Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2017-03-24

Roman Kam

Wizyta
Zmory

Wymagająca, poranna lektura drugiej części rozważań Jarka Bzomy o Swedenborgu, ściągnęła na mnie nagłe zmęczenie. Opuściłem rolety i położyłem się w ubraniu na brzegu łóżka, częściowo tylko przykrywając, by się nie przegrzać. Mający mi przynieść odświeżenie sen, nie przychodził. Właśnie myślałem, że chyba nie uda mi się już zasnąć, kiedy nagle usłyszałem energiczne kroki, ktoś podszedł do łóżka i zaczął starannie okrywać mnie kołdrą i narzutą. Sądziłem, że moja żona wróciła po coś do domu i widząc, że drzemię odkryty, w zwykłej swej obawie, że zmarznę, troskliwie mnie otula. Nie zdążyłem się zdziwić, że nakrywa mnie z głową, kiedy spadł na mnie ciężar i już wiedziałem, że to nie żona, i że intencje przybysza są złe. Byłem dociskany do łóżka gwałtownie i z wielką siłą. Groza i trwoga takiego umierania bez znajomości przyczyny jest nie do opisania. Zdobyłem się jednak na jeden znaczący akt woli, postanowiłem przyjąć swój los bez walki. Poddałem się. Pamiętałem ten warunek ze swych sesji Ayahuaskowych, które wymagały ode mnie przyjęcia doświadczenia bez oporu. Pomyślałem, że w sytuacji przejścia, będzie mi łatwiej, kiedy nie będę się bronił. Zacząłem się modlić - Boże, pozwól przyjąć mi to doświadczenie z pożytkiem dla mojego życia i otworzyłem oczy. Ponieważ byłem całkowicie nakryty, zaskoczyła mnie biel, łagodna jasność. W krótkim horyzoncie widzenia wypiętrzały się fałdy jasnej materii, materiału, jak jedwab, na którym pojawiały się ciemne, ostro zarysowane wzory. Nie miałem siły się zastanawiać nad tym co widzę, ułamek sekundy i zacisnąłem z powrotem powieki, jednocześnie się budząc. Dziwna logika snu, że budzę się, kiedy zamykam w śnie oczy, powoduje, że jestem wstrząśnięty i oszołomiony. Wystraszony rozglądam się po pokoju usiłując ogarnąć sytuację. To już drugi, tak realistyczny, kinestetyczny sen w krótkim okresie czasu i w podobnych okolicznościach. Z reguły odróżniam sen od jawy, orientuję się w tym, że śnię. W tych dwóch snach było inaczej. Były tak realistyczne, jak jawa. Spojrzałem na zegarek, była 10:05. Leżąc myślałem, o nawiedzeniu domu przez ducha. Swego czasu, chyba gdzieś to na Tarace opisywałem, moja zrównoważona zwykle suka Mela, miała przez kilka kolejnych dni ataki paniki. W okolicach godziny 10-tej rano, kiedy to normalnie przysypiała w legowisku, przybiegała trzęsąca się i wyraźnie w szoku wciskała pod moje nogi, w ciasną przestrzeń pod biurkiem. Miałem trudność, by ją uspokoić i trwało to zwykle około godziny. W końcu zdecydowałem się podejść do tematu szamanistycznie. Założyłem na głowę czapę kanadyjskiego trapera, wziąłem w jedną rękę kołatkę ze śliwy w drugą dymiącą szczapkę palo-santo. Nieustannie klepiąc kołatką i okadzając dolne i górne naroża pomieszczeń, obszedłem wszystkie kąty domu, począwszy od piwnicy po strych, na małym najwyższym okienku poddasza kończąc, przez które wychlapałem trochę mleka. Poprosiłem życzliwie, by się pożywiło (-y) poza moim domem. O dziwo, rytuał pomógł.
Druga myśl, jaka mnie naszła, to że dusicielem mógł być Jarek Bzoma. Może nie zachowując BHP stał się narzędziem ciemności? Nie miałem jeszcze okazji w swych przypadkowych i przyczynkowych lekturach, dowiedzieć się kogo "tam" spotyka, z kim rozmawia, kto mu pomaga, o kto przeszkadza. Więc może? Czułem jakiś związek tego snu z lekturą i to nagłe znużenie, odpływ energii, osłabienie, że to symptomatyczne dla ataku, gdzieś czytałem.  
W każdym razie nic przyjemnego, mam nadzieję, że to nie początki jakiejś psychozy, dodatkowo nie w wersji snu szczęśliwego idioty, tylko koszmarów.
Jarka z góry proszę o wybaczenie, i spoufalania się i tej ryzykownej szczerości na granicy nietaktu.       

Roman Kam

Komentarzy nie ma.