Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2009-04-14

Krzysztof Wirpsza

Wmawiać babie jajko. Refleksje powielkanocne
'Ze swoim duchem można robić trzy rzeczy...'

Podstawowy problem jaki mam z wyjaśnieniem rodzinie czym się interesuję wygląda mniej więcej tak:

WUJEK: A jak ktoś jest zdrowy, to znaczy psychicznie zdrowy, to czy może robić te twoje techniki?
JA: Ale wujku, czy wujek zna kogoś zdrowego?
WUJEK: No, na przykład ja.
JA: A-hhhhh [cisza]

Zauważyłem, że można robić ze swoim tak zwanym duchem, trzy rzeczy. Otóż - można manifestować. Znaczy - wymodlić sobie jakieś dobra materialne, dobra wewnętrzne, tudzież inną pomyślność. Wierzyć uparcie, niezłomnie, że się da tak wymodlić i tą wiarą dotąd uciskać wszechświat, aż się efekty pojawią. To jest jedna rzecz. Potem jest druga - można obserwować. Jak człek niepazerny, to zamiast manifestować - obserwuje. Jak to mu, na przykład, wszechświat przychodzi i odchodzi. Wszystko przemija, a ja patrzę sobie, po cichu. I wreszcie jest trzecia rzecz. Wmawiać babie jajko. Twierdzić, że jest coś, czego nikt nie widzi, i że to coś działa. Jakiegoś rodzaju harmonia przedustawna jakby to nazwał Lem, jakieś Tao. Tak to się jakoś w życiu złożyło, że zawsze wybierałem tą właśnie opcję. A do tego jest naprawdę trudno przekonać kogoś, kto sam tego twierdzi, że nie robi, kto sam tego twierdzi, że nie widzi. Czasem czuję się jak cholerny wyznawca jakiejś wiary, której na przykład taki wujek-saracen - ni w ząb. No, i przychodzi nawracać....

JA: Wujek też jest chory, psychicznie znaczy, tylko wujek o tym nie wie. Jak wujek porobi technikę, to się wujek przekona.
WUJEK: Aha, gadaj zdrów, wmawiasz babie jajko.
JA: Nie wmawiam, wujku. Każdy jest chory. Taki już jest człowiek, że niezdrowy jest.
WUJEK: To ty chcesz mnie do domu wariatów wpędzić tak? Paranoję mi wciskasz? Popatrz do czego doszedłem, a ty mi tu że nienormalny.... Ile ty masz lat, dziecko?

No i się dyskusja kończy. Za jakie grzechy jestem skazany na życie w getcie tych, którzy postanowili przyznawać się, że widzą coś, o czym nikt inny nawet nie wspomina? Na przykład szkodliwą podświadomość. Starających się jakoś karkołomnie porozumieć z tymi, co twierdzą, że żadnej podświadomości w sobie nigdy na oczy nie widzieli. Lub, że jest ona, akurat dzisiaj, nieistotna. Lub że owszem istotna, ale lepiej i tak jej nie tykać, bo gryzie. Lub że tam są głównie sny, wizje i inne miłe rzeczy. Lub temu podobne, obce mi poglądy.

WUJEK: Jak to ja mam jakieś problemy, kiedy ja wiem, że ja żadnych problemów nie mam.
JA [zdesperowany]: Wujku, wujek ma, w środku. Naprawdę.
WUJEK: Ty co, mnie indoktrynować chcesz? Ja nie mam żadnego "w środku". Ja mam tylko to, co widzę teraz, a resztę to ty mi wmawiać chcesz.
JA [jeszcze bardziej zdesperowany] A może by tak wujek popatrzył?
WUJEK: Jeszcze czego. Żebyś mnie zahipnotyzował i coś zrobił tak, że uwierzę w te moje niby problemy i się rozchoruję? Cholerne łapiduchy. Człowieka zdrowego ocyganić, wmówić mu jakieś brednie, a potem dawaj ciągnąć kasę!
JA [w totalnej desperacji] robię na sobie po cichu technikę żeby się nie denerwować

Jak się już to robi, to istotnie wydaje się najpraktyczniejsze z wszystkich trzech opcji, biorąc pod uwagę, że dwóch poprzednich wcale nie wyklucza. Ale zanim człowiek zacznie na serio twierdzić, że widzi coś, czego nie widać, musi się zmierzyć z dylematem.

Czy aby sobie tego nie wmawiam?

WUJEK: Ale ja nie widzę. Tej twojej pod... świadomości.
JA: Ale wujku, tu nie ma co widzieć. Ona jest dlatego podświadomość, że jej nie widać. Bo jest pod spodem, rozumie wujek?
WUJEK: Po spodem? Ale pod spodem czego?
JA: To tak jakby na rybach wujek był. Patrzy wujek na spławik. Patrzy wujek godzinę. Dwie. Nic. Ryby nie biorą. Już chce wujek do domu się zbierać, a tu nagle - hyc! - spławik w dół. Bo ryba tam jest, tylko trzeba dać szansę...
WUJEK: Ale skąd wiadomo, że ona tam jest?
JA: Ja widziałem. Nie raz. Mówię wujkowi, jest.
WUJEK: Aha, to mam ci wierzyć, tak? A jak tobie się coś zdaje?
JA: Wujku, ale wujek też może zobaczyć, to znaczy sam. Niech wujek porobi ze mną technikę.
WUJEK: Ale jak ja mam robić technikę, jak mnie nic nie jest. Mogę porobić dla picu, jak bardzo chcesz.[Impas]

Z tym "wmawianiem babie jajka" to jest tak, że człowiek na początku ma przeczucie. Potem nastawia wewnętrzne, że tak powiem, czułki. No i wtedy, jak ma trochę szczęścia, to zaczyna doświadczać czegoś, co można by nazwać "wyłanianiem". Myślał, że czuje, myśli, widzi coś jednego. Ot, rzecz oczywista. A teraz zza tego jednego mu się nagle tak wyłania coś zupełnie innego. To jest bardzo realne doświadczenie, i ono istnieje powszechnie, zarówno w religiach, jak i wśród ateistów, oraz we wszelkich stadiach pośrednich. W religiach to się nazywa "wiarą", "objawieniem". W POP-ie "progiem", Metodzie Sedony "letting go". Co ma piernik do wiatraka? Ano, ma. Nie sposób właściwie uzgodnić terminologii na jakichś stałych zasadach, bo ludzie, zależnie od życiowego balastu, nazywają to za każdym razem trochę inaczej. A że sprawa jest zazwyczaj bardzo osobista - to trudno wprowadzić ujednolicenie terminologii.

Choć z pewnością jedno jest w tych wszystkich doświadczeniach wspólne. Zapraszamy nową wersję rzeczywistości. Nie doktrynę, którą nam ktoś z góry narzuca i nie ideologię. Nie coś, co wynika z lęku, z chęci zabezpieczenia się. Natomiast to wynika z wielkiej wewnętrznej odwagi, z determinacji. Zapraszamy rzeczywistość, której jeszcze nie znamy, nie próbując twierdzić, że już wszystko wiemy, i że nic tam nie ma prawa być. Ta rzeczywistość niekoniecznie jest w pierwszym rzucie przyjemna. Ale my drążymy wytrwale, wierząc, że sytuacja się wyjaśni, jeśli tylko będziemy uparcie drążyć.

Oczywiście, gdy "zza progu" wyłania się "coś więcej", przychodzą dylematy. Jak człowiek widzi to "coś więcej", to jest skołowany, bo które w końcu jest słuszne. Tamto wcześniej, czy to co teraz. I przychodzi odpowiedź - oczywiście, to co się wyłoniło jest, na razie, słuszniejsze. Tamto drugie znika gdzieś za zakrętem i zostaje się z tym nowym. Ale zaraz, a gdzie konsekwencja? Gdzie reputacja, bo co ludzie pomyślą, jak będziemy sobie tak skakać. Gdzie zwyczajna praktyczność i pewność, że po tym slalomie nie wylądujemy w krzakach? Wychodzi na to, że aby iść w prawo, trzeba - iść w lewo. Żeby iść z górki, trzeba iść pod górkę. A aby pozostać w miejscu, jak stwierdziła Czerwona Królowa, trzeba biec tak szybko jak to tylko możliwe.

Potem człowiek musi to jakoś sobie wytłumaczyć. Mówi: "Jest we mnie dwóch". Jeden się wydaje ostateczny, jedyny, ale zaraz drugi się wyłania, i już ten pierwszy wcale taki ostateczny nie jest. Człowiek troszeczkę się zaczyna plątać. "Co jest grane? - myśli - Czy ja mam rozdwojenie jaźni?" Przed chwilą coś lubiłem, a teraz mi się wydaje, że tego nie lubię. Idę do cioci i mówię: "Ciociu, ale nie będę na imieninach." "Jak to, dlaczego?" " Bo nie lubię imienin." "Ale przed chwilą mówiłeś, że lubisz!" "To było przed chwilą." No, i tak dalej.

Ale potem człowiek się robi czujny. Wszędzie podejrzewa szwindel. Mówi "Ajaj, miło cię widzieć" - ale już węszy, że może jest dokładnie na odwrót. Mówi "Przepraszam" i zastanawia się "Za co właściwie?". Myśli "O cholera...", ale zaraz poprawia się: "Zaje....!"

Jednym słowem robi się galimatias.

Bóg, próg i homeopatia

Jak, po co, skąd, gdzie, na co komu - galimatias? Po Wielkiejnocy głowę pełną mam tego typu pytań, wynikłych jakoś naturalnie z długich rozmów z bliskimi. Ci moi bliscy to są o orientacji raczej tradycyjnej, co nadaje całej sprawie dodatkowy smaczek. Dzięki tradycyjnym bliskim mam szansę bardzo precyzyjnie raz po raz definiować dla siebie, co właściwie robię i po co.

Doszedłem do takiej prostej definicji.

Psychologia dzieli się, z grubsza, na dwie części. Jedna część polega na tym, żeby coś zrozumieć, a potem to zmienić, ulepszyć. Pomagamy przez wprowadzenie stosownych zmian. Aby wprowadzić zmiany, musimy wpierw wykombinować "o co biega". Ruszamy głową, czytamy książki, załapujemy. I wtedy przestawiamy te elementy tak, żeby było dobrze. I jest dobrze. Przynajmniej jakiś czas.

No, a ta druga część? Ten drugi rodzaj psychologii, polega na tym, żeby nie rozumieć. W tej drugiej części chodzi o to, żeby nie rwać się do zmieniania. Ta druga część wierzy, że samo się zmieni. Odgórnym dekretem. Wyższym porządkiem. A kiedy? Guzik, nie nasza sprawa. Musimy właśnie nic nie rozumieć, ani kiedy, ani jak, ani po co, ani za ile. To właśnie nasze rozumienie zaciemnia nam kontakt z wyższym porządkiem, przesłania nam duchowe oko. Natomiast nasze nie-rozumienie uruchamia kontakt i umożliwia zmianę. Bo człowiek jest wtedy prowadzony przez jakąś niezrozumiałą logikę, wyższą logikę. Z galimatiasu wyłania się wzór, ale widać go dopiero potem, gdy już skoczymy w ciemno. Brzmi jak science-fiction, wiem.

Jedno jest dla mnie pewne: dopóki nie zaczniemy naprawdę z całej siły nie-rozumieć, nie przekonamy się. Nie można zrozumieć nie-rozumienia. Z nie-rozumieniem można zrobić tylko jedno - nie rozumieć.

Cielec optymizmu

Widzę, że o tym mówi popularna u nas psychologia zorientowana na proces, ale widzę, że i gestalt w tym kierunku ciąży. Śmiem przypuszczać, że w ogóle jest to jeden z motywów przewodnich tak zwanej "psychologii humanistycznej". Widzę, że techniki, których od kilku lat używam i które propaguję, to znaczy Metoda Sedony, diady komunikacyjne, Mind Clearing, czy enneagram - wszystkie wychodzą z podobnego założenia. Samo się naprawi, tylko przyznaj, że coś tu nie tak jest. Człowiek właśnie nie chce przyznać. Więc to się nie może naprawić. Nie może zadziałać harmonia przedustawna, bo nie dajemy szansy. Ale też i człowiek nie dając szansy, twierdzi, że wszystko z nim OK, a zatem koło się zamyka. Możliwość wywołania fundamentalnej zmiany, uzdrowienia z nałogu, naprawy związku itp- ześlizguje się po gładkiej ścianie zaprzeczenia. Jak tu pomóc, jak pacjent twierdzi, że nie widzi problemu?

Powszechny optymizm jest ogólnie przyjętym sposobem na życie. W Boga wierzą niektórzy, w optymizm - każdy. Jakiekolwiek posądzenie w rozmowie o dysfunkcjonalność, jakakolwiek uncja szczerości, przyznania się do nieradzenia sobie z losem, spotyka się często z wstydliwymi uśmiechami i próbą zatuszowania"gafy". O, Bolek, nie ma dziewczyny? Eee, znajdzie sobie. Tyle dziewczyn ładnych chodzi. A, Kasia nie ma pracy? Dobrze jest, praca będzie, głowa do góry. Nie lubisz Karola? No dobra, trudno, masz zły dzień, rozumiem. Przejdźmy się.

Czyli - żyjmy cukierkowo. Bądźmy dla siebie w miarę możliwości mili i braterscy, a negatywne myśli pokrywajmy dziarskością i dobrocią. Jeżeli ktoś jest smutny, recepta jest taka: "...to niech będzie wesoły". Jeżeli ktoś jest słabowity, to: "...klepnąć go w plecy, przejdzie mu". Jeżeli ktoś nienawidzi, to niech się lepiej pozbiera, bo z nienawiścią, jak wiadomo, daleko się nie zajdzie. Jeżeli się boi, to niech się nie boi, nie ma się czego bać.

A gdyby wujek dopuścił, że jest źle, to tym samym dopuściłby, że czegoś nie chciał do tej pory dopuścić. Tego typu samokrytykę najtrudniej nam złożyć. Jak to, ja nie dopuszczam? Ja stawiam opór? Ale to w takim razie przed czym ten opór stawiam? I już widać, że "coś" tam jest. Na głowę się tego nie weźmie, nie zmierzy. Nikt nie wymyślił jeszcze termometru, który to "coś" zmiareczkuje, zanim to "coś" tu przyjdzie. Udowodniłby może w ten sposób wujkowi, że ów jednakowoż nie widzi wszystkiego, co jest. Udowodniłby, że oczywistości kłamią. Niestety, takie narzędzie pomiarowe nie istnieje.

Póki co jest tak, że wujek musi skoczyć w ciemno. Tymczasem wujek skakać w ciemno nie ma powodu - to byłoby dla niego zawierzeniem indoktrynacji. Indoktrynacji jednak się nie uniknie. Nie skacząc, wujek musi z konieczności zawierzyć innej doktrynie - doktrynie, która brzmi "jest dobrze".

Nie, żebym mówił to z żalem, bo i taka "normalność" jest potrzebna. "Jest dobrze" - jest dobre. Nie każda sytuacja musi być od razu śmiertelnie poważnym chybotaniem się na krawędzi. A jednak w miarę przebywania kolejnych obszarów nieciągłości, doświadczając wszelkich dobrodziejstw związanych z "nie wiedzeniem" jak się zachować, i brakiem zaufania do werdyktów percepcji, odczuwam pewnego rodzaju dyskomfort. Że przecież, owszem, ma wujek rację, jest dobrze. Ale przecież mogłoby być o tyle lepiej.

Religia bez religii

I taka jest ta moja religia. I tu, jak w każdej religii, są zarówno wierni, jak i poganie. Dwa obozy. Często można się pomylić kto jest kim, bo wielość form jakie przybiera to przesłanie jest tak fantastycznie nieogarniona. Niespodziewanie można to odkryć w każdym światopoglądzie, w każdej życiowej ścieżce. Niespodziewanie też, najgorętszy z pozoru wyznawca może okazać się wykrzykująca kukiełką. Sam byłem taką kukiełką przez wiele lat.

Prosta, naturalna religijność, jak ze zdumieniem stwierdzam, może być jednym z kluczy do "nie rozumienia". Może być tym samym co wyrafinowany POP czy taoizm, czy dajmy na to Sedona. Inspirować ku otwartości na to, że nie wszystko ma się tak, jak wiem. Inspirować ku "skokowi Wiary" - który nie jest niczym wstydliwym, doktrynerskim, czy ckliwie ludowym. To znaczy on ckliwie ludowy może być, i może być rytualny i może być ołtarzowy. I może też być głęboko filozoficzny, może być psychologizujący, może być hi-techowy i psychocybernetyczny. Ale nie musi być żaden. Harmonia przedustawna utrzymuje się sama przez się dzięki swoim owocom. Tylko te owoce czynią z niej coś.

Krasnoludki...

Oczywiście wielu nazywa to wmawianiem. I oczywiście jest też całkiem liczna rzesza tych, dla których to "wmawianiem" nie jest. Czasem ktoś w ten sposób po prostu dokądś doszedł i odtąd zwyczajnie uważa ten obszar eksploracji za godzien polecenia. Jak coś nam wreszcie w życiu wyszło, to chcemy się tym podzielić, normalne. Sam zaliczam się do tej ostatniej grupy. Widzę, doświadczalnie, że nie-rozumienie włącza ukryte czynniki pomocowe. Gdzie one są i skąd pochodzą - nie rozumiem. Ale trudno. Nie ma za bardzo jak tego udowodnić, inaczej niż położyć uszy po sobie i głupkowato się uśmiechać, od czasu do czasu ewentualnie powtarzając swoje. Czy te czynniki to jest Bóg? Homeopatia? Placebo? A może jakaś równowaga Tao? Musi chyba przecież istnieć jakaś cholerna matryca kosmiczna, która się włącza gdy człowiek przestaje rozumieć. Wiedziałem o tym mając lat siedemnaście. I do tej pory, a teraz mam ich trzydzieści siedem, życie nie robi nic innego tylko mi to coraz wyraźniej unaocznia.

WUJEK: Krasnoludki są na świecie.

I ten wujek, ze swoim... Ech...

Nie jestem na niego jakoś specjalnie zły. Ale nic nie poradzę, na to co organicznie czuję. A czuję, że istnieje oceaniczna wprost różnica pomiędzy "wiarą" w stylu ideologicznym, lękowym, a Wiarą, będącą naturalnym pomostem łączącym człowieka z kosmiczną matrycą. Ta ostatnia jest jedynym, co tak na dobrą sprawę mi się w życiu sprawdza. Od tej pierwszej, w miarę możliwości, staram się stronić.


Z wciąż Wielkanocnymi życzeniami coraz głębszego nie-rozumienia

Krzysztof Wirpsza



Krzysztof Wirpsza

Komentarzy nie ma.