaliśmy w powietrzu pistoletami próbując rozniecić w nich ogień, jak dzieci wymachują patykami wyjętymi z ogniska, żeby nie zgasły ich żarzące się czubki. Autorytet, spod ściany, z podniesionymi rękoma, dawał nam rady jak postępować z tą zabytkową bronią, koleżanka chciała zajrzeć do lufy, ledwie ją powstrzymałem, sam musiałem uważać, żeby wymachując nie mierzyć w kogoś. Wszystko to nie miało już żadnego sensu, stawało się farsą, dość żałosną, nie wiadomo było co dalej zrobić, jak to wszystko przerwać.

Obudziłem się z poczuciem słabości, impotencji wręcz, ale nie seksulanej lecz powszechnej, ogarniającej wszystko.

Marcin Hładki

Komentarzy nie ma.