Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2002-07-08

Wojciech Jóźwiak

Woda dla umarłych. Z cyklu: Opowieści Leśmiańskie
Rozszyfrowanie wiersza 'Zielony dzban' Leśmiana

Szukałem w wierszach Leśmiana tekstu, który można by było recytować lub śpiewać podczas prowadzonych na warsztatach działań. Wiersz "Zielony dzban" wydał mi się odpowiedni do zakopywania się w grobach, tym bardziej, że ma rytm mazura. Poniżej rozszyfrowuję jego przesłanie.

Pieta. Mężczyzna jest trupem, kobieta ma moc wskrzesić go z martwych. Fragment polskiej narodowej mitologii, według której cała moc skupiona jest w kobiecie, mężczyzna zaś, jak na obrazach maryjnych, występuje jedynie jako dziecko na jej rękach, albo, także na jej rękach, jako składany do ziemi trup. Ale czy to jest tylko polskie? Prawda, mamy swój kult martwych i przegranych bohaterów (bohaterowie wiersza "Zielony dzban" też są przegranymi bohaterami), ale przecież scenę piety, zdjęcia z krzyża, nie u nas wymyślono. Raczej jest to archetyp o szerszym zasięgu: iż kobieta zna tajemnice związane ze zmartwychwstaniem, odradzaniem się i życiem nieustającym, których nie zna mężczyzna. Kiedy, według św. Jana, Chrystus wstał z martwych, pierwsza spotkała go Maria z Magdali, i było to w ogrodzie, gdzie pomyliła go z ogrodnikiem. Pierwszymi zatem świadkami zmartwychwstania byli kobieta i roślinna przyroda. U Leśmiana jest tak samo: w poszukiwaniu nieśmiertelności idzie on (w wielu wierszach) do kobiety i do roślinnej przyrody. Co do kobiety, działa tu być może inwersja, że ta, która rodzi - przeprowadza w jedną stronę - ma też moc przeprowadzania w drugą stronę i ewentualnie z powrotem. Patrząc na wiersz "strukturalnie", mamy opozycję: kobieta-mężczyzna, a na nią nałożone równoległe opozycje: działający-bierny, żywy-martwy, przypominający-zapominający, oraz pojedynczy-mnogi. Kobieta żyje, działa i przypomina. Mężczyzna jest bierny bo martwy, i pogrąża się w niepamięci. Kobieta jest jedna, mężczyzn jest mnogość - stu. Mamy tu więc zupełną polaryzację jang-in, jang jest bowiem działające, żywe, przypominające i pojedyncze, a in przeciwnie - bierne, martwe i powielone. Tyle że według taoistów jang jest męskie, in żeńskie, a u Leśmiana odwrotnie. Wiersz ma wszystkie pozory sentymentalnej, kiczowatej rymowanki. Ale warto założyć, że Leśmian zbyt wielkim poetą był, by puszczać luzem język, żeby mu plótł banały. Wiersz zaczął od inwersyjnego wahania: czy owo stokrotne wojsko, bierni aktorzy wiersza, żyją czy nie żyją? - To nie stu rycerzy, lecz sto trupów leży / Nie sto trupów leży, jeno stu rycerzy. Odpowiedź jest: i żyją, i nie żyją. Jaka jest w tym realność? Oczywiście nie wchodźmy w medyczne i sądowe definicje śmierci. Ale - znane przecież Poecie - wywoływanie duchów? Zmarły odpowiada na pytania, więc w jakimś stopniu żyje. Starożytna nekromancja, przywoływanie zmarłych znających przyszłość i przeszłość, niedawno rozwinięta w całą instytucję i metodę, w "Teatr Umysłu"-psychomanteum, przez badacza życia po życiu, Raymonda Moody'ego. Wreszcie realność najbardziej odpowiednia do akcji wiersza: bardo buddystów tybetańskich, stan w który świadomość zmarłego wchodzi po śmierci ciała; stan "bycia pośredniego", sanskryckie antarabhava, stan zawieszenia po śmierci, a przed śmiercią następną, jako że właśnie wejście w kolejne wcielenie ostatecznie niszczy dotychczasową świadomość, o ile nie podejmie ona w porę, w tym pośmiertnym stanie, medytacyjnej drogi do ostatecznego duchowego wyzwolenia, jak jej nakazuje Bardo Thodol, Księga Umarłych. Jednak według tybetańskich rytów droga przez bardo jest zadaniem czynnym, jest walką o wygranie - już po śmierci - swojego życia, próbą dla bohaterów. Leśmian tak daleko nie zaszedł... Nam na razie wystarczy, że wiersz jest - mimo pozorów fantastyki - dość realistyczny. Nazwanie zmarłych "rycerzami" odrealnia opowieść, odsuwa ją w świat baśni, ale gdyby użyć podobnego słowa i powiedzieć: "To nie stu żołnierzy, lecz sto trupów..." - nie baśń mamy, lecz czasy, w których Leśmian ten wiersz pisał, kiedy po Pierwszej Wojnie Światowej i Wojnie z Bolszewikami pozostały rowy okopów, owdowiałe dziewczyny i zbiorowe groby. Gdzie leżą zmarli? Im więcej takich konkretnych, wyobrażeniowych szczegółów ustalimy, tym jaśniejszy będzie wiersz. Nie jest to jednak powiedziane jednoznacznie. Pierwsza informacja brzmi: wicher ... ku nim bieży. A więc zwłoki leżą wystawione na wiatr, w polu, pod gołym niebem. I dalej: w skwar śmiertelnej niepogody, / co w proch wargi ścina, gdzie domyślamy się rozpadu ciał wystawionych na "warunki atmosferyczne". Wypić - wypijemy - mówią zmarli, z czego wynika, że niedoszła wskrzesicielka ma do nich dostęp i może tak podejść, aby rosę z dzbana wlać im pomiędzy szczęki. I dalej mówią: my leżym z ziemią w zmowie, co nie musi oznaczać, że są pogrzebami, bo może tylko wtuleni w ziemię. I następnie: w tym tu rowie i parowie, co ogromnie realistycznie stawia przed oczami obraz nie pochowanych szkieletów, zalegających okop, w którym zabiła ich wojna. Potem jednak są dwie wzmianki, które mówią jednak o pogrzebaniu pod ziemią: snu podziemnego oraz na kurhanie. Jednak ten pierwszy obraz zmarłych, leżących na wierzchu choć w zagłębieniu, jest bardziej wyrazisty. Zaraz na początku, w trzecim wersie, jest coś, co choć sprawia pozory pustej rymowanki, to jest jednak ważną wskazówką co do treści: nie dla nich ruczaj dzwoni ... bór szumny od nich stroni ... jeno wicher ku nim bieży. Co oznacza, że ze wszystkich żywiołów tylko żywioł powietrza, wiatr, wciąż im - zmarłym - towarzyszy. Wzmianka o wietrze, jak refren i końcowy nawias, pojawia się też na końcu wiersza: wiatr znikąd ku nim bieży / Kurzawą okryty. Bardo Thodol, Tybetańska Księga Umarłych, powiada, co dzieje się po śmierci z żywiołami konstytuującymi nieboszczyka: "ziemię wchłania woda, wodę - ogień, ogień - wiatr, wiatr - czysta świadomość". [TKU, s. 52]. A więc żywioł wiatru jest ostatnim, który łączy zmarłego z porzuconym światem. Dalej na jego drodze w śmierć czekają go już tylko projekcje wyłaniające się z umysłu, z "żywiołu" świadomości. Kontakt z wiatrem jest ostatnim przystankiem na tym świecie. Pewne jest, że Leśmian nie mógł znać (przynajmniej pisząc "Zielony dzban") Tybetańskiej Księgi Umarłych, nawet gdyby zachciał czytać ją po angielsku, gdyż pierwszy przekład Ewans-Wentza wydany był w 1927 roku. Wydaje się jednak prawdopodobne, że przed II Wojną nikt w Polsce tej książki w ręku nie miał, a zbieżności tłumaczą się tylko równoległą - do Tybetańczyków - pracą twórczej wyobraźni Leśmiana. Mamy więc taki oto obraz: pod wiosennym, wysoko stojącym słońcem otwarte pole, na nim porosłe już trawą wojenne okopy, w nich nie pochowani wojacy, przez których kości i puste oczodoły gwiżdże idący z dali wiatr. Wiosna się zaczyna - zaczyna się wiosna, czyli czas zmartwychwstania. Czas mamy podany z astronomiczną precyzją: jest 20 marca, wiosenna równonoc, poranek, ale już kilka godzin po wschodzie słońca, bo przecież Dziewczyna musiała mieć czas na zebranie rosy. I znów, patrząc w tekst, masz wybór: czy to konwencjonalny banał, czy logiczna precyzja? Wybieramy precyzję. Stopy moje - bose, skronie - złotowłose. To nie banalna rymowanka-malowanka, lecz obraz rytualnego stroju kapłanki. Dziewczyna jako mikrokosmos jest obrazem i modelem kosmosu makro. Bose stopy są jej potrzebne, aby otworzyć się na żywioł ziemi, jej złote włosy są tym samym, co korona królów ze złota, metalu Słońca, i indiańskie pióropusze z piór orlich, solarnych ptaków. Złote włosy to jej aura, która jest modelem słońca. Dziewczyna, sama mieszkanka świata środkowego, stopami, niby szamańskie kosmiczne drzewo, sięga świata podziemnego, złotą głową sięga świata niebieskiego. Ekwiwalencja głowy ze Słońcem i stóp z ziemią czyni ją kanałem przepływu energii z góry w dół i z dołu do góry, koniecznym do wypełnienia obrzędu. Jednocześnie Dziewczyna jest połączeniem przeciwieństw i urzeczywistnia pełnię w sensie emocjonalnym, zgodnie z Jungiem, który twierdził, że tak jak mężczyzna dąży do doskonałości, to kobieta do pełni. Kochałam, płakałam - wyznaje Dziewczyna, i jest to wyraz owej pełni, dzięki której ma moc spełnienia obrzędu wskrzeszenia: ...zmarłym wodę niosę. Ta sama logika pełni kazała pierwszym chrześcijanom domyślać się, że ta, która pierwsza ujrzała Zmartwychwstałego w ogrodzie, wcześniej była kobietą publiczną, później zaś - Jego, zrealizowaną lub nie, kochanką. Czym jest woda, którą niesie w dzbanie? Jest to woda z nieba, rosa, którą Dziewczyna ciułała - znacząca, magiczna echolalia brzmi w tym słowie! - a działo się to o świcie, w czasie poprzedzającym akcję wiersza. Wśród kart taroka, których Leśmian chyba nie znał, bo nigdzie o nich (może się mylę?) nie wspomina, jest karta nr 17, "Gwiazda", przedstawiająca nagą dziewczynę, która z dzbana, przed świtem, w promieniach wschodzącej Wenus, wylewa wodę do rzeki lub stawu. Są więc boginki zlewające rosę z nieba na ziemię... Istnieje też obrzęd, którego Leśmian znać nie mógł, bo nie słyszał o nim w jego czasach żaden Biały człowiek, hawajski obrzęd gromadzenia energii z kosmosu w postaci wody. Czyni się to w wizualizacji, ale zbieranie rosy do dzbana o świcie jest dokładnym realnym odwzorowaniem tego obrzędu. Po co wykonuje się tę wewnętrzną, imaginacyjną czynność? Aby uzyskać i nagromadzić moc i dzięki niej móc czynić rzeczy niezwykłe; wskrzeszanie zmarłych na pewno do nich należy. Jest taki, co maki kładł mi na ramieniu. Niepokojący fragment. Zestawienie tych słów krzyczy tandetą! Poważnie podejrzewamy, że Leśmiana zawiódł dobry smak... A może nie? Słowo "taki" nie musiało stać w tym miejscu, więc "maków" nie wyprodukowała pusta rymowanka. Te "maki" (ważniejsze niż "taki") były do czegoś potrzebne. Mak... Czerwień, kolor życia, krwi, seksu... Narkotyk... Sen... W starożytności, o czym Leśmian z pewnością wiedział, mak był rośliną poświęconą Afrodycie, zaś opium, mleko z makówek, rozpuszczone w winie, znane było jako afrodyzjak, zsyłający zarówno miłosną gotowość, jak i erotyczne wizje. Mężczyzna, który maki kładł mi na ramieniu to najwyraźniej partner nieznanego bliżej, bo powstałego w wyobraźni poety, obrzędu mistycznych-tantrycznych zaślubin, związania rąk kochanków makiem, darem Wenus. Ten obraz dopełnia obraz poprzedni, Dziewczyny-kapłanki-wskrzesicielki. Wskrzeszanie zmarłym jest najwyraźniej częścią tantry, erotycznego kierowania obiegiem energii w świecie. Zresztą, Dziewczynie na tym jednym kochanku naprawdę zależy, jego padłych 99 kolegów gotowa jest przywrócić do życia niejako przy okazji. Tymczasem zmarły kochanek pamięta wprawdzie mak purpurowy, lecz swej dawnej wybranki już nie pamięta. To znowu zgadza się z buddyjskimi naukami o umieraniu, według których szok śmierci szybciej wyciera indywidualne wspomnienia i jednostkowe obrazy w umyśle, aniżeli głęboko wryte w podświadomość, wdrukowane obrzędowe automatyzmy, i buddyjska praktyka polega właśnie na wdrukowywaniu sobie tych wyzwalających automatyzmów, owych powtarzanych w nieskończoność mantr i wizualizacji, uczonych "na blachę", niby automatyczne odruchy kierowcy lub narciarza. Mak pamiętam... - co brzmi tym bardziej znacząco, że mak jest przecież środkiem snu i zapomnienia. Kobiecie właściwa jest pełnia, mężczyźnie doskonałość. Mężczyźni-nieboszczycy wybierają doskonałość śmierci, nie idą na połowiczne kompromisy z życiem. Dla nich wybór może być tylko jednoznaczny: albo życie, albo śmierć. Nie ma półcieni, zmartwychwstań ani cykli istnienia. Jest tak albo nie. Domyślamy się, że w imię tej jednoznaczności zmarli odrzucają propozycję wskrzeszenia: wypić - wypijemy, lecz nie ożyjemy. Wolą, aby Dziewczyna zbudowała dla nich sanie, którymi odjadą na wieczyste zimowanie. Skąd Leśmian wiedział, że szamani z tundry byli po śmierci chowani w saniach, pozostawianych na odległych pustkowiach?

Wojciech Jóźwiak

6-8 lipca 2002

literatura


Bolesław Leśmian. "Zielony dzban", ze zbioru: Poezje, wyd. Muza SA", Warszawa 1996.
Tybetańska Księga Umarłych, przełożył Ireneusz Kania, wyd. Oficyna Literacka, Kraków 1991. Tekst znany też jako Bardo Thodol, tybet. Bar-do t'os-grol cz'en-mo.
Raymond Moody, Odwiedziny z zaświatów, wyd. Alkazar, Warszawa 1994
o jego działalności: www.lifeafterlife.com/
Wojciech Jóźwiak, Warsztaty szamańskie..., wyd. Ravi, Łódź 2002

Zobacz też: Tatarakiem chleb przegryzając. Leśmian, czyli wstęp do szamanizmu

Bolesław Leśmian • ZIELONY DZBAN

To nie stu rycerzy, lecz sto trupów leży!
Nie sto trupów leży, jeno stu rycerzy!
A nie dla nich ruczaj dzwoni,
A bór szumny od nich stroni,
Jeno wicher we sto koni
Znikąd ku nim bieży.

Wybiła godzina - wiosna się zaczyna,
Z chaty poprzez kwiaty wybiega dziewczyna,
Dzban zielony, pełen wody,
Niesie zmarłym dla ochłody
W skwar śmiertelnej niepogody,
Co w proch wargi ścina.

Stopy moje - bose, skronie - złotowłose,
Kochałam, płakałam, zmarłym wodę niosę,
Oczerstwijcie ból wasz słony,
Smakiem śmierci podrażniony,
Cały ranek w dzban zielony
Ciułałam tę rosę.

Wypić - wypijemy, lecz nie ożyjemy,
Na polu w kąkolu żal się chwieje niemy,
A my leżym z ziemią w zmowie
W tym tu rowie i parowie,
Lecz nikt tego nie wypowie,
Gdzie my teraz, gdzie my?
Jedyny dobytek - ciszy w sobie zbytek
I snu podziemnego żmudny bezpożytek.
Nim sporządzisz dla nas sanie
Na wieczyste zimowanie,
Połóż wieniec na kurhanie
Z kalinowych witek.

W waszym zgromadzeniu, w natłoczonym cieniu,
Jest taki, co maki kładł mi na ramieniu,
Niech ze dzbana pije wodę,
Niech przypomni lata młode,
Gdy raz spojrzał w mą urodę
W nagłym zachwyceniu!

Płyną dni niezłomne, czasy nieprzytomne,
Nie wierzę, że leżę trzy lata ogromne!
Mak pamiętam purpurowy,
Ale twojej, dziewczę, mowy
I tej złotej w słońcu głowy
Już dziś nie przypomnę!

Chmurzą się błękity, płacze deszcz obfity,
Na trawie w murawie leży dzban rozbity,
Dzban rozbity leży, leży,
A śpi pod nim stu rycerzy,
A wiatr znikąd ku nim bieży,
Kurzawą okryty!

Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 1

[foto]1. Kolejne spotkania • autor: Michał de Molka /Michał (de) Molka (2014-12-31 16:59:20)

Dziękuję wszystkim osobom, z którymi spotkałem się w grudniu i styczniu i zapraszam na kolejne spotkania. Najbliższe porady odbędą się 17 lutego 2015 r., w godzinach 12.00-18.00 i to będzie ostatnia możliwość na spotkanie. Zachęcam, zapraszam i do zobaczenia w Tel-Avivie!