Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2014-05-10

Jarosław Bzoma

Wydarzenia na Placu Świętego Piotra w świetle współczesnych badań oneironautycznych.
Przypadek Karola W.

                                       Czytane 307 razy

                                    


Beatyfikacja.

(Relacja o beatyfikacji pochodzi z I Księgi „Krajobrazów mojej duszy, księgi o podróży nocnej”)

Cały dzień pamiętam, aby przed zaśnięciem umówić się z MTJ na jakieś plotki związane z beatyfikacją Jana Pawła II ( MTJ - Moja Totalna Jaźń, tak zwracałem się  wtedy do swojego wnętrza zanim poznałem imię - Szirin).

Niestety, kiedy tylko wieczorem przyłożyłem głowę do poduszki, zasnąłem snem nieprzespanym.

Coś mi się śniło, ale z całego snu zapamiętałem tylko krótki epizod. Ktoś mówi, że moje nazwisko (wymawia je prawidłowo) brzmi tak ziemiańsko. W czasie snu odbieram to stwierdzenie jak ukłon w moją stronę. Dla mnie „ziemiańsko” - znaczy „arystokratycznie”, w najgorszym razie „szlachecko”. Dopiero po przebudzeniu dociera do mnie, że „ziemiańsko” znaczy tyle, co „z planety Ziemia”. Swoją drogą ciekawe, kim był ten, który zwrócił uwagę na moje ziemskie pochodzenie?

Jest piąta rano! Chyba się wyspałem (u mnie to ewenement). No to się podostrajam.

Drogi MTJ, a może by tak w dniu beatyfikacji jakieś wariacje na temat Jana Pawła II n’est-ce-pas?

Idę wzdłuż ogromnego gmachu (jeszcze większego od lubelskiego teatru w wiecznej budowie). Budynek jest wielopiętrowy, jeszcze bez okien, nieotynkowany. Ściany wykonano z czerwonej cegły. Myślę, nieco zdziwiony: „Przecież mówili, że w »poza« są stosowane dziwne nieziemskie technologie, sam nie widziałem niczego w »poza«, w trakcie budowy. Czasem widuję coś w ruinie. A ten budynek jest z wypalonych, glinianych, zupełnie ziemskich cegieł!”. Dopiero kiedy mijam gmach (jest z mojej prawej strony), nieziemskość tego świata ujawnia się w całej pełni. Rusztowania są ze szkła albo z powietrza!!!

Na wysokości piątego, szóstego piętra, na tym powietrznym, napowietrznym rusztowaniu stoją marmurowo-kredowo-białe rzeźby. Myślę sobie, że to jakieś detale do ozdoby elewacji, ale budynek jest w stanie surowym, więc jeszcze trochę za wcześnie na ten etap.Może to coś do zainstalowania w środku? Natychmiast znajduję się we wnętrzu budynku.Wnętrze jest już w większej części wykończone. Przypomina naszą galerię handlową. Obok jakiegoś stoiska, patrząc z mojej strony, po jego prawej stronie, widzę dziewczynę w stroju podobnym do harcerskiego. Ma nawet na nogach grube getry do kolan. Dziewczyna wykonuje dziwaczny taniec do niesłyszalnej dla mnie muzyki. Gdyby nie to, że stoi na własnych nogach i się nie przewraca, myślałbym, że ma atak padaczki. Szczególne kanciaste ruchy biodrami są, jak się domyślam, istotą tego pląsu!

Podchodzę do otworu, w zewnętrznej ścianie, jeszcze niezabudowanego drzwiami. Kiedy wychylam się nieco, by zobaczyć, co jest za nim, wzdragam się na tyle silnie, aby to odczuć nawet w swoim fizycznym ciele (na szczęście nie odstraja mnie, utrzymuję ostrość obrazu). Zastanawiam się, co też mogło wzbudzić we mnie tak silną reakcję. Zamiast bariery zabezpieczającej otwór w ścianie, z jego progu wystają ostre, jak brzytwy, kawałki granitu.Cofam się. Po chwili znajduję się przy wyjściowym otworze. Tu też jeszcze nie założono drzwi. Tyle tylko, że ten otwór jest ogromny. Jego część, ta po lewej stronie, została udostępniona wchodzącym i wychodzącym. Natomiast ta po prawej - jest zablokowana murkiem, do jednej piątej swojej wysokości, z ułożonych na sobie, bez użycia spoiwa, kawałków granitu. Kamienie leżą na płasko, nie szczerzą swoich ostrych krawędzi ku górze. Dodatkiem do muru są strażnicy.

Zawracam do środka, jeszcze nie mam zamiaru stąd wychodzić. Idę zobaczyć, podobno jakąś wyjątkową rzeźbę. Wszyscy tu mówią, że to przepiękna, chociaż amatorska robota! Odnajduję posąg na którymś z wyższych pięter; jest ulokowany tuż za zakrętem głównego korytarza(skręt w lewo). Dzieło jest niczego sobie, rozmiarów człowieka, ale niestety, nie jest mi dane podziwiać głowę, a tym bardziej twarz posągu, ponieważ inna, wielka amatorka upiększania, powiesiła nad posągiem zwisającą roślinę w ten sposób, że liście spowijają całą głowę rzeźby. Schodzę na dół. Mijając kolejny niezabudowany otwór, spostrzegam wystającą ponad próg głowę. Jak się domyślam, należy do mężczyzny, którego reszta ciała musi znajdować się poniżej podłogi parteru. Facet coś mówi, czy nawet śpiewa, ale wygląda to tak, jakby szczekał. W tych swoich paroksyzmach jest podobny do tańczącej harcerki. Postanawiam zbadać tę sytuację bliżej. Z pełną naturalnością wylatuję przez ten otwór na zewnątrz.Wirując, opadam na podwórko poniżej. Ostrość mojego wzroku i dostrojenie ogniskowej źrenic do betonowego podłoża podwórka jest tak silne, że widzę bardzo wyraźnie wszystkie ziarnka piasku leżące na betonowych sześciobocznych płytach, jakim jest wyłożone. Lecę w lewo w stronę drzwi,które prowadzą do jakiejś sutereny. Wygląda tu jakoś tak… niezbyt reprezentacyjnie.

Myślę sobie, że jak mnie ktoś zaczepi, to powiem, że szukam dzieci, które, jak mi się wydało, tu przybiegły. Takie gadki zawsze działają rozbrajająco.

Zaglądam do środka. Na łóżkach, narach, ustawionych w kilku rzędach, siedzą nieruchomo mężczyźni. Wyglądają na nielegalnych imigrantów. Jest mi trochę głupio, bo wszystkie oczy są wpatrzone we mnie z przestrachem.

Teraz jestem już na zewnątrz. Idę chodnikiem, biegnącym po lewej stronie ulicy,tak jakbym wracał z wycieczki. Przede mną na chodniku stoi mężczyzna w średnim wieku o europejskich rysach twarzy. Jest Irlandczykiem[1] (!). Kiedy się do niego zbliżam, odwraca się i wciąż idzie przede mną. Trochę to wygląda, jakby mnie prowadził. Mężczyzna jest coraz wyższy. Ażeby mieć głowę, mniej więcej na wysokości jego głowy, muszę wzlatywać do góry i wznosić się powoli, coraz wyżej! W pewnym momencie mężczyzna jest już tak ogromny, że uliczne latarnie sięgają mu do kolan! Cała ta historia zaczyna mi się nudzić, czuję się zniecierpliwiony, zwalniam (typowy dla mnie objaw w sytuacjach, kiedy dostrojenie przekracza moje możliwości adaptacyjne). Mężczyzna zatrzymuje się i odwraca do mnie twarz. Zachęca gestem głowy, abym szedł za nim. Zaczynam się budzić, zanim się jednak odstroję, czynię jeszcze jedno spostrzeżenie. Szare ubranie, które mężczyzna początkowo miał na sobie, wraz z rozciąganiem się do rozmiaru wciąż rosnącego ciała, stawało się coraz jaśniejsze, aż na końcu przybrało jednolity biały kolor!

I co Pan na to powie, Panie Tomaszu? Błogosławieni ci, którzy uwierzyli, dotknąwszy, a co dopiero ci, którzy nawet nie ujrzawszy Go - uwierzyli.

Nowy błogosławiony, jeszcze nie do końca zegregoryzowany? Ja tak sobie myślę, że ten budynek to dom dla Jana Pawła II, jaki montuje mu cała ludzkość, lecz on z pewnością wybiera się w nieco innym kierunku (do Urodzajnej Krainy, bo jest jej pełnoprawnym obywatelem) i najwyraźniej nie ma zamiaru dać się tym maniakom zamknąć w ich egregorycznej budowli. Budowniczym nie chodzi o jego konkretną osobę (zakryta głowa), oni po prostu potrzebują pięknej figury, być może retorycznej. Ten gmach nosi pewne cechy pułapki: barykady,maniacy, okna i drzwi, z których można wypaść albo się pokaleczyć. Pułapka dla wszystkich, łącznie z „afgańskimi” imigrantami, pewnie skrycie wykorzystywanymi do budowy tego „pięknego” obiektu? Mnie się bali, tak jak wszyscy nielegalni emigranci świata, zatrudniani na czarno, boją się każdego, kto nie przypomina ich nadzorcy.



Kanonizacja

Minęło kilka lat, a ja nie zapomniałem o moim  beatyfikacyjnym spotkaniu z Janem Pawłem. Nadszedł dzień  jego kanonizacji. Potem nadeszła noc .

Pytam Szirin, jak obrzędy kanonizacyjne JP II  odebrano po jej stronie ?

Sen jest krótki. Przez chwilę mam możliwość obejrzenia całej sytuacji z zewnątrz. Stoję przed niewielką przybudówką, po prawej stronie sporego budynku. Po chwili znajduję się w jej wnętrzu. Siedzę na skromnym posłaniu. Pomieszczenie jest niewielkie. Ot, taka komórka. Chyba nawet dosłownie komórka, bo ściany są drewniane a wnętrze jest bardzo skromne. Siedzę na łóżku i wsłuchuję się w szurgotanie tynkarzy, którzy powlekają komórkę z zewnątrz grubą warstwą tynku. Chyba zatynkują ją razem z drzwiami, ponieważ dwaj niewyraźni osobnicy, którzy mnie tu wcześniej pilnowali, teraz udają się w głąb komórki - w jej mroczny zakątek po lewej stronie - i tam znikają.

Obudziłem się w nastroju rezygnacji z prawa do decydowania o sobie.

Widać z tego snu, że wielbiciele JP II ukończyli już swoje dzieło. Jestem naprawdę poruszony charakterem katolickiej świętości. To rodzaj uwięzienia w katolickim egregorze. Aż chciałoby się ze współczuciem wykrzyknąć :

- Mój Boże !!!

Zwracam się do Szirin z prośbą o pomoc w uwolnieniu duszy Karola W. z katolickiego uwięzienia. To ma być moja pomoc dla niego, ale obawiam się, że nie da się uniknąć pewnego rodzaju  opresji , zmuszenia go do stanięcia w prawdzie. Niech spojrzy z zewnątrz  na budowlę, której poświęcił życie.

Pierwszy sen opowiada o tym, że trzeba obiekt podzielić na warstwy i uwalniać jedną po drugiej, a nie całość jednocześnie !!!

Potem był sen, który świetnie w nocy pamiętałem, ale nie chciało mi się go zapisać, bo ogarnęła mnie nuuuuda (!!!) Typowa dla okolic katolickiego egregora.

Nad ranem byłem, na dość wysokim piętrze, w czymś, w rodzaju loftu albo akademika, w którym wspólnie mieszkają starsi studenci.

Byłem tam gościem i dyskutowałem z jednym z nich, mówiąc mu, że w mieście powstały trudności z komunikacją.

(Całe zadanie, jakie dzisiaj postawiłem przed sobą, było bardziej żartem niż na serio i nie bardzo wierzyłem w to, że w ogóle jest takie uwolnienie/przeprowadzenie możliwe. Moen,  chyba twórca tej metody, miał na myśli uwalnianie dusz  zmarłych osób ze stanu  zawieszenia, w którym nie zdawały sobie  sprawy z tego, że nie są już w fizycznym ciele.Trudno podejrzewać, że dusza Karola W.nie wie o tym.Tymczasem wszedłem w interakcję całkiem na serio, a z żartobliwego podejścia do tematu tej podróży pozostał jedynie żartobliwy ton faceta z „komunikacji miejskiej”, który właśnie zadzwonił w czasie mojej rozmowy z jednym z uczniów.)

Telefon odebrał inny z nich.Ten, który stał w grupie kolegów po lewej stronie,w głębi loftu.

Głos dyspozytora - pół żartem, pół serio - poinformował studenta:

- Zatrzymaliśmy komunikację w całym mieście !!! Ha, ha.

Wyglądało na to, że to działanie celowe, ochrona tej przestrzeni .Uczniowie byli wyraźnie po mojej stronie i wyglądało na to,że chcą mi pomóc w realizacji mojego zadania.Wszyscy obecni w lofcie po tej informacji poczuli się nieprzyjemnie. Dało się to wyraźnie odczuć.

Uwolnienie duszy Karola W. zostało na razie utrudnione, ale skoro pojawili się sprzymierzeńcy - znajdzie się i rozwiązanie problemu.

Na razie nie chcę snuć próżnych domysłów, czyimi uczniami są owi starsi studenci .

Wzywam Szirin oraz uczniów, by pomogli w uwolnieniu duszy Karola W.

Sen jest bardzo trudny do uchwycenia, poziom ponad ludzką pamięcią. Powracam do niego kilka razy, by go wydobyć na jawę.

Sens jest następujący:

Wyprowadzam  z pomieszczenia mężczyznę przez niewielki otwór w podłodze!

Uczniowie stoją w głębi pomieszczenia zbici w gromadkę!

Wyprowadzany przeze mnie mężczyzna połknął przed chwilą dwie czy trzy białe tabletki.

Zdaje się, że miały go zrelaksować, ale nie widzę  po nim żadnej reakcji na ich przyjęcie.

Zapewniono mnie jednak, że kiedy przekroczymy poziom podłogi, wtedy na niższym poziomie tabletki zaczną działać i wtedy zaśnie jak niemowlę.

Proszę  swoją duszę o pomoc w odprowadzeniu Karola do Źródła. Do najwyższego Boga, a nie do chrześcijańskiego, jego egregorialnego   odpowiednika.

Kładę się  do łóżka w podniosłym nastroju .

We śnie idę przed mocno ociągającym się mężczyzną. Nie to, żeby się sprzeciwiał. Nie. On po prostu robi to niechętnie. Stawia bierny opór. Nie ma chęci stąd wychodzić!!!

Obudziłem się i mówię do Szirin:

- Pewnie nie wie, że jest jakiś inny Bóg, poza katolickim jego wyobrażeniem, i szkoda mu wychodzić z chrześcijańskiego „nieba”. Tym bardziej wyprowadźmy go z tej pułapki !!!

Zasnąłem .

Zbliżamy się do mieszkania mężczyzny, który jest nam coś winien.Nas jest trzech. Mój szef z czwartego piętra (w moich snach symbolizuje boga solarnego naszego układu planetarnego), jego pomocnik i ja.

Zanim jeszcze dotarliśmy do mieszkania mężczyzny, już doszło  z nim do konfliktu. Mężczyzna w jakiś sposób uchybił, nie oddał odpowiedniego szacunku mojemu szefowi. To karygodny brak respektu . Zajechał mu drogę? W każdym bądź razie nie chodziło o pieniądze tylko o brak szacunku dla mojego szefa.Do domu tego mężczyzny jechaliśmy tuż za jego samochodem, kolizja miała miejsce jeszcze zanim  się  tam znaleźliśmy .

Kiedy dotarliśmy w końcu do jego domu - wjechaliśmy do mieszkania naszym pojazdem(!!!) tuż za mężczyzną.

W domu już czekała na niego żona.  Kiedy tylko mężczyzna znalazł się w swoim domu - wjechał w sporą lukę za tapczanem, czy może raczej niską szafkę, i stanął tak, że my już nie mogliśmy przejechać pomiędzy jego samochodem a meblem.Mógł zjechać bardziej na bok, na lewo, ale nie. Facet stanął na środku i pakuje swoją rodzinkę do samochodu. Pewnie nawet, gdyby stanął pod samą ścianą, i tak nasz samochód by się nie zmieścił, ale wiadomo przecież, że nie o to chodzi. Chodzi o brak respektu!

Szef przyśpieszył i wjechał bokiem pomiędzy mebel i tarasujący drogę samochód faceta, który jest szefowi winien respekt.Nasz samochód obrócił się dachem do dołu i …… zniknął(!) .Stoję po drugiej stronie mebla i obserwuję jak szef podchodzi do mężczyzny, w którego mieszkaniu jesteśmy.Uderza go w twarz. Mężczyzna zachwiał się. Szef uderza jeszcze silniej. Jestem wstrząśnięty, nigdy nie spodziewałbym się po szefie aż takiej brutalności.

Szef, tymczasem, mając mężczyznę na wysokości swoich kolan, kopie go w głowę - jeden, drugi i kolejny raz... Jestem oszołomiony. Dlaczego aż tak brutalnie, czy aż tak szef poczuł się dotknięty brakiem respektu, jaki mężczyzna był mu winien ???

Szef załatwia porachunki sam. Pomocnik nie musi nawet ruszyć palcem, stoi jedynie po jego lewej stronie i na chłodno obserwuje rozwój sytuacji.Ja nie mogę już na to patrzeć, wychodzę na lewo do przedpokoju. Tam stoi bezradnie żona mężczyzny. Po chwili zaczyna chodzić to w jedną, to w drugą stronę, ale nie próbuje bronić swojego męża, nawet nie prosi mojego szefa o łaskę.

Nawet chyba nie patrzy w jego stronę. Nie wiem, zresztą, gdzie ona patrzy, bo nie mam śmiałości podnieść na nią oczu, jest mi z powodu tego zajścia cholernie przykro.

Miałem ze sobą dwie małe butelki soku warzywnego, które już dawno opróżniłem.

(Butelki z zawartością w kolorze czerwonym. Niejaki problem, w ostatecznym rozumieniu tego snu, niesie właśnie obecność tych dwóch pustych butelek. W moich snach butelki często symbolizują dusze. Zatem ich obecność świadczyła o czerpaniu energii, w tej podróży, ze źródeł, nazwijmy je eufemistycznie, zewnętrznych. Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że robiłem to nieświadomie.)

Teraz nerwowo sięgam po nie i podnoszę do ust w nadziei, że zwilży je choć jedna  zapomniana kropla soku. Odstawiłem je po chwili na dywanik,na którym stoją buty w przedpokoju. Jakaś zabłąkana kropla spadała z krawędzi butelki na szorstką powierzchnię wycieraczki.Wycieram skrupulatnie kroplę dłonią, jakby to było w tej chwili najważniejsze.

Tymczasem szef dalej kopie głowę faceta, który nie oddał mu właściwego szacunku.

Dzisiaj pozostaje mi odprowadzić nieco poturbowaną duszę Karola W. do Źródła. Tego prawdziwego.Chyba że podobne lanie będzie dostawał, na każdym etapie pośrednim, od kolejnego administratora, kolejnej przestrzeni. Wtedy ta podróż zajmie nieco więcej czasu.

 Proszę o przeprowadzenie Karola do Źródła (Szczeliny pomiędzy poziomami 8-12. To szczelina, kolejne odwrócenie ekranu śnienia odpowiadające wedyjskiemu Brahmanowi. To wrota, przez które można wydostać się z naszego Przejawienia ).

[Dodam tytułem komentarza, że odwrócenie samochodu, którym przyjechaliśmy, powinno już we mnie wtedy wzbudzić czujność. Odwrócenie ekranu do góry nogami - to okolica szczeliny brahmanicznej 8-12 !]

Pierwszy sen tej nocy .

Przeprowadzam mężczyznę przez przerwę w murze. To rodzaj ulicy przechodzącej przez mur z prawej na lewą stronę. Mur rozgranicza mój ekran śnienia na dwie połowy. Prawą i lewą. Na murze stoją dwaj strażnicy i przyglądają się naszemu przejściu dość życzliwie. W ogóle wszyscy mamy raczej dobre humory.

Drugi sen.

Jestem instruktorem w szkole protetycznej.Opiekuję się szczególnie jednym z uczniów. Jego biurko jest umieszczone w głębi klasy, po lewej stronie, kiedy stanie się w drzwiach.

Z tym uczniem mam pewne trudności.

Zdaje się że uciekł !!!

Wcześniej pod moim kierownictwem wykonał uzupełnienie protetyczne jego własnej  brakującej górnej jedynki (po lewej).

Widać stracił ją wczorajszej nocy. Zyskał za to szczelinę (!)  .

Uczeń uciekł, ale nie zabrał uzupełnienia tego braku. Licząc na to, że jednak wróci, postanowiłem mu ją nieco udoskonalić. Swoją drogą, teraz już jemu do niczego to zamknięcie przerwy w górnym łuku nie jest potrzebne. Widzę, że metoda, jaką się posłużył uczeń, jest nieco amatorska. Zamiast użyć gotowego zęba - wyciął w różowym akrylu stopień, a zęba wykonał z akrylu samopolimeryzującego. To nietrwały sposób a uzupełniona szczelina jest potem widoczna,bowiem taki materiał łatwo ulega ściemnieniu.Widać to nawet już teraz, podczas polerowania.Biała licówka jest tak miękka,że niemal się starła.

Chcę, żeby uczeń nie poczuł się dotknięty swoją nieudolnością i kiedy, jak  wciąż mam  jeszcze nadzieję, wróci, chcę mu oddać jego pracę poprawioną dyskretnie przeze mnie.

Chodzę i szukam właściwego odcienia akrylu.Chodzi o najjaśniejszy odcień A-1. Widzę, że nikogo to nie obchodzi i muszę sam szukać w szafkach innych uczniów i asystentów.

Wszyscy są zajęci swoimi sprawami.

To chyba w ogóle koniec zajęć. Może nawet koniec semestru albo nauki w ogóle. Właśnie przyszła delegacja z innego kraju (Rosjanie? Czerwoni, to w moich snach poziom kauzalny; pojawienie się tego koloru po raz drugi sugeruje wsparcie ze strony tego poziomu Świadomości). Siedli niedaleko stanowiska zaginionego ucznia. Ich obecność spowodowała, czy też wymagała zgaszenia światła (!!!). (Owo ściemnienie, jedynie pozornie, w innym sensie, przewidziałem przed chwilą. Obrazowanie senne przenika się, i przynosi informację pełnym strumieniem.) Siedzą zatem przy tym stole i są goszczeni przez moich kolegów.Po ciemku !!!

Przyszli: szefowa i szef z czwartego piętra (Obydwa aspekty boga solarnego naszego systemu słonecznego reprezentują również poziom mentalny Świadomości).

Ja tymczasem nie przestaję szukać odpowiedniego materiału na wykonanie białej licówki, do zamknięcia szczeliny w górnym łuku mojego ucznia.

Moimi poszukiwaniami zainteresował się jeden z „mrocznych”gości, zdolny chłopak, który przybył tu z delegacją zstępujących z poziomu przyczynowego.

Pyta, czego szukam. Tłumaczę mu o co chodzi. Widać, że szczerze chce mi pomóc; proponuje  podobny materiał, ale jego akryl jest bardzo specyficzny. To A-1 z dodatkiem poziomych ciemnoszarych prążków w odcieniu H. ( A-1 to najjaśniejszy odcień w kolorniku Vity (nomen omen). Cały kolornik składa się z czterech odcieni:  bieli-A,B,C i D, a każdy z nich w trzech albo czterech stopniach nasycenia kolorem, oznaczonych cyframi arabskimi. Mówię oczywiście o takim realnie istniejącym kolorniku, jakiego używają protetycy. Odcienia H w ogóle w nim nie ma. Musiałby być nieziemski,  jakby nie było -  to ósma litera alfabetu (ósmy poziom Świadomości), więc pomoc nie była udawana; jednak takie zamknięcie szczeliny byłoby typowym zamknięciem dla zstępujących w nasze Przejawienie, a nie takich, którzy chcą je opuścić !!!.

Wychodzę z ciemnej klasy na jasno oświetlony korytarz.Widząc uczniów,  którzy idą w lewą stronę, mówię, że gdyby spotkali swojego kolegę (mojego ucznia), to żeby przypomnieli mu, że zostawił swoją górną jedynkę w klasie. Przecież nie musi chodzić z taką szparą (!) w ustach. (To tym bardziej uzmysławia nam, że szczelina brahmaniczna jest w nas samych, a nie na zewnątrz nas).

Wracam do klasy i znowu uparcie szukam odpowiedniego materiału.Znowu znalazłem się w pobliżu stołu, przy którym odbywa się przyjęcie  mrocznych gości. Słyszę, jak szef z czwartego piętra wypowiedział nazwę Houston. Myślę sobie,nachylając się nad otwartą szafką, że goście pomyślą pewnie, że już całkiem staliśmy się sługusami Amerykanów, bo nawet nazwę Houston wymawiamy tak jak Amerykanie. [Amerykanie to symbol tych, którzy są najbardziej wysunięci na lewą (topograficznie), duchową stronę. To mój własny odpowiednik Zgromadzenia Monroe’a].

Obudziłem się.

A to skurczybyk.Wczoraj pokazali mu gdzie ma szukać szczeliny, wybijając mu zęba, więc dzisiaj sam dał nogę, nie oglądając się na nikogo. Trzeba będzie zapytać, gdzie teraz jest ???

Nie muszę dodawać, że w Houston znajduje NASA Johnson Space Center, gdzie znajduje się Centrum Kontroli Misji Kosmicznych. Zatem jak najbardziej „per aspera ad astra” !

Kolejnej nocy pytam, dokąd uciekł Karol. Czy czasem nie powrócił do katolickiego egregora?

Dziś uciekamy, a raczej podążamy w większej grupie. Ja idę z tyłu. Towarzyszy mi kobieta  (z lewej strony – reprezentantka tej przestrzeni); na tym poziomie nie ma już w moim pobliżu  Anioła Stróża, czyli przewodnika, czyli żony, czy jakby to nazwał Jung - animy .

Działam zatem na poziomie, na którym mogę spodziewać się spotkania z wewnętrzną figuracją  Świadomości, nazywaną przez analityków osobowością maniczną,  ja - za przykładem Hindusów - nazywam ją poziomem atmanicznym, albo nawet brahmanicznym. Na pewno jest to obszar ponadbuddyczny. To sfera Szirin .

Grupka, która nas poprzedza, nieco się od nas już oddaliła. Tymczasem moja przewodniczka,im wyżej jesteśmy (idziemy bowiem cały czas pod górę), tym większą darzy mnie sympatią i dąży do zmniejszenia dystansu pomiędzy nami.Kiedy dochodzimy do stromizny, biegnącej w głąb ekranu śnienia, ostro pod górę, zdaję sobie sprawę z tego, że nie dam sobie rady, ponieważ droga pokryta jest srebrzystą śliskością (Srebrzystość,a nie złoty kolor, jakby się mogło zdawać, to prawie najwyższy poziom Świadomości  tego Przejawienia). Moja przewodniczka, nie mając żadnego problemu z tym rodzajem nawierzchni, porusza się nadal w jednostajnym tempie. W związku z tym, że odczuwam jej rosnącą sympatię (adhezję) do mnie, staram się jakoś za nią nadążyć. Wpadam na świetny pomysł. Przesuwam się nieco na prawo (strona fizyczna we śnie) i tu znajduję dostatecznie szorstkie pobocze. Przesunięcie w prawo i związaną z nim stratą (!) czasu, także wydłużenie drogi - nadrobię większą szybkością wznoszenia, do czego mam wystarczający zapas energii. Dość powiedzieć, że do szczytu wzniesienia dotarliśmy niemal jednocześnie. Przywitałem Ją, stojąc już na górze.Szczyt wyniosłości wieńczy słupek wbity w samym jej środku. To przy nim nastąpiło nasze spotkanie (To element falliczny, jaki możemy odnaleźć w wielu religiach; jest również symbolem jedności, połączenia, zwłaszcza kiedy dodamy do niego element okrągły - joni, szczelinę właśnie, a w tym przypadku naszą z przewodniczką  bliskość).

Co ciekawe, przez cały czas naszej podróży, co jakiś czas ukazuje mi się żółta (To poza ostrzeżeniem o faulu  również informacja o zaburzeniach energetycznych przy przekraczaniu poziomów, jako że poziom energetyczny/eteryczny, numer dwa w moim rozumieniu Świadomości, symbolizuje kolor żółty) kartka podobna do kartki, jaką nosi się na zakupy.Tak też i na tej kartce zapisane są słowa.Jedno nad drugim, w dodatku są kolejno skreślane w miarę upływu mojej podróży. Ta kartka ukazuje się, również już na górze, po raz chyba trzeci. Pokonałem dwa odwrócenia ekranu śnienia, zanim znalazłem się przed „lingamem”, wieńczącym poziom brahmaniczny (Joni/szczelinę – usta Brahmana). Również sen, o utraconej przez Karola jedynce, jest odwróceniem, ponieważ chodzi o szczelinę na poziomie ósmym a nie pierwszym, licząc od naszej strony). Tym razem kartka jest przypięta do słupka stojącego na samym środku wzniesienia, na środku biegnącej tędy drogi.

Kiedy sięgam po kartkę, by ją po raz kolejny zerwać i zmiąć, przewodniczka stara się mnie pocałować. Już sam gest, samo zbliżenie jej twarzy do mojej powoduje powstanie niebywale oszołamiającego poruszenia się całego mojego wnętrza. Nie ! Mówię:

- Nie możemy się połączyć, zostawiłem na dole żonę (To wspomnienie, to ciągła, nawet we śnie z wysokiego poziomu Świadomości, świadomość życia w fizycznym ciele).

Samo zbliżenie głów, a nawet ich połączenie, przeżyłem już w dawnym śnie z poziomu atmanicznego. Wtedy mieliśmy wspólną głowę a oddzielne, choć przezroczyste, ciała. Atman/Atma, którego/której jestem  jako fizyczny byt marginalną reprezentacją, pokazywał mi wtedy jak tworzy życie.

Tak urwał się ten sen, ale po chwili pojawił się nowy. Również odpowiadający na pytanie, dokąd uciekł Karol.

Wszedłem do ubikacji, jak początkowo mniemałem.Kiedy jednak rozejrzałem się dokładniej - okazało się, że do tego pomieszczenia z lewej strony prowadzi dwoje drzwi a nie jedne. Pomieszczenie ubikacji jest połączone z pomieszczeniem łazienki. Nie ma pomiędzy nimi ściany. Tym, co je rozdziela, jest „oczko” sedesu stojącego w przejściu pomiędzy nimi. Ja wszedłem drzwiami łazienkowymi, drzwi do ubikacji są po tamtej stronie sedesu. Mimo to dostęp do sedesu jest z obydwu stron,  skorzystałem więc z niego, stojąc w łazience. Kiedy już wciągałem spodnie (również dwoistość prowadząca do jedności – dwie nogawki) usłyszałem, że do ubikacjo-łazienki zbliża się grupa osób. Jedną ręką trzymając spodnie, drugą staram się zamknąć wciąż uchylające się drzwi od łazienki; niestety, drzwi mają chyba uszkodzony zamek, bo ciągle się otwierają. Tymczasem od strony ubikacji ktoś szarpną za klamkę i zajrzał do środka.Siłą rzeczy osoba ta zobaczyła moje zasłonięte dopiero do połowy pośladki. Okazało się, że tą osobą była moja siostrzenica (Symbol śpiącego umysłu  moich krewniaków - ludzi). Kiedy zobaczyła mój tyłek, krzyknęła, że to obrzydliwe!

- Jego tyłek wygląda jak tyłek baby !!!! - dodała.

Trochę mnie tym zdeprymowała, ale pomyślałem, że to chyba przesada; pośladki są nieco bardziej wypięte, niż męskie, bo przecież właśnie podciągam spodnie.

Oczywiście w ostatnim śnie przeważył koncept garnizonowy. Bóg ma pełną gamę form wyrazu, w tym i humoru. Ale wrażenie garnizonowości jest  tu właściwe jedynie na pozór.

Przeprowadzę analizę snu na podstawie mojego doświadczenia z własnymi symbolami sennymi.

Widać w tym śnie nawiązanie do wielu moich snów o poziomie brahmanicznym .

Po pierwsze.

Dwoje drzwi. Miałem wiele takich snów związanych z podwójnościami - podwójnymi drzwiami prowadzącymi na poddasze, na ostatni poziom poznania dostępnego bezpośrednim doświadczeniem  oraz o przepastnej dziurze za nimi.Połączona wewnątrz ubikacja i łazienka to odwołanie się do jednego z moich pierwszych snów-podróży, bezpośrednio kierowanych przez moją duszę. To nic innego jak wyspa umywalkowa  z pierwszej Księgi Krajobrazów, przy której stał wielki antyczny odkurzacz; to nic innego jak symbol miejsca, gdzie droga zstępująca spotyka się z drogą wstępującą. Defekacja jest oczywiście związana z nieczystością i zstępowaniem, woda wypływająca w łazience z oczyszczaniem i wstępowaniem, przynajmniej dopóki nie zostanie użyta do oczyszczenia.(Analogia odkurzacza i umywalki w pierwszym śnie, o strukturze mojego wnętrza, jest oczywista.)

Połączenie, do jakiego niemal doszło na tym poziomie, a które po raz kolejny odrzuciłem, to analogia do snu  w jednej z ostatnich ksiąg, w którym wpatrując się, z rosnącą niechęcią, w androgyniczne, uszminkowane oblicze Brahmana - zostałem przezeń połknięty. Nie mogąc jednak przestać być w jego „ustach”/szczelinie indywidualnym, odrębnym bytem - zostałem wypluty. (Dla zwolenników Junga łatwo będzie odnaleźć w obrazie szczeliny(8-12) mandalę, symbol pełnej integracji treści nieświadomych z ludzką psychiką, a w elemencie pionowym - lingamie, centrum mandali. Nasuwa się jeszcze inne ciekawe spostrzeżenia, a mianowicie takie, że krzyż jest rzutem na dwuwymiarową płaszczyznę lingamu wewnątrz joni i jako takie również zapowiada swoisty wariant oświecenia – zbawienie. „Ktoś” jednak w miejscu ich skrzyżowania na tym krzyżu umarł i blokuje niektórym duszom przejście. Ta śmiała, wprost heretycka teza, znajduje potwierdzenie w moich dalszych badaniach przedmiotu.

W ostatnim śnie postawiony zostałem na miejscu Brahmana (To nic obrazoburczego, nie  jest to również dowód na mój kabotynizm, śnimy bowiem zawsze z dwóch perspektyw – uczestnika, czyli naszego umysłu i Brahmana/Boga, czyli Obserwatora(szczelina jest również okiem), tyle tylko, że nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę. Moja siostrzenica w tym śnie zajęła  moje dawne miejsce osoby nie w pełni świadomej, z którego  to miejsca wcześniej ja odczuwałem do Niego obrzydzenie z powodu Jego androgynicznej twarzy (dla siostrzenicy twarz ta okazała się zadkiem Brahmana). Żart (Przecież Bóg bawi się  sam z sobą ciągle i bez przerwy) jest tym zabawniejszy, że kiedy w dawnym śnie dojrzałem androgyniczną twarz Brahmana, prosiłem przed zaśnięciem również o to, by Bóg - skoro nie może mi pokazać oblicza, pokazał mi chociaż plecy. Pomysł na tamten sen zaczerpnąłem oczywiście z Biblii, z jej fragmentu, w którym o to samo prosił Mojżesz.

Tak więc odpowiedź została udzielona. Karol jest bardzo rozwiniętą duszą i bardzo szybko zorientował się, po uwolnieni go z katolickiej pułapki, jak dostać się do brahmanicznych wrót w Przejawieniu .

Już samo odwrócenie szczeliny po jedynce i porównanie jej ze szczeliną w poziomie 8-12 sugeruje odwrócenie ekranu i zmianę poziomu  dostrojenia Karola.

Bardzo z siebie zadowolony kolejnej nocy zapytałem:

Czy za takie akcje, jak ta, z Karolem, otrzymuje się jakąś  premię duchową ?

Pierwszy sen .

Idę z lewej na prawo.Czyli powracam. Ktoś idzie za mną, ktoś, kto mi towarzyszy.Przechodzę przez bramę w ogrodzeniu, które biegnie z głębi ekranu ku obserwatorowi i dzieli ekran śnienia na dwie połowy. Lewą i prawą.(Analogia do poprzedniego snu o przekraczaniu  tej przegrody.)

Jestem ubrany w zielonkawy mundur (Zieleń kolor poziomu astralnego , emocjonalno- wyobrażeniowego.W tej scenie patrzę na siebie-uczestnika z punktu widzenia obserwatora). Ledwie minęliśmy linię płotu - już się kładę  leniwie na trawie po jego prawej stronie. Będę odpoczywał.Cóż innego żołnierz bez przydzielonego zadania ma robić, jak nie położyć się na trawie i wystawić się do słoneczka (!).

Sen drugi.

W dużym domu. Tak dużym, że wygląda jakby był małą wioską; zostaliśmy z kolegami sami. Szefowa wyjechała (Ale to jest jakaś wyższa szefowa niż zazwyczaj i nie ta z czwartego, solarnego piętra).

W kilku zmówiliśmy się, że wyczyścimy z walorów kasę pancerną, jaka jest w domu, w pokoju po prawej stronie. Nie ma w tym żadnej technicznej trudności, bo wiemy, gdzie leżą klucze (chyba dwa); nieraz na zlecenie szefowej  ją otwieraliśmy. Klucze leżą na szafie, stojącej jeszcze bardziej na prawo, pod papierami. Problem polega jedynie na tym, żeby nie było od razu na nas. Zdecydowaliśmy, że najlepiej będzie upozorować rabunek, wywracając wszystko w domu. Potem wyłamiemy drzwi od kasy. Jeden z kluczy zdjąłem, żeby wyglądało na to, że niby rabusie nie wiedzieli, że są dwa. Wykombinowałem, że kiedy z jednego zamka zwolnię mocowanie drzwiczek, to łatwiej będzie je wyłamać a jednocześnie - będzie wyglądało na kogoś obcego. My potem mamy się zamknąć w pokoju, że niby się przestraszyliśmy, albo że napastnicy nas zamknęli.W zamieszaniu zapomniałem o najważniejszym. Przecież trzeba zostawić jakieś ślady włamania z zewnątrz, bo niby jak, bez oporu wpuściliśmy złodziei? Idę szybkim krokiem do drzwi, a tu w holu, wielkim jak rynek małego miasteczka, stoi szefowa. Omal na nią nie wpadłem. Wróciła z lewej strony wcześniej niż się tego spodziewaliśmy i od razu się zorientowała, że to my chcieliśmy okraść kasę. Ja  wszystkiemu zaprzeczam, mówiąc, że to nie my, że my się tylko broniliśmy i w ogóle. Zaczynam „ściemniać”, ale widzę, że szefowa nie wierzy w żadne moje słowo.

Jest naprawdę wściekła !!!

Straszna kompromitacja !

Obudziłem się naprawdę zmartwiony.To znaczy, że to, co zrobiłem, nie było dobre ???

Kiedy ponownie zasnąłem, dotarł do mnie taki oto przekaz :

Postanowiłeś sam się obsłużyć, zamiast zostać wprowadzonym na szósty (buddyczny) poziom przez szefa (ale i w tym śnie nie chodzi o szefa z czwartego piętra!!!).

Znowu się obudziłem. Dla Karola poziom szósty, buddyczny, to poziom chrystusowy. Jakkolwiek byśmy go nie nazwali,ten pozostanie poziomem rodzenia się Idei. Bezceremonialnie go omijając, wyciągając Karola ze sfery idei chrześcijańskiej, przekroczyłem Prawo.

No, ale  . . . . . , myślę sobie. Byłem przekonany, że tak się powinno postępować. Uwięzionych uwalniać, nieprzeprowadzonych przeprowadzać? Przecież, jakby nie wolno było tego robić, to chyba nie byłbym w stanie tego w ogóle wykonać !!!???

Jak więc powinienem postąpić ?

Pewien aktor  z Włoch, o twarzy nadzwyczaj plastycznej, pokazuje nam (!) jak wiele min może na swojej twarzy ustabilizować. Min, z którymi potem można odegrać wybraną rolę. Zrobił jedną, drugą i trzecią minę, taki rodzaj przymiarki, a ta ostatnia została mu na stałe, na cały film, w jakim miał właśnie zagrać. Te miny pokazywał nam, stojąc na podwyższeniu, na niewysokich dwu- czy trzystopniowych schodkach prowadzących do drzwi po lewej stronie.

No, to pięknie. Jednym słowem trzeba umieć odegrać rolę jaką się przyjęło na konkretne życie. Żadnych zmian i odmian cudzego przeznaczenia? To jakiś głupi konserwatyzm!!!

Czy przeprowadzanie  dusz jest w każdym przypadku godne nagany?

W warstwie wizualnej sen nie jest bogaty. Ot, jeden facet z dużą determinacją próbuje wydostać się przez okno na lewą stronę mojego ekranu śnienia, a ja - uczestnik, którego obserwuję, ja - obserwator tego zacięcia w sobie nie mam. Pomagam mężczyźnie wydostać się na zewnątrz. Mógłbym wyjść sam, bez  najmniejszego, problemu, ale nie czuję takiej potrzeby.

W warstwie przekazu pozawerbalnego i pozasymbolicznego wygląda to w ten sposób, że są takie dusze, które od samego początku są zdeterminowane aby osiągnąć wolność i wtedy pomoc udzielona z zewnątrz jest  właściwa, ponieważ jest jedynie elementem realizacji ich postanowienia.

Inni są bierni, poprzestają na tym, co osiągnęli, na nieprzekraczalnym dla ich świadomości wyobrażeniu pełni i nie zależy im na dalszym poszukiwaniu, ba (!), nawet nie mają świadomości istnienia takiej możliwości. Wtedy pomaganie takiej duszy jest nadużyciem.

Ot, i wszystko o Karolu W. Dodam jeszcze na koniec techniczną dygresję.

W swoich snach często zastępuję świadomość osoby, o której śnię, swoją „głową”. To chyba jakaś pozostałość  technik z  Metody Silvy, a może wszyscy tak mamy? Dlatego też w niektórych snach o duszy, która była wcielona w Karola Wojtyłę, patrzę z jej punktu „widzenia”.

Na sam koniec, dla tych z Państwa, którzy rzadko sięgają po „ Archetypy i symbole”, autorstwa Carla G. Junga, mam smakowity kąsek.

„Doświadczenie pokazuje, że indywidualne mandale są symbolami porządkującymi, dlatego też pojawiają się u pacjentów głównie w okresach psychicznej dezorientacji, albo na etapie zdobywania nowej orientacji. Niby koła magiczne - zaklinają i urzekają, pozbawione praw, moce świata ciemności i odtwarzają lub stwarzają ład, który chaos zmienia w kosmos. Zrazu mandala  prezentuje się świadomości jako niepozorny punkt i z reguły potrzeba długiej i gruntownej pracy, oraz integracji wielu projekcji, żeby można było w przybliżeniu poznać pełny zakres tego symbolu. Poznanie to, gdyby miało charakter wyłącznie intelektualny, można by osiągnąć bez trudu, albowiem ogólnikowe wypowiedzi o Bogu, w nas i nad nami, o Chrystusie i corpus mysticum, o osobowym i ponadosobowym atmanie itd., należą do sformułowań, na które intelekt filozoficzny łatwo się zdobywa. Stąd zwykle rodzi się złudzenie, że tym samym wchodzi się w posiadanie samej rzeczy. Nie uzyskało się jednak nic poza jej nazwą, z którą, zresztą, od prastarych czasów łączy się przesąd, że magicznie przedstawia ona rzecz samą i że z tej racji wystarczy wypowiedzieć nazwę, by rzecz powołać do istnienia. W przeciągu tysiącleci intelekt miał aż nadto okazji, by zrozumieć próżność tego przesądu, co zresztą bynajmniej nie przeszkadza, że jeszcze dziś intelektualne opanowanie czegoś uchodzi za pełnowartościowe. Otóż właśnie doświadczenie psychologiczne pokazuje z całą jasnością, jakiej tylko można by sobie życzyć, że intelektualne „pojmowanie” jakiegoś faktu psychologicznego, daje jedynie „pojęcie” tego faktu, a pojęcie to oznacza tylko nazwę, flatus vocis.

Tego rodzaju liczmanami można  się potem posługiwać bez trudu. Łatwo przechodzą z ręki do ręki, nie mają bowiem żadnej wartości. Wprawdzie mają dobry dźwięk, ale nie zawierają niczego;  i choć określają najtrudniejsze zadanie i obowiązek - do niczego nie zobowiązują. Wprawdzie w swojej dziedzinie intelekt przynosi niewątpliwy pożytek, jednakże poza nią jest wielkim oszustem i iluzjonistą – szczególnie tam, gdzie próbuje posługiwać się wartościami.[…]

Różnica między poznaniem czysto intelektualnym a poznaniem psychologicznym odpowiada więc, mniej więcej, różnicy pomiędzy opisem jakiejś ciężkiej choroby, który znajdujemy w podręczniku, a rzeczywistą chorobą na którą sami cierpimy. Psychologicznie rzecz biorąc - nie posiadamy niczego, czego rzeczywiście nie doświadczyliśmy.Dlatego też poznanie wyłącznie intelektualne to za mało, albowiem wtedy poznajemy jedynie słowa, natomiast nie poznajemy samej substancji od wewnątrz.”

Niech te kilka zdań, zapisanych przez  Junga, w świetnym przekładzie Jerzego Prokopiuka, będzie zachętą do samodzielnych eksploracji własnego wnętrza.

 

 [1]Irlandia, irl.Éire, ang.Ireland” (źródło: Wikipedia); „Éire od protoceltyckiego Īweriū – »urodzajne miejsce« lub »miejsce Eriu«” (źródło: Wikipedia).


                                         

Jarosław Bzoma

Komentarze: 2

1. LD • autor: (2014-05-21 01:58:10)

Panie Jarosławie, w jaki sposób można przekuć zwyczajne doświadczenia typu LD w podróże i przygody w rodzaju tych, które Pan opisuje? Może mi Pan polecić jakąś literaturę na ten temat?

[foto]2. Oczywiście tylko przez... • autor: Jarosław Bzoma (2014-06-01 01:06:42)

Oczywiście tylko przez wrodzoną skromność nie polecę moich książek ale ze smutkiem muszę przyznać że nie spotkałem takich .Właśnie  dlatego  musiałem  je napisać , po to aby mieć materiał do autoanalizy.Nikomu bowiem nie chciało się rzetelnie przeprowadzić i zapisać krok po kroku swojego procesu indywiduacji .Właśnie dlatego jak wyraził się autor recenzji w szóstym numerze Nieznanego Świata są nieco nużące .Nie dla tego jednak kto autentycznie podąża tą drogą .Dla tych bowiem osób taki zapis jest  bezcenną mapą tamtej strony.Zapewniam że te przestrzenie istnieją i natychmiast dadzą się rozpoznać.
Sposób rozpoczęcia podróżowania, stania się Synem Żeglarza , jest banalnie prosty.
Przed zaśnięciem bez żadnych ceregieli zadajemy swojemu wnętrzu pytanie i zasypiamy.Po obudzeniu notujemy.Jeżeli czegoś nie zrozumieliśmy pytamy ponownie i tak postępujemy  co noc przez kilka lat.Po tym okresie jesteśmy dostatecznie zorientowani w strukturze naszych snów.