Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-06-16

Marcin Hładki

Walki w stodole

W środku nocy, na urlopie nad morzem. Początkowo wydał mi się błahy, ale później nie mogłem go zapomnieć.

Jestem małym dzieckiem, sprawnym jak czterolatek ale jednak w jakiś sposób dużo młodszym, być może jeszcze nie narodzonym. Siedzę w skrzyni zbitej z desek, która - wiem to, chociaż nie widzę - stoi wysoko nad ziemią, na wysokości stropu, na belkach sąsieka w wielkiej, drewnianej stodole. Razem ze mną są inne dzieci, nic mnie z nimi nie łączy, to jakieś obce dzieci. Siedzimy cichutko, bo urywamy się przed czymś naprawdę groźnym, to nie jest zabawa.

Przez szpary między deskami wpada promień słońca i kurz w nim wiruje, ten widok tak mnie fascynuje, że wszystko inne traci znaczenie. Podpełzam do szpar między deskami i wyglądam, chociaż wiem, że to bardzo niebezpieczne - ktoś mnie może zobaczyć. Widzę, że rzeczywiście jesteśmy wysoko, jakieś 5 metrów nad klepiskiem. Stodoła jest stara, kryta strzechą, nie ma w niej zboża ani siana, tylko na dole stoją jakieś maszyny rolnicze najeżone widłami, kosami i innymi ostrymi kantami niewiadomego przeznaczenia, wszystko jest zakurzone i zasnute pajęczynami. Przez szpary w ścianach i w dachu wpadają wąskie promienie słońca w których wiruje kurz - to jest niezwykle piękne wirowanie, patrzę na lśniące pyłki jak urzeczony. Po drugiej stronie stodoły, na tym samym poziomie co moja skrzynia leżą deski i dyle, bezładnie rzucone na belki szczytu sąsieka.

Po chwili na tych deskach pojawia się dwóch szermierzy ćwiczących elegancko i z wdziękiem. Stopniowo ich walka staje się coraz bardziej zajadła, zaczynają się naprawdę ranić, już nie przestrzegają reguł, kopią się i gryzą aż w końcu jeden z nich spada w dół na żelastwo gdzie ginie przebity i połamany. Ten drugi, który przeżył wygląda na załamanego, jakby to on przegrał, wychodzi chwiejnie i samotnie. Moment później pojawiają się inni walczący, znowu jeden ginie, wpadają następni, powtarza się to w nieskończoność w różnych układach, ale nieodmiennie jest to para szermierzy i ich walka staje się coraz brutalniejsza aż do śmierci jednego z nich. W tej powtarzalności jest coś z rytuału ofiarowania, chociaż nigdy nie wiadomo, kto tym razem będzie ofiarą a kto "zwycięzcą". Dla mnie te wszystkie wydarzenia są jednak tłem najważniejszego spektaklu jakim jest wirowanie drobin kurzu w promieniach słońca. Walczący wzbijają z desek tumany kurzu i powodują ruch powietrza co dodaje siły i uroku tańcom pyłków. Tylko one mnie interesują.

Obawy, że wyglądanie ze skrzyni przyciągnie kogoś okazują słuszne, ktoś odsuwa deski z wierzchu skrzyni, dzieci chowają się głębiej w ciemne kąty i przestają oddychać, zostaję sam pod ścianą skrzyni doskonale widoczny w słońcu wpadającym przez szpary. Próbuję jeszcze zakopać się w słomie i śmieciach leżących na dnie, ale to nic nie daje i zostaję wyłowiony i wyjęty jak szczenię z kojca przez jakieś silne, kobiece ręce. Wiem że to jest M., jedna z przyjaciółek z czasów liceum.

Następna scena snu dzieje się kilka lat później, mam około 7-8 lat. Stoję na trawie przed M., która wyraźnie czegoś ode mnie chce. M. jest dorosłą kobietą około 30 lat, pamiętam, że jest spokrewniona ze mną i wiem też, że jest moją opiekunką, pełni rolę matki, choć nią nie jest.

Słucham M. posłusznie w uznaniu jej dorosłego autorytetu ale też z pewną fascynacją, bo w jej niejasnych dla mnie żądaniach jest coś nowego, wyraźna nuta prośby i czuję, że to ja mam władzę w tej sytuacji, że mógłbym odmówić, a ona nie ma możliwości mnie zmusić. Nie rozumiem o co chodzi, chyba o to, żebym nie został kolejnym mężczyzną walczącym w stodole i ginącym nadziany na pługi i brony.

Jest to dla niej, dla M., ważne nie ze względu na mnie, ale ze względu na nią, tak, jakby chciała tą moją dezercją coś komuś udowodnić, może wygrać w innej, toczącej się poza stodołą, rywalizacji. Co więcej, oboje wiemy, że ona nie ma prawa prosić mnie o to, że jej prośba jest uzurpacją do roli matki albo nawet czymś więcej, żądaniem, żebym porzucił swoją tradycję. M. mówi żarliwie i uwodzi mnie obiecując rajskie nagrody, o jakich marzą wszycy chłopcy: seks, egzotykę, przygody bez odpowiedzialności, jeszcze więcej seksu i wyuzdania. Wszystko to pozostaje trochę niedopowiedziane i niedookreślone, ale jest wyraźną obietnicą. Wiem, że gdybym zamian za zgodę zażądał od niej czegoś, żadne względy społeczne czy obyczajowe nie byłyby dla niej przeszkodą.

Budzę się pomieszany i zagubiony: nie jestem pewien, co jest rzeczywistością snu a co uzgodnioną.

Marcin Hładki

Komentarzy nie ma.