Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-06-16

Marcin Hładki

Wracam na Nowy Świat

Byłem na Uniwersytecie, na jego głównym terenie, między budynkami przed Biblioteką. Skończył sie wykład czy seminarium, szukałem miejsca do parkowania, albo swojego samochodu, szedłem między budynkami po lewej stronie bramy - chyba Wydziału Prawa - przez jakieś placyki, trawniki i parkingi. Wszystkie miejsca były zajęte, czasem przez rowery, częściej przez stare samochody. Była jesień, chyba październik, bo wszędzie było pełno opadłych liści, jeszcze lekkich, nie zbrązowiałych. Samochody wyglądały jakby stały tam od dawna, większość z nich była zasypana liśćmi. Było ich dziwnie dużo, albo raczej ludzi było dziwnie mało - cały Uniwersytet wyglądał na opustoszały, używany tylko w części, tak, jakby zabrakło sił i studentów żeby go całego zapełnić.

Idąc za budynkami doszedłem aż na plac przed kościołem Wizytek i cały czas nie znalazłem swojego samochodu, zresztą wcale nie byłem pewien, że on tam jest. Zacząłem obawiać się, że się spóźnię i postanowiłem pójśc na piechotę na jakieś służbowe spotkanie, które miało się odbyć gdzieś na tyłach Nowego Światu. Musiałem tylko oddać komuś plecak z komputerem, żeby go podwiózł, bo kompletnie nie miałem ochoty iść z tym garbem na plecach.

Kawałek dalej był parking, na którym kręciło sie trochę ludzi, niedaleko stał samochód, wszystkie miejsca były zajęte, wydał mi się odpowiedni. Nic nie mówiąc, otworzyłem tylne drzwi po stronie kierowcy i rzuciłem plecak za przednie siedzenia. Zrobiłem to tak mocno, że przeleciał na drugą stronę, chyba czegoś brakowało w tym samochodzie, bo wypadł na zewnątrz o nic nie zachaczając. Plecak upadł w stertę liści, prosto pod nogi jakiegoś młodego mężczyzny, zanurzone w tych liściach. Mężczyzna rozmawiał przez telefon, uśmiechnąłem się do niego przepraszająco, podniosłem plecak i wróciłem do samochodu.

Teraz, kiedy ponownie otworzyłem drzwi spojrzałem na ludzi siedzących na kanapie z tyłu, i poprosiłem, żeby odwieźli mi komputer na róg Nowego Światu. Z początku się zgodzili, ale zaraz dziewczyna siedząca po przeciwnej stronie spytała: "Gdzie? Na Nowy Świat? chyba nie tam jedziemy." Pozostali popatrzyli po sobie i zaczęli rozmawiać którędy mogą pojechać, żeby mi jednak zawieźć ten komputer. W końcu chłopak siedzący przy drzwiach powiedział, że dobrze, podwiozą mi komputer, mogą pojechać inną drogą niż zamierzali dotąd. Postawiłem plecak, teraz już troskliwie na podłodze, za fotelem kierowcy, przed jego nogami, upewniłem się jeszcze, że to nie kłopot i poszedłem.

Budynek PANu, po tej stroni ulicy stronie, którą szedłem, był w remoncie, jakimś poważnym, bo rusztowania zajmowały jeden pas jezdni. Wszystko było ogrodzone płotem z blachy falistej i trzeba było iść po jedni pod prąd samochodów. Samochodów na ulicy zresztą prawie nie było, jechał tylko jeden, całkiem stary, może Wołga albo Czajka, bo wielki i jakby z lat pięćdziesiątych. Było za to dużo motocykli, dużych i lśniących, ale nie wyglądało to na wyjazd grupy Harleyowców, tylko na zwykłych ludzi, jadących w swoich sprawach po mieście. Motocykle mijały mnie blisko, kiedy przechodziłem przez najwęższe miejsce. Przyjemna, ciepła, jesienna pogoda i słońce świecące łagodnie przez cienkie chmury sprawiały, że czułem się pewny siebie i lekki, niezależnie od tego, że już na pewno byłem spóźniony.

Płot budowy cofnął się do chodnika, pod rusztowaniami było przejście przykryte z wierzchu dyktą, ale zakręcające w bok do przejścia dla pieszych, tworzyło tam niedługi tunel. Kiedy się do niego zbliżałem z tyłu pojawił się lokalny menel-wariat, z jakąś kobietą. Dzisiaj był spokojny, szli za mną rozmawiając o czymś głośno, ale pamiętałem, że ten sam menel już kiedyś mnie obił deską po plecach. Wówczas miał prawo, czy nawet obowiązek, żeby mnie poganiać i nie miałem do niego o to pretensji, ale wiedziałem, że ten czas już się skończył. Menel też to wiedział, nie próbował się do mnie odzywać, tylko rzucał na mnie podejrzliwe spojrzenia, jakby się trochę obawiał, że będę chciał się odegrać. Zignorowałem jednak ich oboje, nawet kiedy mnie wyprzedzili przy konću tego przejścia między rusztowaniami.

Stałem więc przed przejściem dla pieszych, było czerwone, menel i kobieta stali niedaleko po lewej i też czekali na zmianę świateł. Zrozumiałem wtedy, że ludzie, u których zostawiłem komputer nie przyjadą. Że mnie oszukali, zabrali mój komputer i nigdy się już nie spotkamy. Zdałem sobie sprawę, że zupełnie ich nie znałem, że wrażenie przyjazności, które powstało w czasie rozmowy było złudne. Że pewnie się zorientowali w mojej pomyłce szybciej niż ja, i celowo mnie oszukali. Postanowiłem jeszcze chwilę poczekać po drugiej stroni, żeby dać im szansę okazania się uczciwymi, ale zupełnie nie miałem w to wiary, nie zamierzałem też czekać długo - w końcu to zupełnie niedaleko. Mogłem tak zrobić bo zupełnie nie przejąłem się utratą komputera, więcej nawet: czułem, że jest mi dalej dobrze i lekko, brak plecaka był właściwy i wyzwalający, spotkanie mogło poczekać, budynki pięknie wyglądały w słońcu, właściwe to czemu nie miałbym sobie posiedzieć na krawężniku, skoro ruch był nieduży i nie samochody nie hałasowały zbytnio?

Obudziłem się od razu świadomy, że to był sen ale pamiętałem każdy szczegół.

Marcin Hładki

Komentarzy nie ma.