Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2007-01-03

Aleksandra Nimue Kosakowska

Uzdrawiająca moc wolności
Szkoła wolnych dzieci 'Summerhill' i własne doświadczenia z Węgajt

Doświadczam wolności jako przestrzeni bezpieczeństwa wewnątrz mnie, przestrzeni przepełnionej absolutną pewnością, że to, kim jestem i to, co czuję jest dobre, jak najwłaściwsze i piękne. Dotarcie do tej przestrzeni napełnia mnie jasnym poczuciem dokąd zmierzam i siłą do wprowadzania pozytywnych zmian w swoim życiu. To uczucie sprawia, że wierzę w uzdrawiającą moc wolności i pragnę poszerzać jej przestrzeń. Także poza siebie. Poniższy tekst to rozważania o poszukiwaniu, odnajdywaniu i bronieniu wolności w odwołaniu do przykładów relacjonowanych przez Aleksandra Neill'a - założyciela szkoły wolnych dzieci "Summerhill" oraz moich własnych doświadczeń w zakresie pracy z dziećmi w Węgajtach.

Źródło wolności, takiej jaką ją rozumiem, można odnaleźć jedynie w sobie. Nie sposób ją komuś dać, jednak poszerzając własne jej doświadczanie można stworzyć przestrzeń, w której inni znajdą możliwość odkrywania jej dla siebie. Tylko takie odkrycie pozwala naprawdę uwierzyć w dobro ludzkiej natury i zaufać, że pozbawiona restrykcyjnych ograniczeń i narzuconych ambicji będzie ona rozwijać się w najlepszym kierunku i we właściwym sobie tempie.

Dla poszukującego wolności dorosłego człowieka, żyjącego w "normalnym" społeczeństwie, dogrzebywanie się do tej przestrzeni w sobie to lata przeorywania się przez zastarzałe schematy zachowań, zrywania skorup lęku przed utratą wszystkiego - od środków do życia po relacje z bliskimi, odrzucania zwałów wstydu przed przyznaniem się do wszystkich brzydkich uczuć i myśli bulgocących pod skorupą i grzęźnięcia w bagnach zwątpienia we własną wartość, sens swoich działań i jakąkolwiek przyszłość przedsięwzięcia. Ssące pragnienie w środku nie pozwala jednak zrezygnować z poszukiwań, a poczucie spełnienia pojawiające się po odrzuceniu kolejnej skorupy czy przebrnięciu jeszcze jednego bagna nie pozwala wątpić, że właśnie tam w głębi zawarty jest sekret prawdziwego życia. Tak przynajmniej wygląda to dla mnie. Po wielu latach zrywania skorup i odrzucania zwałów jestem już przynajmniej na etapie niezachwianej wiary w uzdrawiającą moc wolności. Widzę bowiem, że im bardziej poszerzam jej przestrzeń, tym bardziej staję się prawdziwa w tym, kim jestem, bez względu na wszystko.

Gdy zajęta przeorywaniem gruzów zawalających moją wewnętrzną przestrzeń, marzyłam o świecie, w którym wolności można by doświadczać bez lęku, wpadła mi do ręki książka Aleksandra Neilla "Nowa Summerhill"→1. Summerhill to szkoła założona przez autora w 1921 roku, a prowadzona do dziś przez jego córkę w Suffolk w Wielkiej Brytanii→2. O fenomenie Summerhill decydują dwie kwestie. Po pierwsze jest to szkoła dzieci wolnych, wychowywanych w/do wolności, zatem wszystkie odbywające się w niej zajęcia mają charakter nieobowiązkowy. Po drugie, granice wolności każdego z uczniów wyznaczane są przez granice wolności pozostałych, a konkretny przebieg tych granic ustalany jest i elastycznie przeformułowywany podczas cotygodniowych spotkań samorządu wszystkich mieszkańców→3 szkoły (uczniów, nauczycieli i personelu pomocniczego), którzy poprzez głosowanie uzgadniają zasady wspólnego życia.

Neill był przekonany, że "wolność jest dziecku koniecznie potrzebna, ponieważ tylko wolność pozwala mu rozwijać się w sposób naturalny - w dobry sposób→4." W Summerhill stworzył dzieciom przestrzeń dla tego typu doświadczeń. Zajęcia lekcyjne odbywają się tu według stałego rozkładu, każde dziecko samo decyduje jednak czy i kiedy chce się w nie włączyć. Obok zajęć szkolnych może też brać udział w różnego rodzaju działaniach rzemieślniczo-twórczych lub po prostu bawić się według własnego upodobania dowolną ilość czasu. Jego obowiązkiem jest jedynie przestrzeganie wspólnie ustalonych pór posiłków i godzin ciszy nocnej.

Wychowankami szkoły są dzieci z całego świata w wieku od 5 do 18 lat. Są wśród nich takie, które wyrzucono z wszystkich innych szkół za nieznośne zachowanie i te zapisywane przez rodziców oddanych idei wolności. Dzieci od początku wychowywane w atmosferze wolności uczą się chętnie, we własnym tempie i naturalnie przeplatając różne rodzaje aktywności. Te, które zjawiają się w Summerhill już "po przejściach" z "normalną" szkołą, a często także trudnym środowiskiem rodzinnym, wpierw odreagowują. Neill opisuje ten proces następująco: "Na wolność reagują szybko i nieznośnie. Przez pierwszy czy drugi tydzień otwierają drzwi nauczycielom, zwracają się do mnie "sir" i dokładnie się myją. Spoglądają na mnie z "szacunkiem", który łatwo daje się rozpoznać jako strach. Po kilku tygodniach wolności pokazują swoje prawdziwe oblicze. Stają się zuchwałe, wyzbywają się dobrych manier, nie myją się. Robią to wszystko, czego zabraniano im w przeszłości: przeklinają, palą, niszczą rzeczy. Cały czas mówią uprzejmym głosem, ale ich oczy mają nieszczery wyraz. Trzeba przynajmniej sześciu miesięcy, aby nowi uczniowie pozbyli się swej nieszczerości. Potem tracą również respekt do tego, co uważali za autorytet. Po roku stają się naturalnymi, zdrowymi dziećmi, które mówią to, co myślą, bez wzburzenia, czy nienawiści. Jeżeli człowiek wystarczająco wcześnie doświadczy wolności, nie musi przechodzić przez okres kłamstw i udawania (podkr. moje).→5"

Większość z nas zaliczyła niestety ten etap, nieliczni mogą stwierdzić, że mają go już za sobą. Większość dzieci przybywających do Summerhill "po przejściach", początkowo reaguje na wolność rozpasaniem, przyrzeka sobie i innym, że już nigdy niczego nie będzie się uczyć i czyni wiele chaosu swoim zachowaniem. Niektóre potrzebują kilku lat, by odkryć w sobie na nowo radość ze zdobywania wiedzy czy rzeczywiście wintegrować się życie społeczności. Gdy jednak ostatecznie wolność staje się ich codziennym doświadczeniem, odnajdują wiarę w siebie i nie chcą już niszczyć - zaczynają tworzyć.

Neill twierdzi, że "każdy przypadek występku u dziecka można sprowadzić do braku miłości (...) Młody człowiek jest przede wszystkim egoistą. Nikt poza nim się nie liczy. Jeśli jego ego jest zadowolone, to wtedy mamy do czynienia z dzieckiem o tak zwanym dobrym sercu; kiedy jego potrzeby nie są zaspokojone, mamy do czynienia z dzieckiem nazywanym występnym. Dziecko występne szuka zemsty na społeczeństwie, ponieważ społeczeństwo nie dowartościowało należycie jego ego i nie okazało mu miłości→6."

Wolność, ta prawdziwa, zawsze łączy się z odpowiedzialnością. W Summerhill także tej drugiej dziecko ma okazję doświadczać na co dzień. Gwarantuje to istnienie samorządu. To poprzez udział w cotygodniowym głosowaniu, w którym głos każdego z mieszkańców - czy jest to pięcioletnie dziecko, czy dyrektor szkoły - ma tą samą wartość i rzeczywisty wpływ na codzienne życie, wychowankowie uczą się odpowiedzialnego podejmowania decyzji. Rolą samorządu jest także karanie tych, którzy złamali wspólne postanowienia. Jak stwierdza Neill: "często słyszy się zastrzeżenia, że dzieci występujące w roli sędziów są zbyt surowe. Ja tego nie zauważyłem. Wręcz przeciwnie, są bardzo łagodne. Jeszcze nigdy nie wydano w Summerhill surowego wyroku, a kara zawsze ma jakiś związek z przewinieniem. Trzy małe dziewczynki zakłócały innym ciszę nocną. Kara: przez trzy dni musiały kłaść się do łóżek o godzinę wcześniej. Dwóch chłopców oskarżono o rzucanie w innych grudkami ziemi. Kara: musieli nazwozić piasku do wyrównania boiska hokejowego (...) Kiedy nasz sekretarz był sądzony za jeżdżenie bez pozwolenia na rowerze Gingera, on i dwóch innych pracowników, którzy również to robili, musieli pchać się nawzajem na tym rowerze dookoła frontowego trawnika dziesięć razy. Czterech małych chłopców, którzy wspinali się po drabinie, należącej do murarzy budujących nowy warsztat, musiało przez dziesięć minut bez przerwy wchodzić i schodzić z tej drabiny. Uczestnicy spotkania nigdy nie szukają rady u dorosłych. Przypominam sobie tylko jeden taki przypadek. Trzy dziewczynki łasowały w kuchennej spiżarni. Koledzy ukarali je zabraniem kieszonkowego. Tego samego wieczoru ponownie łasowały i na zebraniu ukarano je zakazem wyjścia do kina. Kiedy jednak dopuściły się tego ponownie, dzieci nie bardzo wiedziały, co zrobić. Przewodniczący zasięgnął wtedy rady u mnie.

- Dajcie każdej dwupensową nagrodę - poradziłem.

- Co takiego? Ależ, człowieku, jeżeli tak uczynimy, to cała szkoła rzuci się plądrować spiżarnię.

- Nie rzuci się - powiedziałem - Spróbuj.

Posłuchał mej rady. Dwie z dziewczynek odmówiły przyjęcia pieniędzy, a wszystkie trzy oznajmiły, że nie będą więcej łasować. Nie robiły tego - przez około dwa miesiące→7."

Człowiek, który świadomie doświadczył własnej wolności, jest gotów umrzeć, by jej nie utracić. Bez wolności nie możemy wyrażać się prawdziwie i realizować swoich pragnień, żyjemy zatem jedynie pozornie, płytko, w lęku przed wzięciem głębszego oddechu. Także wychowankowie Summerhill gotowi są walczyć do upadłego w obronie swoich praw do samostanowienia. Neill opowiada tu następującą historię: "pewnego razu, we wczesnym okresie istnienia szkoły, zdarzyło się, że nikt nie chciał kandydować w wyborach członków naszych rozlicznych komitetów. Skwapliwie skorzystałem z okazji i powiesiłem zawiadomienie: "Z powodu braku samorządu niniejszym ogłaszam siebie dyktatorem. Heil Neill!" Wkrótce zaczęto szemrać. Po południu przyszedł do mnie sześcioletni Vivien i powiedział:

- Neill, wybiłem okno w sali gimnastycznej.

Odprawiłem go machnięciem ręki.

- Nie zawracaj mi głowy takimi drobiazgami - powiedziałem.

Chwilę potem wrócił i powiedział, że wybił dwa okna. Wówczas mnie to zaciekawiło i zapytałem, o co mu chodzi.

- Nie lubię dyktatorów - odparł. - I nie lubię chodzić głodny. (Później dowiedziałem się, że ten opozycjonista wobec dyktatury próbował wyładować się na kucharce, która z miejsca zamknęła kuchnię i poszła do domu).

- No to jak masz zamiar sobie z tym poradzić? - zapytałem.

- Wybiję więcej okien - powiedział z zawziętą miną.

- No to dalej, nie żałuj sobie - odparłem, i on nie żałował sobie.

Po powrocie oznajmił, że wybił siedemnaście okien.

- Ale pamiętaj - powiedział z powagą - że mam zamiar za nie zapłacić.

- Jak?

- Z mojego kieszonkowego. Ile to mi zajmie czasu?

Policzyłem szybko.

- Około dziesięciu lat - odparłem.

Przez chwilę wyglądał na zasępionego, ale potem twarz mu pojaśniała.

- O rety! - zawołał - Przecież ja wcale nie muszę za nie płacić.

- A co z prawem o poszanowaniu cudzej własności? - zapytałem - Okna są moją prywatną własnością.

- Wiem, ale teraz nie obowiązuje żadne prawo o poszanowaniu prywatnej własności. Nie ma samorządu, a to on ustanawia prawa.

Być może to wyraz mojej twarzy sprawił, że dodał:

- Ale wszystko jedno, i tak za nie zapłacę.

Nie musiał jednak za nie płacić. Krótko potem opowiedziałem tę historię w czasie swego odczytu w Londynie; po zakończeniu podszedł do mnie pewien młody człowiek i podał mi funta, mówiąc: "To za okna wybite przez to diablę". Dwa lat później Vivien nadal opowiadał o tych oknach i człowieku, który za nie zapłacił.

- To musiał być straszliwy głupiec, przecież on nawet mnie nigdy nie widział."


Przepełnia mnie ogromy szacunek i wdzięczność dla ludzi takich, jak Neill, którzy przestrzeń swojej osobistej wolności potrafią poszerzyć tak, by stworzyć w niej przestrzeń doświadczania wolności dla innych.

Od czasu do czasu prowadzę zajęcia ze studentami pedagogiki w prywatnej szkole wyższej. Mało kto wśród nich potrafi przełknąć Summerhill. Nie wierzą. Przyszli, by zaliczyć zajęcia i nie wierzą, że można cieszyć się zdobywaniem wiedzy, są tu, bo boją się o swoją przyszłość i nie wierzą, że w życiu można robić to, czego chce się naprawdę, a jednocześnie nie skończyć w rynsztoku, widzą wiele zła w mediach i nie wierzą, że bezrozumnym ich zdaniem dzieciom można dać pełnię wolności i powierzyć samoodpowiedzialność. Nie dziwię im się. Przeszli, tak jak ja, zbyt długi trening grzecznego siedzenia w ławkach, posłuszeństwa i lęku przed odrzuceniem, zbyt długo kazano im wypierać własne potrzeby i zaspakajać oczekiwania innych. Obdarzeni wolnością, w większości przypadków reagują rozwydrzeniem lub apatią. Mam niewiele możliwości, by w warunkach zinstytucjonalizowanego szkolnictwa pomóc im doświadczać własnej wolności. Takie doświadczenie wymaga bowiem przestrzeni wspólnego życia, czasu i wielu prób.

Więcej możliwości w tym zakresie widzę w pracy z dziećmi w Teatrze "Węgajty". Do niedawna była to praca z grupami szkolnymi, które przyjeżdżały do nas na wieś, lub które my odwiedzaliśmy w ich miejscach zamieszkania. Przed ostatnimi świętami po raz pierwszy miałam okazję współprowadzić warsztaty dla dzieci z naszej i sąsiedniej wsi w ramach projektu "Pedagogika teatralna w akcji"→8.

Były to, nie pierwsze już dla węgajckich dzieci choć odbywające się po dwuletniej przerwie, warsztaty kolędnicze, których finał stanowiło kolędowanie po wsi pierwszego dnia świąt. Nauczona doświadczeniami pracy z poprzednimi grupami miałam w głowie plan kilku gier i zabaw "na rozruszanie", przygotowane wspólnie z Mutką→9 materiały typu pocięte na kawałki teksty kolęd oraz wizję tego, co należy przepracować, by kolędowanie doszło do skutku. Wacek miał przywieźć dzieci ze wsi, podczas gdy my przygotowywałyśmy się w sali teatralnej. Pierwsze, co usłyszałyśmy po ustaniu pracy silnika samochodu to wrzask i wściekły tupot. Dzieci wpadły do sali i przez dobrych kilka minut po prostu biegały w różne strony, sycąc się przestrzenią i wolnością. Jedynym sensownym rozwiązaniem okazało się przeobrażenie tego chaosu w zabawę "w berka". Zabawa jako taka trwała kilka minut po czym dzieci zaczęły marudzić, łamać zasady czy wycofywać się. Każdą kolejną propozycję wspólnej aktywności traktowano podobnie. Widać było wyraźnie, że nasi goście chcą tu być i chcą coś robić, sprawiali jednak wrażenie jakby nie wiedzieli co, a jednocześnie nie byli w stanie zaakceptować jakichkolwiek zasad współpracy. Sytuację uratowało dopiero podzielenie grupy według płci i praca w małych zespołach nad materiałem kolędy.

W tym pierwszym dniu czułam się bezradna i zachwycona jednocześnie. Zachwycona, bo widziałam, że czują się wolne i że to właśnie daje im największą frajdę w tej sytuacji. Stało się dla mnie jasne, że dzieci z którymi pracowaliśmy poprzednio były - w porównaniu z "naszymi" - grzeczne, bo chociaż znajdowały się poza szkołą, towarzyszyła im zawsze milcząca (a czasem narzucająca się) obecność pań wychowawczyń i poczucie ukrytej edukacyjności sytuacji. Wiejskie dzieci przyszły tu tymczasem całkowicie dobrowolnie i bez zewnętrznego nadzoru. Bezradność ogarniała mnie, bo w przeciwieństwie do działalności Neill'a, której założeniem było jedynie stworzenie dzieciom przestrzeni do doświadczania wolności, nasz warsztat miał cel. Odgórnie narzucony cel przekreśla wolność. To jasne. W tym przypadku jednak cel był raczej propozycją, na którą - zakładałyśmy - dzieci przychodząc, wyraziły zgodę.

Kolejne dni warsztatu pokazały, że rzeczywiście chcą kolędować, w poszczególnych działaniach mają jednak potrzebę demonstrować swój opór i siłę poprzez przerywanie, przeklinanie, robienie "na odwal" czy ostentacyjne zajmowanie się czymś innym. Jasne było, że cel to dla nich jedna rzecz, druga to natomiast wypróbowywanie granic wolności. Ostatniego dnia na warsztat przyszli tylko czterej chłopcy, jedni z tych najbardziej rozbrykanych, i jedna nowa dziewczynka. Wspólnie zastanawialiśmy się czy kolędowanie w tak małej grupie ma sens i w tym właśnie momencie, gdy cel wisiał na włosku, dzieciaki z determinacją postanowiły, że nie odpuszczą. Gdy dokonały własnego wyboru, pojawiło się autentyczne zaangażowanie. To był najbardziej udany pod względem przebiegu działań dzień warsztatu, czuło się ducha solidarności i wspólnych dążeń.

Pierwszego dnia świąt wszystkie pięcioro dzieci zjawiło się w pełnej gotowości. Podziwiałam ich zapał, gdy chodząc od domu do domu niestrudzenie recytowały wierszyki, pokazywały przedstawienia z maszkarami i śpiewały wciąż od nowa trzy wyuczone kolędy. Po drodze dołączyły się do nas trzy dziewczynki, z których dwie uczestniczyły wcześniej w części zajęć warsztatowych. Gdy najmłodsza Sarah, kolędująca z nami od początku, była już zmęczona, nowoprzybyła Paulina trzymała ją za rękę, pomagała wchodzić na schody i przekonywała, że to już niedaleko. Ostatecznie obeszliśmy całe Węgajty i część Godek.

Gdy po raz pierwszy sama uczestniczyłam w kolędowaniu rok temu, było to dla mnie na tyle ekscytujące przeżycie samo w sobie, że nie zastanawiałam się za bardzo nad tym, co dostanę, a raczej - kogo spotkam i jakich doświadczę reakcji. Nakręcało mnie samo chodzenie. Dla dzieci równie, jeśli nie bardziej, nakręcający okazał się łup i jego podział. Zgodziły się dzielić wszystko równo, także z tymi, które dołączyły dopiero w trakcie kolędowania. W wielkiej ekscytacji zagarniały do torebek każdy przeliczony cukierek, batonik i pieniążek. Po czym, gdy wszystko zostało już rozdane, szturmem wybiegły z teatru, rzucając gdzieś w locie pożegnanie. Tak, jak na początku, stałyśmy z Mutką w sali teatralnej słysząc za oknem krzyk, wściekły tupot, a potem warkot silnika odjeżdżającego samochodu.

Wiem, że to, co robimy niczego do końca nie załatwia, bo wolnością trzeba żyć na co dzień, by mogła leczyć. Ale wiem też jak ważne jest dla nich, że kiedy spotykamy się w sklepie mogą przy innych dorosłych powiedzieć do mnie "cześć Ola", udowadniając całemu światu, że ich wartość nie jest mniejsza. Bo nie jest. Nie wierzę w rozwiązania masowe i akcje "zero tolerancji", pozostaje mi zatem wiara w osobiste poszukiwania i osobisty przykład. Ostatecznie, jeśli nie było mi dane wychować się w Summerhill, pozostaje mi sumiennie odgruzowywać własną przestrzeń wolności i powoli rozszerzać ją także na innych, wierząc, że poszukujących wolności znajdzie się więcej.

Ola 'Zorka' Kosakowska
zorka.ja@interia.pl



Przypisy


→1 A. S. Neill, Nowa Summerhill, Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 1994. "Nowa" ponieważ jest to udoskonalona wersja poprzedniej książki autora na temat Summerhill.
→2 www.summerhillschool.co.uk
→3 Summerhill jest szkołą z internatem, gdzie dzieci mieszkają przez 10 miesięcy w roku.
→4 tamże, s. 84.
→5 Tamże, s. 84-85.
→6 tamże, s. 86-87.
→7 Tamże, s. 52-53.
→8 Zob.: www.teatr.wegajty.go.pl link: pedagogika teatralna.
→9 Erdmute i Wacław Sobaszek to właściciele Teatru "Węgajty"



Aleksandra Nimue Kosakowska

Komentarzy nie ma.