Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2015-06-25

Wojciech Jóźwiak

Włodzimierza Zylbertala o Islamie i o nas

Polemika z tekstem „O co naprawdę jest ta wojna?

„Tylko Duch, jeśli tchnie w glinę, może stworzyć Człowieka" – Antoine de Saint-Exupéry

Czyli człowiek, ludzka istota, jest czymś jak glina: z jednej strony ciężkim i bezwładnym, nieruchawym, ale z drugiej strony plastycznym i podatnym na zmiany i kształtowanie. Czym jest ten „duch”? Ano, tym w człowieku, co go zmienia i kształtuje. Poezja Exupéry'ego znaczy więc: „to w człowieku, co go zmienia i formuje, zmienia go i formuje”. Dlaczego więc NIE odbieramy od razu tamtego motta jako pleonazmu? (masła maślanego?) – Ponieważ Poeta napisał to tak, że zasugerował nam czytelnikom, że tamten Duch jest czymś zewnętrznym względem człowieka. Przepiszę tamto zdanie prozą jeszcze raz: „To w człowieku, co go zmienia i formuje, pochodzi/przychodzi z zewnątrz, spoza człowieka”. I teraz to jest nie pleonazm, tylko zdanie bliższe takiemu, które można sprawdzić, a nawet, może, sfalsyfikować doświadczeniem lub dowodem. Oczywiście, słowo „glina” kieruje do Biblii i chwyta czytelnika na haczyk, że ten Duch to koniecznie Bóg, jakiś Elohim a może Jahwe z Księgi Rodzaju.

Duch (jeszcze raz przepisuję Exupéry'ego) to „coś, co zmienia i formuje człowieka, z natury bezwładnego” i co „pochodzi z zewnątrz i nie należy do ludzkiej istoty”. Z tym można się nie zgadzać. Nie zgodzimy się, jeśli uważamy – przeciwnie niż Exupéry – człowieka za istotę aktywną, zmienną i zmieniającą się, i wciąż szukającą, żeby stać się kimś choćby trochę innym niż dotąd. Nie zgodzimy się, jeśli uważamy człowieka za istotę twórczą. (A za takiego uważała go już Księga Przemian, ta starochińska.) De Saint-Exupéry, przynajmniej w tamtym cytacie, twierdził inaczej.

Motto będzie dla nas bardziej strawne, jeśli przepiszemy je jeszcze raz i trochę inaczej: „Człowiek, owszem, nie jest aż tak bardzo gliniaście bezwładny, przeciwnie, jest twórczy, ale czasem coś, co jest spoza niego, co do niego nie należy i co przychodzi z zewnątrz, lub odczuwane jest jako zewnętrzne – w jego twórczości, zmianie i formowaniu się bardzo mu pomaga.” – Oczywiście! To coś jest znane od wieków, nazywane natchnieniem, po łacinie inspiracją (polskie słowo jest przekładem łacińskiego), niekiedy dzieje się we śnie, a w pewnych przypadkach przyjmuje postać wizji, a nawet, jeszcze rzadziej, wydarza się jako objawienie jakichś istot niebędących ludźmi. Exupéry zestawiając w jednym zdaniu „glinę” i „ducha”, zastawił na czytelników haczyk, mianowicie zasugerował scenę stwarzania Pierwszego Człowieka przez Boga, z Księgi Rodzaju. Ale to jest właśnie harpago poeticus, hak poetycki, zresztą zręcznie przez genialnego Francuza zarzucony. Ale ten „Duch”, który zmienia i formuje Człowieka, lub zaledwie mu pomaga samemu się zmienić i przeformować, niekoniecznie musi być wyobrażany jako ciężki Bóg-wygnieciciel, wygniatający przemocą Człowieka z gliny i foremki. (Mechaniczną prasę sobie tu wyobraziłem.) Wizja Boga-wygnieciciela podoba się tylko niektórym: miłośnikom ciężarów, powiedziałbym. Innym podoba się wizja lekkich bogów, jak natchnienia, sny i muzy.

Gdy rozważamy motto Saint-Exupéry'ego, nie możemy nie pamiętać o najnowszym pomyśle na mówienie o „Duchu”, sorry, o „czynnikach pozaludzkich pomagającym mu się zmieniać i wprawiać siebie w ruch” – mianowicie o psychologii transpersonalnej. Która czym jest, każdy czytelnik Taraki wie.


/.../ społeczność spojona fanatycznym przywiązaniem do wartości niezbyt nawet dla większości jej członków atrakcyjnych, lecz tradycyjnych, własnych i lokalnych, a przez to wartych każdej ofiary.

Mowa o walczących zbrojnie wyznawcach islamu. To zdanie idealizuje tamtą „społeczność”. Proponuję inaczej przyjrzeć się sytuacji w Iraku, Syrii, Libii, Somalii, Afganistanie, Nigerii: że tam pewne zorganizowane wojownicze mniejszości, jak ISIS lub Boko Haram, terroryzują swoje społeczności, ale również przedstawiają się jako jedyni i „jedyni prawdziwi” wyraziciele opinii tamtych społeczności. Więc nie jest tak, że to są jakieś „solidarne i poświęcające się anioły własnych wartości”, które stają naprzeciw amerykańskim rakietom, tylko po pierwsze, grupy osobników opętanych żądzą władzy i wyższościowymi urojeniami, a obok nich zastraszeni, sterroryzowani i ogłupieni ludzie, siłą i sytuacją bez wyjścia zmuszani do zabijania i ginięcia? Gdyby ktoś w podobnej tonacji pisał o „solidarnej, wiernej ideałom społeczności” bolszewików idących w 1920 roku na Warszawę, uznalibyśmy go za co najmniej zdezorientowanego.


Stosunkowo najprościej jest użyć wytłumaczenia ekonomicznego, gdy wojnę wszczyna biedniejszy przeciw bogatszemu, twierdząc, że bogatszy dorobił się kosztem biedniejszego i teraz biedniejszy zabiera, co mu odebrano.

Chyba w historii częściej bogatsi wszczynali wojny przeciw biedniejszym, bo na wojny trzeba mieć fundusze.


Warto więc przypomnieć, że samo słowo "islam" oznacza "poddanie się Bogu", zaś religia na tym założeniu oparta jako jeden ze swych filarów ma pełne zaufanie do Boga.

Do „Boga”, czyli do kogo? Bóg dla jednych jest taki, dla innych inny, wg jeszcze innych go nie ma. „Poddanie się Bogu” to faktycznie poddanie się władzy. – Tym, którzy tę władzę trzymają i czasem przystrajają ją religijnymi frazesami. Które, jak widać, bywają skuteczne, ale wiadomo, że skuteczne bywają także łajdactwa.


Sam fundator tej religii był zamożnym kupcem, w którego interesie nie leżało prowadzenie wyniszczających wojen.

To dlaczego Mahomet jednak wojny prowadził? Osobiście i z ostrym narzędziem w garści, zabijając ludzi?


Jest jednak i zalecenie, aby bogactwo nie było celem samym w sobie, aby każdy wierny pamiętał, że jest ono darem Boga.

Czyli: „łupcie kupców i zdobyte miasta, tylko bądźcie posłuszni kalifom i innym religijnym urzędnikom i zrzucajcie się na stawianie nowych meczetów.”


Utopia społeczna islamu maluje obraz społeczeństwa rządzonego szariatem - prawem surowym, lecz sprawiedliwym, /.../ oraz w sumie tolerancyjne i życzliwe innym wyznaniom.

Trudno się zgodzić z tą oceną.


Mahomet – jak wszyscy wybitni wizjonerzy – pozostał nie zrozumiany.

Tu zapytam Autora, skąd to wie? Z czym porównuje zrozumienie Mahometa wykonywane przez mahometan przez ileś stuleci, że ocenia je jako błędne? Czyżby istniało jakieś inne lepsze rozumienie Mahometa, czyli jakiś inny i prawdziwy Islam niż ten formułowany i praktykowany przez jego wyznawców? Gdzie ten prawdziwy Islam jest? Inna kwestia: do czego służy ten retoryczny chwyt: „jak wszyscy wybitni wizjonerzy”? Skoro wszyscy wybitni wizjonerzy pozostają niezrozumiani, domyślam się: przez kogokolwiek, to żadna humanistyka, filozofia, nie istnieje? Czy tak? I trzecie sub-pytanie: czy naprawdę Mahomet był tym wybitnym wizjonerem? Bo czytałem, że z jego wizjami różnie bywało.


Stał się więc islam protoplastą późniejszych utopii społecznych, pięknych w założeniach, lecz okrutnych w praktyce.

Których utopii? Bo to zdanie sugeruje, że później niż islam (czyli kiedy?) zaistniały jakieś utopie społeczne, inne niż islamska, wzorowane na Islamie (który był ich „protoplastą...”), ale przebijające tamtą religię okrucieństwem. O których utopiach mowa? Oraz dodam, że jeśli powyższe zdanie odnieść do samego islamu, to był on i jest nie tylko okrutny w praktyce, ale podobnie okrutny w założeniach, wcale niepięknych.


Potęgę tę [państw arabskich, między IX a XIII wiekiem naszej ery] podkopały z jednej strony wewnętrzne procesy w państwach arabskich, z drugiej - europejskie wyprawy krzyżowe, które zapoczątkowały trwający do dziś konflikt między obu religiami.

Niezupełnie tak. Państwo Abbasydów, skupiające większość terytoriów arabskich i z muzułmanami jako warstwą rządzącą, upadło nie od Krzyżowców, tylko pobite przez Mongołów w 1258. Wyprawy krzyżowe, arcy-ważne dla historii Europy, podobno przez historyczną pamięć muzułmanów nie zostały zauważona jako dość ważne. Dla świata islamskiego były epizodami, jednymi z mnóstwa pogranicznych potyczek, i (podobno) dopiero współcześnie sprawa krucjat została uświadomiona muzułmanom przez europejskich głosicieli, którzy zaczęli ich za to „przepraszać”. Faktyczny konflikt islamu i chrześcijaństwa zaczął się ponad 300 lat wcześniej niż krucjaty: zaczęły go wojny samego Mahometa i późniejsze z Bizancjum, podbój chrześcijańskiego Maghrebu i Hiszpanii, i potem nieudane (na szczęście...) ataki na Franków. Mówiąc o „sielskim obrazku szczytowej potęgi państw arabskich” pamiętajmy o poprzedzającym go udanym cywilizacjobójstwie, jakiego Arabowie-muzułmanie dokonali na Iranie, niszcząc tamto państwo, kraj, religię Zaratusztry i całą opartą na niej rdzenna cywilizację Iranu, nam szczególnie bliską z powodu starych irańsko-słowiańskich koneksji. Wytrącając z torów rozwój tamtych narodów na stulecia aż do dzisiaj. To była jakaś cywilizacyjna zbrodnia!


Patrząc na człowieka tamtych czasów nie można było mieć dobrego zdania o jego stwórcy. Stąd wypływa oświeceniowy bunt przeciwko takiemu Bogu i jego ziemskim przedstawicielom

Mieć za złe bogu, że stworzył taki świat i takiego człowieka w nim, ma znacznie dłuższa tradycję niż Oświecenie (wiek 18) – na taki pogląd wpadli już gnostycy około początku naszej ery i ich bunt przeciwko bogu i ładowi był chyba nawet bardziej radykalny niż ten Oświeceniowy.


De facto cywilizacja naukowo-techniczna u swego podłoża ma głęboką nieufność do wszelkich form duchowości pozaświatowej; stąd tak szybkie awansowanie nauki do rangi nowej religii.

– Ale nauka i cywilizacja naukowo-techniczna nie zyskałyby tak wielkiego znaczenia, gdyby nie były skuteczne! To, czego cywilizacja naukowo-techniczna dostarczyła, nie było tylko „przestawieniem poglądów w głowach”, jak w przypadku tej lub innej religii lub ideologii – za to naprawdę dostarczyła lekarstw, które leczą choroby, broni, która skutecznie zabija, nawozów i innych technik rolniczych, które żywią ileś razy więcej ludzi niż sposoby tradycyjne – wszystko to działające lepiej, pewniej i skuteczniej niż modły, zaklęcia i ofiary, czyli to, czego dostarczały religie.


Gdy w człowieku nie ma Ducha, człowiek szybko się degeneruje. Podstawowe stają się potrzeby niższe, o biologicznej proweniencji. Wtedy społeczeństwo przypomina ekosystem, w którym panuje ostra konkurencja w dostępie do zasobów środowiska.

Odmienny pogląd przedstawił kiedyś Ireneusz Kania w naprawdę fundamentalnym eseju „Peru urewu - Dwa programy Jahwe a źródła współczesnego kryzysu ekologicznego”, 1994. Tekst ten ciągle jest w Internecie i w znaleziskach Taraki, nieustannie zachęcam do czytania go i radzę skopiować na twardy dysk na wypadek gdyby zniknął w sieci. Żeby streścić w jednym zdaniu i przeciwstawić tu omawianym poglądom: morderczo-samobójcza zachłanność człowieka współczesnego naukowo-technicznego wynika (pisze Kania) nie z braku zasilania Duchem, tylko stąd, że jeden z fundamentalnych dla jego cywilizacji tekstów (chodzi o Biblię; nawet jeśli samą religię już ktoś odrzucił) wciąż zachęca do pożerania Ziemi, Przyrody i zastanych zasobów, i nie usprawiedliwia poglądów przeciwnych, „ochroniarskich”. Czego przykładem wykwit złośliwego idiotyzmu, jakim uraczył nas pewien sławny polski pisarz: https://youtu.be/dGz8wXARxeI . Pazerność człowieka współczesnego naukowo-technicznego nie wynika z braku Ducha, tylko z zasilania Złym Duchem.


W świetle tego, co już powiedzieliśmy, odpowiedź na tytułowe pytanie tego tekstu powinna być czytelna: w górach Afganistanu i na pograniczu iracko-tureckim ścierają się dziś dwie wizje prawdy życia, jedna oparta na pełnym zaufaniu do świata i Boga, druga zaś na totalnej do nich nieufności.

Czyżby było sugerowane, że ta pierwsza jest dobra, a ta druga zła?

„Na zaufaniu do Boga”, tak jak go sobie tamci watażkowie wyobrażają, może tak. Ale gdzie u członków ISIS i u talibów widać to „pełne zaufanie do świata”?

Nie widzę sensu idealizować tamtych grup zorganizowanych morderców. Nie widzę powodu, żeby dawać się nabierać na ich „z Bogiem na ustach”. Pobożne okrzyki każą być tym bardziej ostrożnym i czujnym. Nie widzę sensu zrównywać USA i nie tylko, bo także Kurdów i innych grup stawiających opór ISIS lub krwawo przez nie prześladownych (Jazydzi) z wojującym islamizmem. Wszystkie te podejścia do tematu skutkują jednym: doprowadzeniem siebie do stanu bezbronności. Na razie myślowej, ale kto wie, czy następnie też nie fizycznej.

I żeby jakoś podsumować: chyba nie tam jest Duch.

Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 6

[foto]1. Ostro... • autor: Włodzimierz H. Zylbertal (2015-06-25 20:29:59)

... ale i - jak to w polemice - zapalczywie. Idea przekazana w moim tekście (i wcześniejszym, też zamieszczonym na Tarace "Islamskim wirusie") to nie usprawiedliwianie islamu lub chrześcijaństwa, ale refleksja nad duchowością. Przypominam zdaniem Andree Malreaux, wypowiedziane w połowie lat 60-tych XX w. "wiek XXI będzie duchowy, albo go wcale nie będzie". I mamy już drugą dekadę tego wieku, więc mówienie o duchowości jest - jak sądzę - zasadne jak najbardziej. Islam jednak miał swoje wielkie dni. Po klasycznym jego okresie pozostały dzieła Awerroresa, Awicenny, czy choćby - z naszej, astrologicznej działki - Al-BIruniego. O Al-Dżazarim, geniuszu mechaniki, zwanym "arabskim Leonardem" wspominam też tylko z kronikarskiego obowiązku. A i o Majmonidesie, jakby nie patrzeć jednym z najwybitniejszych filozofów już nie tylko żydostwa, ale i średniowiecza jako takiego, też warto pamiętać. Takie postacie raczej nie pojawiają się w społeczeństwie prymitywnych zabijaków, ich działalność wymaga istnienia środowiska intelektualnego i jego mecenasów-protektorów. W klasycznym okresie arabskim tacy mecenasi-protektorzy byli, także wśród władców. Więc ostrożnie z oceną państw arabskich jako tylko barbarzyńskich zdobywców. 
Druga strona tego medalu, czyli chrześcijaństwo tez miało swoje wielkie dni, czyli czas między odrodzeniem karolińskim a wystąpieniem Lutra. Stworzyło świat bardzo od naszego odmienny, ale ciekawy i w sumie nie najgorszy do życia. Polecam C. S. Lewisa "Odrzucony obraz". 
Za faktu, że dziś tak chrześcijaństwo, jak i islam, są mocno zdegenerowane, nie wynika, że nie wniosły nic do dziedzictwa duchowego ludzkości. Nieodparcie przypomina się Hegel i jego wizja historiozoficzna... No i stąd mój opis stanu dzisiejszego, wściekłego pojedynku duchowych zombie, i stąd reszta wpuszczonych przeze mnie na Tarakę tekstów, w których szukam nowej drogi. 
Za polemikę dzięki, bo dyskusja potrzebna, jak tlen - a już wieszcz Norwid zalecał "różnić się szlachetnie", na co mając nadzieję, kreślę się z poważaniem. 

[foto]2. To teraz ten sam pogląd łagodniej :) • autor: Wojciech Jóźwiak (2015-06-25 22:46:57)

Włodku, mój sprzeciw bierze się stąd, że nie uważam, żeby życie duchem polegało na praktykowaniu i kultywowaniu religii, czyli posłuszeństwa kapłanom, ich księgom, fatwom i encyklikom, itd.
Oraz nie uważam za słuszne tego, co napisał de Saint-Exupery, że człowiek jest jak ta glina, póki nie przyjdą kapłani (sorry, "Duch") i go nie obrobią.
Religie, które kiedyś nazwałem "jerozolimskimi", a Sloterdijk chyba trafniej "synajskimi" (bo pod Synajem Mojżesz rozkazał Lewitom dziesiątkować nie dość wiernych współwędrowców) odegrały już swoją rolę w historii, a to, co teraz się dzieje, choćby było emocjonujące i krwawe, to wygląda na nudne powtórki, które kiedyś skojarzyły mi się z treścią karty "10 Mieczy" Tarota: kręci się dalej pusta rozklekotana karuzela....
...Albo wcale tej roli nie miały, będąc dziejową pomyłką, wypadnięciem z bruzdy (de-lirium), bo gdyby kiedyś hellenizm zdążył wymienić się ideami z dziedzictwem indyjskim -- jogą, buddyzmem -- to lewantyjskie sekty pozostałyby tym, czym w istocie zawsze były: gromadami pustynnych szaleńców, a cywilizacja Zachodu trwałaby, zachowałaby swoją ciągłość bez mozolnego odradzania się po Ciemnych Wiekach.
Wtedy moglibyśmy wierzyć w Lekkich Bogów, jak Hermes, Apollo i jego Muzy.

3. Powrót na tor • autor: mechlinski.pawel (2015-06-29 11:39:44)

Optymistycznie, wydaje mi się, że dziejowa pomyłka zaczyna być odkręcana. Zaletą globalizacji jest to, że we wielkim kotle zupy kulturowej zaczęły się łączyć składniki greckie (uproszczając, wiadomo że niejerozolimskie myśli europejskie, po części i bliskowschodnie) i indyjskie, więc... może jeszcze będzie przepięknie cytując muzyka.

[foto]4. Iran, Chiny, Polska • autor: Michał Mazur (2015-07-02 22:21:07)

podbój chrześcijańskiego Maghrebu i Hiszpanii, i potem nieudane (na szczęście...) ataki na Franków.
W tym kontekście pojawia się po raz pierwszy określenie "Europejczycy" - Europenses użyte przez uczonego mnicha wkrótce po bitwie pod Poitiers

Mówiąc o „sielskim obrazku szczytowej potęgi państw arabskich” pamiętajmy o poprzedzającym go udanym cywilizacjobójstwie, jakiego Arabowie-muzułmanie dokonali na Iranie, niszcząc tamto państwo, kraj, religię Zaratusztry i całą opartą na niej rdzenna cywilizację Iranu, nam szczególnie bliską z powodu starych irańsko-słowiańskich koneksji.

Owszem, ale to może się zmienić z dnia na dzień (przyznam, że śledzę pewne rzeczy od paru lat... bo jakoś instynktownie ciągnie mnie do śledzenia choćby najdrobniejszych oznak zmian w Iranie. Czuję... ciężko to nazwać... coś podobnego, co czułem gdy instynktownie sięgałem po książkę Nawrockiego "Szamanizm i Węgrzy", a podświadomość odrzucała wszystko inne - w czasach, gdy nie miałem pojęcia czym są stany transowe. Niecały rok później było już zupełnie inaczej)


Irańczycy jak nigdy wcześniej szukają swoich korzeni - i wiedzą, że nie mają one związku ze światem arabskim. Własnej drogi. Arabowie nigdy nie zakorzenili się w Iranie (za wyjątkiem małych enklaw w płd-zach rogu kraju); zdołali narzucić swą religię ówczesnym Irańczykom (zasadniczo potomkom wcześniejszej kultury Elamu z domieszką irańskich nomadów) lecz nie zatarli całkowicie śladów przeszłości. Obecnie system islamskiego państwa wyznaniowego ulega erozji, w zaciszu swych domów Irańczycy powoli odchodzą od islamu - a dzieje się to właśnie dlatego, że religia stała się państwowa a państwo absurdalne. Nadto, stają się coraz zamożniejsi (nie wierzcie w bajki o biednym Iranie! Biedna to jest Polska), chcieliby żyć tak jak im się podoba, podróżować i poznawać inne kultury - a tu np. z irańskim paszportem nie ma za bardzo gdzie pojechać, a wiele dóbr jest w Iranie niedostępnych. 
Z drugiej strony, "kolorowej rewolucji" w Iranie raczej nie będzie - USA jest tam źle postrzegane, przez wielu w zasadzie od czasów obalenia rządów Mossadeka przez CIA. Amerykańskie sankcje i propaganda uderzają przede wszystkim w zwykłych Irańczyków (establishment zawsze sobie jakoś poradzi) - i to ich wnerwia, także tych, którzy swoich rządów szczerze nienawidzą. Jeśli zajdą u nich jakiekolwiek zmiany to Iran będzie musiał poszukać własnej drogi.

W tym miejscu pojawiają się kraje słowiańskie... Polska jako największy z krajów Europy śr-wsch, do tego w UE może być dla Iranu cennym partnerem; podobnież zresztą jak i dla Chin... Rosja jest owszem, dość silna, warto byłoby i z nimi jakoś unormować stosunki  - jednak jest też nieprzewidywalna; obecnie nawet rusofile załamują ręce jeśli chodzi o kwestie Ukrainy i Donbasu. Z drugiej strony u nas też muszą zajść spore zmiany bo nasz byt jest zagrożony; przy obecnych trendach za 40-50 lat Polski w praktyce nie będzie /cdn/

5. @Michał Mazur • autor: mechlinski.pawel (2015-07-03 21:17:45)

Ech, chciałem napisać o chińskim nowym Jedwabnym Szlaku, ale oczywiście link znalazłem na Tarace, więc nic nowego nie odkryłem. :)

Niemniej, słyszymy o chińskich manewrach na Białorusi, a motywowane przez Chiny ożywienie dotknie z pewnością także Iranu ze skutkiem jeszcze niewiadomym.

Myślę, że możemy kibicować Chińczykom z dwóch powodów - pierwszym jest Rosja, która możemy mieć nadzieje zostanie osłabiona, drugim jest nasz własny interes jako pośrednika między Chinami a Schengen.

[foto]6. Dokończenie. Chiny • autor: Michał Mazur (2015-07-04 10:24:19)

O tak! "Taraka" spogląda na Chiny z wielkimi nadziejami, także na wspomniany projekt Jedwabnego Szlaku ! Możemy się różnić w pojmowaniu niektórych aspektów polityki międzynarodowej, ale to nas akurat łączy. 

Być może to właśnie my jako środowisko "Taraki" mamy co zaoferować Chińczykom w zamian... zastanawiam się, problem Ujgurów w Chinach... a gdyby tak pomóc przywrócić tym Ujgurom utracony, szamanistyczny świat ich przodków? To taka luźna idea... podświadomość podsuwa mi wiele wzorów. Dziwnych wzorów... archetypów... Być może dlatego, że "świat utracony" części moich przodków był podobny... i jakkolwiek dziwne to się może teraz wydawać, stulecia temu kawałek tego świata wylądował w Karpatach

/dokończenie/ Do tego wspólne dziedzictwo, które jest ciągle słabo znane - a zapewne nadal wiele jest do odkrycia. Oraz Chiny... które już wtedy, w czasach Jazgerda III przyjęły uchodźców z Iranu. Potężny smok, z którym świat islamu nie śmiał nawet zadzierać...

Smok, który jednak połknął islamskich (a wcześniej szamańskich ) Ujgurów - i teraz nie bardzo może ich strawić. Wygląda na to, że wszyscy tu wymienieni będą potrzebować siebie nawzajem. By przezwyciężyć różne trudności będą potrzebować wiedzy. Wymiany idei, doświadczeń, poglądów.

Budować razem świat wielobiegunowy? Czemu nie. Być może to jest właśnie zadanie dla młodych Polaków.


Zobaczycie jak agenci wpływów amerykańskich, niemieckich i innych będą się dwoić i troić, żeby blokować relacje polsko-chińskie... oraz nadal móc ustawiać Iran w roli "rozsadnika zła" na świecie, bo to dość skutecznie odwraca uwagę od innych problemów (podobnie jak kwestia imigrantów na Morzu Śródziemnym tudzież Korea Płn. która już cokolwiek się przejadła), uzasadnia też różne posunięcia imperium, które w normalnych warunkach wzbudziły by niepokój wszystkich dookoła. 

Będzie ciekawie - zbudujemy potężny blok gospodarczy Polska-Chiny-(nowy) Iran i zostaniemy okrzyknięci "osią zła" :) Rednecks na pewno to kupią ;)


Panie Włodzimierzu, czytam Pana artykuły i choć z wieloma tezami się nie zgadzam to doceniam je - bo pobudzają nas do myślenia.

Gdzieś został wspomniany też motyw rozkwit nauki po podboju Iranu przez Arabów. Ubolewam nad tym, bo zachodni świat naukowy też tego fenomenu nie rozumie (albo udaje że nie rozumie, bo pieniądze różnych podmiotów zw. ze światem islamu są spore i naprawdę kuszą). Persowie z wyższych warstw społecznych po traumie klęski uciekli w naukę, to był świat ich mały świat, świat uczonych - do którego arabski barbarzyńca nie miał przystępu jeszcze przez długie, długie lata...