Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2010-11-28

Wojciech Jóźwiak

Wnyki duszy – o „Co nami kieruje?” Mieczysława Budzińskiego

Przekonanie, że można drugi raz się urodzić, umarłszy wcześniej, że zmarli wracają do życia w osobach rodzących się dzieci, jest odwieczne i nie ogranicza się tylko do Indii, z którymi jest głównie kojarzone i gdzie zyskało sankcję miejscowych religii. Zapewne wiara w reinkarnację przyciągnęła wielu ludzi do buddyzmu, wydając się lekarstwem na śmierć. Jednak wczesny buddyzm, a i sam Budda uważali reinkarnację za (jeśli tak można powiedzieć) dopust boży, za fatum wiszące nad wszystkimi czującymi istotami, które zmusza ich do przeżywania wciąż od nowa ich krótkich, bolesnych i męczących żyć. Który to ciąg wcieleń, prócz nieodłącznego umęczenia, nie jest żadną nieśmiertelnością, ponieważ nie „ja”, nie ciągła przytomność się kontynuuje poprzez kolejne umarcia i urodzenia, tylko „uwarunkowane powstawanie”, z czego wniosek, że moje następne wcielenie nie będzie „mną” tylko innym nieszczęśnikiem, który będzie dostawał w (swoim) życiu w d. za to, co ja w swoim narozrabiałem, i tak od „nie mającego początku czasu” do nie wiadomo kąd.

Dobrą nowiną Buddy była ani nadzieja na życie wieczne, ani na lepsze wcielenie, ani na (co jakaś sekta idiotów ileś lat temu głosiła) „radosną podróż przez wcielenia”. Dobra nowina Buddy była taka, że każdy (z jego uczniów) może (indywidualnie) przerwać ten cykl, wygaszając przyczyny, które uwarunkowały jego powstanie. Tak mniej więcej idzie to, co zrozumiałem i zapamiętałem z iluś lektur i wysłuchanych wykładów.

Późniejsze dociekania i badania duchowe w nurcie mahajany (chociaż autorzy mahajany konsekwentnie uważali, że nic nowego nie wymyślają, nie tworzą, a wszystko co wydobywa się z – powiedzielibyśmy po jungowsku – głębin ich jaźni, pochodzi w istocie od Buddy, przy czym nieważne, że Śakjamuni dawno umarł i go nie ma, bo w odróżnieniu od „śmiertelników” się nie inkarnował, gdyż Budda istnieje jako Trikaja („trzy ciała”), których emanacje w medytacjach nawiedzają mędrców wciąż, gdy tylko cierpienia istot staną się dość nieznośne na to, by były im posłane nowe nauki. To także mniej więcej to, co wyniosłem z lektur i wykładów. W mahajanie, dokładniej w Tybecie pojawiły się pouczenia dla umarłych, będących w krytycznym momencie między jednym a drugim wcieleniem. Gra wtedy idzie i o to, żeby dobrze się wcielić, i o to (przede wszystkim), żeby w tym przejściowym stanie bytu (antarabhawa, czyli ‘międzybyt’, po tybetańsku bardo) zdobyć się na medytacyjny wysiłek, który zdmuchnie i zgasi (nirwana) napór uwarunkowanego powstawania. W myśl Bardo Thos Grol, Tybetańskiej Księgi Umarłych, wcielenie, czy raczej „wycielenie się” z bardo, przypomina wytrącenie z medytacji przez jakieś uboczne myśli, przez natrętne ADHD umysłu. Wydaje mi się to przekonujące – o ile oczywiście założymy, że śmierć, zwyczajnie i głupio, nie kończy wszelkiej aktywności umysłu.

Buddyzm jednak dość lekko traktuje sprawy śmierci i tego co ewentualnie bywa dalej; jeśli dobrze rozumiem lektury i wykłady, buddyjskie podejście jest tym, co w odcinku Gnostycy i fenomenolodzy nazwałem podejściem fenomenologicznym. Co zgadzałoby się z tym, że świat widziany buddyjskimi oczyma jest w ogóle dość luźny, jakby paczłork pozszywany z wielu nie trzymających się kawałków. Nie każdemu takie widzenie świata leży; ci którym ten styl myślowy nie odpowiada, na swoją obronę mają to, że Zachód w ogóle myśli bardziej tym drugim biegiem – po gnostycku, szukając jakichś twardych, gęstych, systemowych wyjaśnień i modeli podtrzymujących świat niby te słonie i żółwie. To jest ta różnica, która wyszła na jaw w rozmowie Milindy z Nagaseną: kiedy ostrze utkwiło w ciele, trzeba je wyrwać i opatrzyć ranę, a nie pytać o to który kowal je wykuł i jakim sposobem. Ale tak czy inaczej, teorie objaśniające inkarnację pojawiają się i niektórym od buddyzmu bardzo daleko – idą w kierunku gnostyckiej gęstości i lepkości. Budując obraz prawdziwych karmicznych wnyków, w których uwięźliśmy bez ratunku, niby ciało w równaniach Hamiltona.

Jak można się domyślić z tego wstępu, z teoriami takimi nie sympatyzuję, ale uważam, że powinno się je znać. Podobnie jak za absurdalne uważam opowieści Marciniak o kosmitach, które – jako współczesne wydanie pop-gnozy – jednak znać należy, przynajmniej ze streszczenia.

I tu może wreszcie uda mi się przejść do zapowiedzianego tematu.

Nowy autor Taraki, Mieczysław Budziński, w artykule „Co nami kieruje?”, przedstawia ciekawą i rozwiniętą koncepcję kolejnych wcieleń. Słowo „rozwiniętą” podkreślam, ponieważ przedstawione tu poglądy słyszywałem wielokrotnie wcześniej, ale jako ledwie rzucone niekompletne hasła – tu Autor zebrał temat w pewną całość.

W myśl tego poglądu nasze ludzkie życie jest totalną makietą. Nie myślę i nie żyję, tylko myśli mną i żyje mną coś innego i ode mnie różnego. W tym miejscu Mieczysław Budziński ustawia się w jednym szeregu z tymi, przeciw którym tak protestował Jacek Breczka w swojej rozprawie Trujące owoce trzeciej filozofii podejrzeń. O szkodliwym wpływie psychoanalizy na kulturę współczesną. (Pisałem o tym w odcinku blogowym „Trujący owoc Freuda”, 29 września 2010.) W tamtym (nie w Tarace zamieszczonym) tekście Breczka krytykuje Marxa, Nietzschego i Freuda za to, że odmówili człowiekowi autonomii czy „samości”, twierdząc, że „myślą nim” byty będące poza nimi – interesy klasowe, więc w istocie materialne u Marxa, instynkty u Nietzschego oraz para demoniczna Eros-Tanatos u Freuda, przez co (jak pisze Breczka) zgodnie z Freudem do drugiego człowieka podchodzimy bądź by go Erosem zgwałcić bądź Tanatosem zabić.

Według Budzińskiego życie człowieka inscenizuje coś będące nie nim i poza nim – jego Dusza. Nasze Dusze żyją, nie wiem czy wiecznie, w każdym razie długo, natomiast my (te tutaj egzystencje, wcielania) jesteśmy dla „swoich” Dusz czymś takim, jak ludziki w komputerowej grze. Ludziki umierają, Dusze grają nimi-nami dalej.

/.../ rodzimy się tu na Ziemi i jesteśmy tutaj jak ludzik w grze komputerowej - i mniej więcej tak samo jesteśmy traktowani przez duszę jak my traktujemy te ludziki. Celem jest przejście pewnego toru przeszkód wynikającego ze scenariusza gry, a w naszym przypadku z planu duszy. Gdy ludzik zginie, to mamy kolejne życie - my, ale nie ludzik. Dusza też może się wcielać wiele razy. To czy to kolejne wcielenie to też my, pozostawiam na inne rozważania. /.../

- pisze Autor. Swoją koncepcję uzgadnia ze znanym poglądem huny, w myśl którego „ja” czyli człowiek jako pewna całość składa się z trzech pięter: ja Wyższego, Niższego i właściwego, średniego Ja, jedynego, które znamy z autopsji. Dusza nie jest jednak żadnym z nich (co przyznam, zdziwiło mnie), a więc, jak się domyślam, istnieje gdzieś w innych wymiarach. Tu gdzieś bliżej nas, Dusza jest reprezentowana przez (jak nazywa ją Autor) „Ziemską Część Duszy”, która wobec Ja Wyższego i Ja niższego (czyli nad- i pod-świadomości) występuje jako nadzorca i szef. Narzuca się tu skojarzenie z oficerem prowadzącym, który instruuje, uruchamia i rozlicza demokratycznego polityka będącego w istocie Tajnym Współpracownikiem (seksot, sekretnyj sotrudnik - ładniej i zwięźlej po rosyjsku, skąd ten obyczaj do nas przyszedł). Zamiast trójdzielnego człowieka huny mielibyśmy pięciokrotnego: Ja, Podświadomość (unihipili), Nad-jaźń (aumakua), Ziemska Część Duszy i – piąta, a właściwie pierwsza w tej grze – Dusza. Tak rozumiana dusza, jako stały element zachowujący się poprzez kolejne wcielenia i sterujący nimi, przypomina Ciało Przyczynowe, o którym gdzieś wspomina się w filozofii hinduskiej, a które to pojęcia ważną rolę zagrało u Bławatskiej.

W naszym codziennym życiu koncepcja nazwana przez Autora „Teorią Planu Duszy” ma swoje zaczepienie, mianowicie tłumaczy nasze nieustanne niepowodzenia, i to nie tylko w uskutecznieniu naszych zwykłych zamiarów i postanowień, ale również zamiarów wspieranych magicznie, hunicznie i „energetycznie”, które przecież (bo  w końcu które, jeśli nie te?!) powinny być skuteczne. Ale jakże często nie są. Teoria Planu Duszy wyjaśnia to, choć jakże przykrym dla naszej dumy kosztem. Tu aż chce się zapytać, czy czasem ta koncepcja w ogóle nie jest wyrazem stanu ducha magów, którym magia uporczywie się nie udaje, różdżki nie słuchają, miotła nie startuje?

Lektura „Co nami kieruje?” obudziła u mnie stare i pospolite niepokoje astrologa: co przedstawia horoskop? – Czy „mnie”, czy jakiś byt stojący poza mną i kierujący mną niby z tylnego fotela?

I wreszcie podobieństwo z gnozą: jak tam złośliwy Demiurg, stworzyciel złego świata-więzienia, uwięził w nim nas i podobnych nieszczęśników, zagradzając nam, a raczej iskrom w nas,  drogę do prawdziwego ojca, tak tu my-marionetki skaczemy na nitkach pociąganych przez mniejszego demiurga: grającą nami Duszę.

Jak widzimy, artykuł Mieczysława Budzińskiego wiele wymaga od czytającego: przypomnienia sobie różnych koncepcji reinkarnacji, huny, antropozofii, gnozy-gnostycyzmu, astrologii. I każe na nowo postawić sobie pewne nienowe pytania.

Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 2

1. A oto prawdziwa groza egzystencji! • autor: (2010-12-04 18:21:07)

Oto prawdziwa groza egzystencji: Przez ostatnie parę tygodni nie pokazywałem się, ponieważ stoczyłem ciężka walkę intelektualną (Prawdziwy „Armagedon Dusz”!) z osóbką, która twierdziła że ludobójcy nie powinni być karani (!) – ponieważ to było w „planie ich dusz”. Twierdziła też, że ich ofiary – w tym dzieci – także ginęły w ramach „planów ich dusz” i postronnym ludziom nic do tego! Rozwijając swój pogląd, stwierdziła – że kto chce w gwałcie i ludobójstwie przeszkadzać albo karać sprawców, sprzeciwia się naturalnemu, czyli duchowemu porządkowi rzeczy!

Miała też niezwykłą koncepcję szczęścia: Jeśli człowiek podda się swojemu losowi, zaakceptuje swoje cierpienia i klęski jako wspomniany „Plan Duszy” – to osiągnie stan komfortu psychicznego, czyli będzie szczęśliwy. Początkowo ogarnęło mnie zdumienie graniczące z grozą (!) i próbowałem polemizować. Potem górę wziął wstyd: ją uderzyło Życie bardzo okrutnie i ciężko przypłaciła to zdrowiem, a ja... no cóż... zawsze atakowałem pierwszy, nie dawałem się usadzić nikomu i niczemu... Co zrobiłem? Kurtuazyjnie i z ukłonem uznałem swoją porażkę, życząc jej przysłowiowo „pełnego spełnienia” w życiu doczesnym i tym następnym...

[foto]2. Dwa sensy słowa dusza • autor: Wojciech Jóźwiak (2010-12-05 11:07:20)

W koncepcji "duszy-nadzorcy" całkiem zmienia się sens słowa "dusza". Tak jak się zwykle uzywa słowa "dusza", dusza jest rozumiana jako coś najbardziej własnego, jako samo jądro "ja". Mówi się: "w głębi duszy" (coś sądził): czyli njabardziej po swojemu. Także po chrześcijańsku dusza jest czymś takim; myśli się: umrę, ale moja dusza będzie żyć dalej, to dla chrześcijanina jest pociechą, bo ta dusza to najistotniejsza część a właściwie rdzeń jego ja. (Buddysta z tym sie nie zgodzi.)

Tymczasem w koncepcji "duszy-nadzorcy" dusza jest czymś zewnętrznym i dla "ja-mnie" obcym, graczem-panem. Podobieństwo ze złośliwym bogiem gnostyków uderzające.