Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2005-09-11

Wojciech Jóźwiak

Warsztaty liminalne
Być może zamiast 'warsztaty szamańskie' będę mówił: warsztaty liminalne

Zaczęło się od tego, że wreszcie zacząłem czytać książkę Jacka Sieradzana "Szaleństwo w religiach świata". ('Wreszcie' - bo od paru miesięcy wiedziałem, że jest. Książka jest niesamowita i pewnie napiszę jeszcze coś o niej.) Na samym jej początku pojawia się pojęcie liminalności - od łacińskiego słowa limen czyli 'próg'. Pojęcie to wprowadził Arnold Van Gennep, który w rites de passage - rytuałach przejścia, to także jego termin, rok 1909 - wyróżnił fazę oddzielenia (uczestnika od społeczności i dotychczasowej jego sytuacji bytowej), następnie fazę marginalną, "bycia poza", którą wypełniają ryty liminalne, a po przekroczeniu progu fazę włączenia na nowo, powrotu do społeczności. Pojęcie to rozwinął angielsko-amerykański antropolog Victor Turner, który - jak się dowiedziałem z Sieradzana i z paru tekstów w internecie - badał i rozważał cykl kryzysu lub konfliktu w małych (lub pierwotnych) społecznościach. Na ten cykl składają się fazy: naruszenia ładu, kryzysu, działań wyrównujących ("zadośćuczyniających") i reintegracji. Środkową progową, liminalną fazę wg Van Gennepa, Turner podzielił na dwie, zarówno dramatyczne: kryzys i usiłowania jego zażegnania. Stan liminalny jest stanem "pomiędzy", co po angielsku nazywa się betwixt and between, a co słowniki tłumaczą soczyście jako "ni pies ni wydra". I słusznie, bo uczestnik liminalnych procesów jest właśnie jak ta przysłowiowa "ni pies ni wydra" - istotą zawieszoną nie wiadomo gdzie, nie znającą siebie, nie mającą punktów oparcia, ale za to, z konieczności niejako, otwartą na to, czego nie zna i nie wie.

(Przypadkiem, a może i nie przypadkiem, tamto polskie przysłowie z psem i wydrą trafia w sedno pojęcia liminalności, bo między psem a wydrą jest cała seria strukturalnych różnic: jedno jest domowe, lądowe i przyjacielem człowieka, drugie dzikie, wodne i płoche. Istota, o której nie wiadomo, czy to pies, czy wydra, i która sama nie wie, jest nader trafnym przykładem istoty liminalnej.)

Okazuje się, że z Victorem Turnerem (który żył w latach 1920-1983, pisał od 1957) i jego liminalnością jest całkiem podobnie jak z Michaelem Harnerem i jego neoszamanizmem - tam, w Ameryce i reszcie świata angielskojęzycznego są to rzeczy, o których dyskutuje uczeń każdego kolledżu, a u nas to wciąż wiedza tajemna, dla elit. Do niedawna też tak było u nas z Grofem, a nawet z Eliade'em. Przejrzałem "Googlami" polski internet i o Turnerze znalazłem wzmianki ledwie w kilkunastu tekstach i to w bibliografiach. O dziwo, jest polska strona pt. "Victor Witter Turner", której autorem jest Jacek Dziekan.

Liminalny, to zawieszony "gdzieś pomiędzy", w stanie pośrednim, który to termin po tybetańsku brzmi bardo - co zwykle oznacza stan pośredni pomiędzy wcieleniami. Według Tybetańskiej Księgi Umarłych stan ten wypełniają wściekłe wizje, które produkuje umysł odcięty od świata zmysłów. Sieradzan cytuje Pentikäinena: "Faza liminalna jest anormalna i antystrukturalna /.../ ludzi w niej uważa się za, bardziej niż zazwyczaj, podatnych na wpływ nadnaturalnego." I sam dodaje: "Dlatego też doświadczenia nadnaturalne zdarzają się w fazie liminalnej znacznie częściej niż kiedykolwiek indziej."

Wzmianki u Sieradzana postawiły mnie na baczność, ponieważ uświadomiłem sobie, że to pojęcie jest brakującym kluczem do tego, co sam robię od ponad dziesięciu lat, bo w czerwcu tego (2005) roku minęła dekada od kiedy spotkałem Davida Thomsona i jego towarzyszkę życia Mattie Davis-Wolffe i zacząłem brać udział w warsztatach zwanych "szamańskimi" - najpierw ich, potem własnych. Tak się złożyło, że tego lata dwukrotnie przed niewtajemniczoną publicznością tłumaczyłem, co robię i co się dzieje na moich warsztatach i w obu razach padały kłopotliwe dla mnie pytania: "po co to się robi?", "co się z tego wynosi i zyskuje?", oraz miałem wrażenie nieusuwalnego niezrozumienia pomiędzy mną a rozmówcami; że to co im powiem, jest rozumiane na opak. Bo moje warsztaty (i moich Przyjaciół) można próbować - mylnie i nieskutecznie! - rozumieć na przykład jako:

A. Praktykowanie szamanizmu. Na co by wskazywała sama nazwa, bo przecież warsztaty te nazywałem "szamańskimi". Ale o tym, że tak nie jest, świadczy to, że nie mam przekazu od prawdziwych szamanów z żadnego plemienia. Także można długo dyskutować, czy w naszym społeczeństwie ktokolwiek może działać jako szaman i czy taka rola w ogóle jest tu możliwa. Dyskutowane to już było kiedyś w "Tarace" i tam odsyłam. To co robię/robimy na warsztatach zresztą w wielu punktach nie zgadza się z definicją szamanizmu: bo ani nie leczymy (a szamani na mocy definicji tego zawodu to robią), nie przechodzimy szamańskich inicjacji, a jeśli coś co robimy, uznać za inicjację, to nie przypomina ona inicjacji szamańskiej; nie cierpimy na szamańskie choroby, nie mamy oparcia w tradycji - w przodkach itd., itd.

B. Wchodzenie w niezwykłe SSŚ (szamańskie stany świadomości) i SET (stany ekstatyczno-transowe). Rzeczywiście, zwykle tak o tych warsztatach opowiadałem i tak je zapowiadałem. Jednak SSŚ i SET są materią kapryśną i mało przewidywalną. Jeśli je przywoływać łagodnie, np. przez rytm bębna, to są jak ten duch, który tchnie, kędy chce. Trzeba czekać, nie zawsze ze skutkiem... Można też je przywoływać środkami działającymi szybko i skutecznie, ale tego z wielu powodów robić nie chcę. Więc i ten klucz nie jest tym szukanym.

C. Inicjacje. Jednak inicjacja jest (chyba?) zawsze w coś i jest przejściem od czegoś do czegoś, jest rite de passage. W tym co robię, nie ma jednak tego przejścia czy transformacji. Ludzie po warsztatach nie zmieniają swojego statusu, nie zyskują przynależności do jakiegoś bundu wtajemniczonych, wracają do swego zwykłego życia. Jeśli ktoś czyni w nim jakieś zmiany lub po fakcie kojarzy to z warsztatami, to jednak nie to wcale było celem i intencją warsztatów. Czyjaś życiowa inicjacja, jeśli się wydarzy, bywa raczej efektem ubocznym.

D. Rekonstrukcjonizm, indianizm, czy jak to nazwać: inscenizowanie życia wzorem dawnych lub egzotycznych ludów. Nie robimy tego, bo nie przebieramy się w stroje "etno", nie naśladujemy ich obrzędów, a jeśli któreś z naszych działań jest wzięte z kultur etnicznych (np. szałas potu), to jest ono robione "po naszemu" i najpewniej nie "po indiańsku", w każdym razie nam na wierności oryginałowi nie zależy. Nie bawimy się w Indian!

(Tu zauważę, że warsztaty Thomsona, przynajmniej te, na których byłem, wyraźnie ewoluowały w kierunku rosnącej wierności indiańskim oryginałom. [Zobacz.] David na początku traktował indiańskie wzory dość luźno, ale w kolejnych latach coraz bardziej ściśle i, powiedziałbym, ortodoksyjnie.)

E. Pobieranie mocy/energii. Dla mnie samego kiedyś odkryciem było, że w ten sposób można te działania rozumieć. Faktycznie, działania takie jak szałas potu, chodzenie po ogniu, zakopywanie czy marsz transowy, ładują energią i dają poczucie mocy. Ale czy właśnie o to chodzi? Tu padają pytania z sali w rodzaju: "a co uczestnicy robią z tą mocą?", "jak tę moc wykorzystują?" Otóż chyba nie można mówić o "pobieraniu mocy, energii" czy "ładowaniu się energią" bez podkreślenia, co dalej z tą mocą będzie. Moc-energia jest najwyraźniej po coś, jak napięcie w gniazdku - nie do kolekcjonowania; więc kiedy nie dostawali odpowiedzi "po co", moi rozmówcy czuli się niedoinformowani. W tym co mówię, brakowało im celu i zastosowania dla tej "mocy".

F. Sprawdzanie się w sytuacjach ekstremalnych. Kto tak patrzy na moje/nasze warsztaty, będzie zawiedziony, bo każda wspinaczka w wysokich górach, skok spadochronowy, lot na paralotni, zejście do jaskini lub dłuższy rejs na morzu, a nawet samotna wyprawa do obcego kraju wystawia na bardziej ekstremalne doświadczenia niż nasze poczciwe zakopywanie się do ziemi na polu za stodołą.

G. Kontakt z żywiołami i naturą. Zaprzeczenie jak wyżej. Owszem, kontakt z naturą sobie cenimy, ale... jaka to natura! Aż nadto ucywilizowana... (Zobacz zdjęcia na TEJ stronie.)

H. Terapia, rozumiana jako psychoterapia. Znów: nie jest to intencją ani celem warsztatów; jeśli komuś uda się dzięki warsztatom wyjść z psychicznego "doła", to też raczej jako efekt uboczny. Często mówię: nie jestem terapeutą.

I. Ćwiczenie się w pewnych sprawnościach, tak jak to jest w jodze, gdzie ćwiczy się sprawność w asanach, lub jak w tai-czi, gdzie ćwiczy się sprawność w formach. Taką sprawnością mogłoby być np. budowanie szałasu potu i przeprowadzanie jego obrzędu, albo przechodzenie przez ogień. Ale o ile element doskonalenia się odgrywa kluczową rolę w jodze lub tai-czi, gdzie właśnie chodzi o to, że można ćwiczyć i doskonalić się w nieskończoność, w naszych praktykach doskonałość bywa czymś, co odczuwane jest jako przeszkadzające. Większe emocje i wrażenia wywoływały pierwsze, niedoskonałe zakopywania, kiedy budziliśmy się z piaskiem w ustach lub zziębnięci, albo pierwsze niedoskonałe przejścia przez ogień, kiedy nigdy nie było wiadomo: poparzy czy nie poparzy. Doskonała asana w jodze nie nuży, w naszych działaniach, gdy stają się zbyt doskonałe, jednak czuje się, że coś tu nie tak.

Powinny być jeszcze punkty J, K i dalsze, w których bym tłumaczył, że z różnych powodów nie jesteśmy sektą, grupą religijną, tajemnym stowarzyszeniem, magami, okultystami i tak dalej.

Pozostaje za to liminalność tych działań i warsztatów.

Zauważyłem... Tu dygresja. Przez moje warsztaty przeszło co najmniej czterech antropologów lub podobnych fachowców w stopniu doktora, ale żaden z nich nie zajął się przeanalizowaniem tego, w czym brał udział. Trochę niezręcznie się czuję, gdy z konieczności sam jestem swoim własnym badaczem-uogólniaczem. Koniec dygresji.

Zauważyłem, że komponując swoje warsztaty zwane "szamańskimi", wybierałem z różnych źródeł praktyki według intuicyjnego, ale nie określanego dotąd pojęciowo i nie nazwanego klucza. Z hatha-jogi wziąłem praktykę płukania jelit, która ma to do siebie, że zmusza do porzucenia pewnych norm codziennego życia: trzeba przy niej niemal publicznie defekować, wystawia się na światło tylną część ciała, łamie się umowę, że o sprawach odbytniczych nie mówimy, a także robi się rzeczy, właściwie, przeciwne naturze, jak picie duszkiem słonej wody, przed czym organizm broni się wymiotami. Także dalszy ciąg bywa nieprzyjemny, ponieważ praktyka ta wtrąca umysł w stan bliski depresji, bywa też odbierana jako walka z samym sobą i jako gwałt na własnym organizmie. Złamana zostaje zasada przyjemności, jako że chętnie i z entuzjazmem robi się rzeczy nieprzyjemne i kłopotliwe.

Z indianizmu, z którego przecież mógłbym wziąć wiele innych praktyk, bo to skarbiec bogaty, wziąłem głównie szałas potu. Ta praktyka łączy się z czynieniem wielu rzeczy na odwrót, z łamaniem nawyków i zasad, których przestrzegamy w normalnym życiu. Jacek Sieradzan, cytując w tym fragmencie różnych autorów, pisze: "osoby liminalne /.../ nie mają określonego statusu ani autorytetu. Różnice pomiędzy płciami są zamazane/.../. Załamują się w nich i przestają istnieć więzy kulturowe i społeczne /.../ W stanie liminalnym inicjowani nie posiadają żadnej własności, są ubrani w minimum odzieży albo całkiem nadzy, nie noszą też żadnych insygniów, oznak statusu itp. /.../ Mają żyć w maksymalnej prostocie, zachowywać milczenie /.../ Faza liminalna jest anormalna i antystrukturalna /.../ Jedną z jej cech może być przejściowe szaleństwo, kryzys psychotyczny, wywołany niepewną i niestabilną sytuacją egzystencjalną." W indiańskiej saunie czyli w szałasie potu uczestnicy siedzą nago, ubrania zostawiają na zewnątrz, obie płci razem, chociaż bez żadnych seksualnych podtekstów, jest ciasno i niewygodnie, doskonale ciemno - a przede wszystkim gorąco i wilgotno, od czego uczestnicy się pocą, co jest przypadłością, która w naszej kulturze jest w dużym stopniu tabu - robimy przecież mnóstwo starań, żeby się nie pocić, albo przynajmniej tego nie pokazywać, i samo mówienie o poceniu jest unikane, a rzecz sama nisko wartościowana, przykładem słowo "wypociny". W szałasie potu wypowiadane słowa są ujęte w pewne reguły, formuły, za to swobodnie wydawane są nieartykułowane głosy, krzyki, mruczenia, improwizowane pieśni - więc znowu coś, czego normalnie nie robimy i unikamy bądź nie przyznajemy się do tego publicznie. Po wyjściu z szałasu wchodzi się w stan, kiedy śnieg (jeśli to jest zima) wydaje się ciepły, zimny wiatr nie powoduje dreszczy, jest się obojętnym na chłód, wilgoć, rosę, krople deszczu - a więc wszystko to, czego - kierowani gatunkowym nawykiem ciepło- i sucholubnego Homo sapiens - najstaranniej zwykle unikamy. Wchodzi się w stan istnienia, właściwszy raczej zwierzętom lub duchom. Także piasek w uszach, popiół na skórze, włosy w strąkach - nie przeszkadzają. Sieradzan cytuje: "przebywanie na marginesie /.../ oznacza nie tylko wystawienie się na niebezpieczeństwo czy wejście w kontakt z tym, co nieczyste, ale także nabycie niezwykłej mocy".

Ciekawe, że niektórzy indiańscy mistrzowie ceremonii traktowali szałas potu jako miejsce zgoła nie-liminalne, przeciwnie, wypowiadali się o tym rytuale jak poważni, sztywni kapłani, widzący w tym "miejsce święte", które Biali profanują swoim zbyt spontanicznym, ba, frywolnym zachowaniem.

Kilka praktyk - w tym zakopywanie i marsz transowy - przejąłem od Victora Sancheza, który ćwiczenia te zalicza do tak zwanych przez siebie "nie-działań" (non-doings), które w istocie polegają na tym, żeby robić coś na odwrót i niezgodnie z nawykami, zaprzeczając swoim przyzwyczajeniom. I chociaż według Sancheza czynności te prowadzą do określonego celu i odpłacone są, jako nagrodą, różnymi aspektami szamańskiej świadomości - to ja wolę o nich myśleć jako o rzeczach autotelicznych, czyli robionych właściwie bez celu. Sanchez proponuje też takie np. ćwiczenia: "Zabieraj naczynia kuchenne na przejażdżkę samochodem raz w tygodniu." - Czyli coś o jawnie idiotycznym, a więc jak najbardziej liminalnym charakterze!

Ale, do Sancheza wracając, oferuje on praktyki także niekoniecznie triksterskie. Podstawowa praktyka w jego metodzie wymaga podejścia jak najbardziej serio: jest to tak zwana rekapitulacja, która ma polegać na przypomnieniu sobie wydarzeń z całego życia i to zwłaszcza wydarzeń obciążonych lękiem, wstydem i gniewem, wypartych, zapomnianych, takich, do których się nie przyznajemy i których wolelibyśmy, żeby nigdy nie było - z intencją wydobycia i otwarcia zamkniętej i zablokowanej w nich energii. Ja jednak, komponując swoje warsztaty, wyciągnąłem z systemu Sancheza właśnie sztuki deprywacyjne i inwersyjne, pomijając jego pozytywizm.

Te przykłady dość już chyba jawnie wykazują, że zasadą, którą intuicyjnie stosowałem, było dobieranie działań na warsztatach pod kątem liminalności właśnie. Kto to poczuł (jak bluesa), wracał, często wielokrotnie. Kto nie - wytrwywał do końca lub nie, konsumował energię i nie czuł potrzeby wracania.

"Liminalny" to termin Van Gennepa i Turnera. Podobnego pojęcia używa Arnold Mindell (twórca i papież POP, Psychologii zOrientowanej na Proces), mówiąc o progach, a może raczej krawędziach, urwiskach, czyli sytuacjach, które budzą lęk tym się przejawiający, że człowiek podchodzenia do tych progów-krawędzi unika, udaje, że nich nie ma i nie dopuszcza do świadomości, że w ogóle coś tu jest nie tak. Własnych progów, z definicji, nie znamy i znać nie chcemy. Jak się ma próg-liminalność według Van Gennepa i Turnera do progu-krawędzi Mindella? Jak się ma liminalność moich warsztatów, taka jak ją odbierają prowadzeni przeze mnie uczestnicy, do moich osobistych progów-krawędzi?

Być może odtąd zamiast "warsztaty szamańskie" (nie chcę nadużywać słów szaman, szamański), będę mówił: warsztaty liminalne.


Wojciech Jóźwiak

Milanówek, 11 września 2005




Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.