Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2013-10-27

Aleksander Jóźwiak

Wojenna droga z Pińska do Łowicza

Zamieszczam wojenne wspomnienia mojego nieżyjącego Ojca. Jest to jedyny publiczny tekst, jaki napisał: dla powielanego biuletynu kombatantów swojego pułku z II Wojny Światowej. Wspomnienia te mają pewien związek z tematyką Taraki, gdyż Ojcu zawdzięczam zainteresowania kierunkiem wschodnim, historią i czytaniem map i ich ukrytego sensu. Od niego wziąłem sentyment do krain Międzymorza lub dawnej Rzeczypospolitej. Od niego przejąłem zwyczaj pilnego obserwowania świata, także rzeczy dalekich, których nie da się bezpośrednio „skonsumować”. Wziąłem także przekonanie, że świat naprawdę jest inny niż „się” mówi – lub inny niż mówić wolno. (Wojciech Jóźwiak)


22 września 1939 r. przed wieczorem zostałem wyzwolony z „pańskiego ucisku” przez Armię Czerwoną. A było to tak: Jako świeżo upieczony maturzysta po otrzymaniu karty powołania do 30-tej Dywizji Piechoty w Brześciu n/Bugiem na dzień 30 września, musiałem odbyć czterotygodniowy obóz pracy w Junackich Hufcach Pracy, sypiąc wały przeciwpowodziowe nad Wartą koło Uniejowa. Na kilka dni przed wybuchem wojny zdążyłem wrócić do domu tj. do Pińska. W momencie wybuchu wojny wszystkich chłopców podlegających przysposobieniu wojskowemu (było to obowiązkowe) powołano do pełnienia służby wartowniczej na lotnisku polowym pod Pińskiem w miejscowości Żabczyce. Tam dozorowaliśmy kilka bombowców typu „Łoś”. I tam nas zastał ów 22 września [1939].

Kilku kolegów zdołało uciec, ale mnie się to nie udało. Ponieważ nie byliśmy żołnierzami, więc zamknięto nas w więzieniu jako „socjalno-opastnyj jelemient”. [Naprawdę Autor został aresztowany przez Rosjan zimą 1939/40 pod Brześciem, kiedy przez zamarznięty Bug przemycał do sowieckiej strefy okupacyjnej drukowane po niemieckiej stronie kalendarze prawosławne. Red.] Poprzez więzienie w Pińsku, potem w Mińsku, następnie w Czerwińsku, potem znów w Mińsku zawędrowałem w końcu na Workutę. Pomijam piekło tam przeżyte. To są dzieje wystarczająco znane i opisane przez innych.

Po „amnestii”, tj. po porozumieniu Sikorski-Stalin w 1941 r. w sprawie utworzenia Polskich Sił Zbrojnych w ZSSR, rozpocząłem wędrówkę na południe. Przywódcą grupy Polaków opuszczających Workutę był mjr Lis. W ciągu siedmiu tygodni podróży koleją dojechaliśmy do miejscowości Farab nad Amu Darią. [Koło węzła kolejowego Czardżou, dzisiejsza nazwa Türkmenabat - red.] Tam przeładowano nas na barki. Przez cały ten czas odsyłano nas dalej i dalej, ponieważ na tej trasie był już komplet wojska. W miejscowości Kungrat przebywaliśmy prawie do Bożego Narodzenia (na własnym utrzymaniu o głodzie i chłodzie). Potem dalszy transport rzeką, a gdy zamarzła znów długi postój w Turtkulu i okolicach. Tam przez osiem dni nic nie jadłem.

Do Kerminé (obecnie Nawoi w Uzbekistanie) trafiłem 19 marca [1942] i wreszcie dostałem mundur. Ale! Ale przy okazało się, że mam świerzb. Jako chory zakaźnie zostałem odizolowany w niby-szpitalu (zwykła szopa). Tam leżąc razem z chorymi na tyfus i dyzenterię nabawiłem się tej ostatniej. Zbliżała się druga ewakuacja naszego Wojska ze Związku Radzieckiego, więc tych, którzy jeszcze nie umarli wysłano do miasta Guzow w Tadżykistanie. [Nierozpoznane, red.] Stąd transportem kolejowym trafiłem do Krasnowodzka, a dalej do Teheranu.

W Teheranie w grudniu 42 r. jako tako „wyremontowany” wyszedłem ze szpitala, a po trzech tygodniach intensywnego odżywiania nadawałem się dopiero do wojska i zostałem przydzielony wraz z tysiącem kolegów na wyjazd do Anglii.

Na apelu wieczornym dowódca wyczytując obecność widocznie mnie nie dosłyszał, gdyż na drugi dzień rano służbowy odprowadził mnie do aresztu na trzydniową odsiadkę. Prawdopodobnie ocalił mi tym życie, gdyż po jakimś czasie doszły nas słuchy, że statek którym płynęli chłopcy został storpedowany na zachodnim wybrzeżu Afryki w okolicach Fremantle około 500 km od brzegu. [Fremantle leży na zachodnim wybrzeżu, ale Australii – red.] Już w Polsce, kilka lat po wojnie, dowiedziałem się z broszurki z „Tygrysem”, że spośród 4500 obecnych na pokładzie żołnierzy polskich, brytyjskich i jeńców włoskich oraz załogi niewielu się uratowało - rekiny spisywały się dzielnie. Dziwne są wyroki Boskie.

W Teheranie nic się nie robiło. Wysyłki do Iraku ustały, gdyż łańcuch górski, który trzeba było przebyć zasypany był śniegiem i drogi były nieprzejezdne. Dopiero w połowie marca 43 r. trafiłem do 7 Pułku Artylerii Przeciwpancernej z przydziałem do III Dywizjonu. Pułk przechodził intensywne szkolenie i ja wraz z nim. To było w miejscowości Khana Guin (co znaczy w narzeczu kurdyjskim Dno Piekła). [Chodzi o Chanakin lub Khánaqín, w Iraku – red.]

Potem wyjazd pod Kirkuk. Tam w spiekocie mało było ćwiczeń, za to dużo malarii, która i mnie nie ominęła i to na kilka dni przed wyjazdem do Palestyny. Gdy po chorobie dostałem się z Bagdadu do Palestyny do Isdudu z jakimś przygodnym oddziałem pancernym, to pułk mój był na manewrach górskich w Libanie, skąd po tygodniu miał wyjechać do Egiptu, a ściślej do Kair-Heliopolis. Tam nas przezbrojono na czołgi z czym związane było intensywne szkolenie w dzień i w noc, z wyjątkiem sobót i niedziel. I tak do końca stycznia 44r., aż do wyjazdu do Port Saidu. Następnie załadowano nas na „Mauretanię”, którą popłynęliśmy do Włoch. W konwoju pierwszy płynął nasz „Batory”, za nim dwa razy większa „Mauretania”, koniec konwoju był za horyzontem, tylko maszty sterczały, jeśli było słońce. Podróż była wyjątkowo „nudna” i żeby nie oddać Neptunowi, co mu się należało, najlepiej było leżeć, bo mniej dokuczała choroba morska. Wyładunek w porcie Taranto na jakiś tratwach. Potem marsz z całym ekwipunkiem kilkanaście km pod górę do miejscowości St. Teresa, a stamtąd po kilkunastu dniach do San Basilio. Po blisko miesiącu pułk został skompletowany, gdyż osobno płynęły załogi czołgów, i to na różnych statkach, osobno czołgi i osobno samochody. Przez ten czas goniono nas do siódmych potów, jak piechotę. Angielskim zwyczajem pełne wyżywienie przysługiwało dopiero, gdy pułk był w całości, a tak codziennie chochelka zupy z kaszą jęczmienną, paczka sucharów owsianych i czasami „corned beef” - to wszystko. Na krótko przed Wielkanocą spadł na nas szary deszcz. Z komunikatów BBC dowiedzieliśmy się o wybuchu Wezuwiusza. Po świętach wyjazd na front, co znaczy Monte Cassino. Jak tam było, odsyłam do Wańkowicza. On to opisał najlepiej. Potem przyszedł Adriatyk [walki na froncie wzdłuż wybrzeża Adriatyku – red.] i tam przeżyłem grozę polowania przez Niemców na [nasz] jeden czołg przy zdobywaniu miasteczka Osimo.

Huraganowy ogień Niemcy skierowali na nasz czołg, a nie było gdzie uciec, bo z lewej strony góra, a z prawej przepaść – szosa prosta jak strzelił. Dowodził plt Flis (ex-legionista), a kierowcą był Janek Klepałow. Poprzez burzę wybuchów prowadził czołg właściwie w ciemno. Kurczowo trzymał się kierownicy, z wysiłku wystąpiły mu żyły na skroniach. Drogę obserwować mógł tylko przez peryskop – z wytężonych oczu płynęły łzy – i tak nic nie było widać. Ratowała nas wspomniana prosta szosa. Ja obsługiwałem radiostację. Wreszcie byliśmy blisko Niemców, ulga, bo poza zasięgiem artylerii (moździerzy chyba nie mieli). Potem skręt w prawo i byliśmy bezpieczni. Tam spotkaliśmy dwóch saperów, porucznika i szeregowca, którzy zawieszali białe taśmy, znak, że teren rozminowany. W godzinę później strzały umilkły i jeden jakiś nasz żołnierz konwojował grupę ponad stu jeńców niemieckich i to na ziemi niczyjej, a z ich min widać było, że są zadowoleni, bo dla nich wojna się skończyła. Jeszcze tej nocy na nocnym dyżurze wziął mnie na cel niemiecki myśliwiec. Tu muszę wyjaśnić czytelnikom nie z naszego pułku, iż czołgi artyleryjskie nie miały krytej pancerzem wieży, więc z góry łatwo było je dostrzec, gdyż zamek działa był wypolerowany i błyszczał. Noc była w pełni księżyca, więc widocznie dla rozrywki ostrzelał mnie kilka razy. To był jedyny nalot, który na tym tym froncie przeżyłem.

Do końca wojny było jeszcze Ancona, Chiaravalle, Senigallia, Faenza i w końcu Bolonia, ale tam już bardziej umiarkowanie odbywałem służbę frontową.

Po powrocie do kraju rozejrzałem się za pracą, którą otrzymałem. I tu analogia do obecnej naszej sytuacji w Kraju: Tam w wojsku ktoś za mnie myślał, w co mam się ubrać, co mam jeść itd., tu o wszystko musiałem zabiegać sam. Jednym słowem [było to] przejście z socjalizmu do kapitalizmu.

W 1949 r. założyłem rodzinę i nie żałując starań dorobiłem się syna i córki, a później piątki wnuków - najstarszy ma 12 lat, najmłodsza rok.

Zdrowie jeszcze jako tako, gorzej strudzone wojną nogi.

Wspomnienia te spisałem pod naciskiem Romka Krzyżanowskiego, który jest duszą i sercem naszego Pułku.

Łowicz, październik 1992

Aleksander Jóźwiak

Komentarze: 6

[foto]1. Coś wspólnego • autor: Przemysław Kapałka (2013-10-27 20:51:49)

Moja babcia była w Workucie, tyle, że później, a jej brat pod Monte Cassino. Pozdrawiam.

2. fotografia • autor: yvonne.b (2013-10-28 09:45:42)

Piękna twarz, i furażerka założona z fasonem. Widać, że chciało się żyć... Tyle ekstremalnych przeżyć i równowaga ducha zachowana a my dzisiaj z błahych powodów się rozsypujemy...

[foto]3. Dzięki • autor: Wojciech Jóźwiak (2013-10-29 07:35:05)

Dzięki w imieniu mojego Taty.

4. Ktoś Ty za jeden, przyjacielu mój... • autor: (2015-02-26 21:41:04)

...że masz na sobie taki dziwny strój?

Jam z niewoli polski zołnierz
Został mi z munduru kołnierz
i poszyty wiatrem płaszcz...

[foto]5. Your Dad • autor: Arthur Zielinski (2015-06-09 00:48:08)

A fine lad, your father, with an almost identical history to my father′s - perhaps they once met in a bar in Italy and drank some wine together....ach, Polskie szlaki wojenne.....doesn′t it make you proud that you′re Polish?

[foto]6. Yes, I am proud • autor: Wojciech Jóźwiak (2015-06-09 21:47:10)

Yes, of course, I am proud be a Polish -- but all the people around me are Polish as well, so to be proud about it is nothing special :)