Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2010-02-15

Wojciech Jóźwiak

Uwagi o medytacji
W uzupełnieniu do artykułu Pawła Karwata "Metamedytacja"


Uwaga o słowie "medytacja" i co ono ma oznaczać

Meditatio po łacinie znaczy "rozmyślanie, rozważanie", czyli wskazuje na czynność intelektu. Użycie w europejskich językach tego słowa na określenie jogicznych czynności zmierzających do uspokojenia umysłu lub samego pozostawania w stanie wyciszenia umysłu - użycie choć przyjęte, to jawnie nieadekwatne i etymologicznie błędne! - jest wyraźnym dowodem na to, jaką nowością i niezwykłością było dla Zachodu takie "robienie czegoś" z umysłem. Lepiej już by było nie naginać tamtego słowa z łaciny do niezwykłego dlań znaczenia, lecz na tak po jogowemu rozumianą "medytację" zapożyczyć z sanskrytu termin dhyana, tak jak zapożyczono słowa joga, karma, czakra lub guru. Ale nie zrobiono tego ani po polsku, ani po angielsku ani w żadnym ze znańszych języków, więc chyba już skazani jesteśmy na ponawiane wywody, czym ta "medytacja" jest, a czym nie jest. Gdyby rzecz nazwano innym słowem, nie byłoby połowy kłopotu.

Przy okazji warto się zadumać czyli pomedytować nad tym, jak obca Zachodowi była, aż do najnowszych czasów, idea "powściągnięcia zjawisk umysłu", czyli właśnie jogi, a w jej ramach medytacji w sensie trwania w owym powściągnięciu. Medytacja w tym "wschodnim" sensie jest takim "robieniem czegoś z umysłem", co nie ma przedmiotu! Ta medytacja nie jest "medytacją czegoś" ani "nad czymś" i właśnie jako czynność niewątpliwie umysłowa i wewnętrzna, lecz obywająca się bez przedmiotu, jest czymś, na co myśl Zachodu jakoś wpaść nie mogła. Wydaje się, że Zachód myślał o myśleniu używając metafory narzędziowej obróbki. Oto myśląc, masz jakiś przedmiot swojego myślenia, który jakoś "chwytasz" i "ujmujesz", po czym jakoś go przerabiasz i przetwarzasz, będąc podczas tej obróbki nieustannie tą (umysłową) czynnością zajęty niby rzemieślnik przy swym warsztacie. Nie zauważano drugiego podejścia do tego, co się "robi z umysłem", mianowicie trwania w nim, przy czym tym, co ćwiczone, nie jest bycie zajętym, ale właśnie pozostawienie umysłu nie-zajętym i otwartym na własną otwartość.


Uwaga o Dalekim Wschodzie i tamtejszych medytacjach

Paweł Karwat w komentowanym artykule medytację (w tym drugim, "nieczynnym" sensie) łączy z Dalekim Wschodem, wymieniając jego tradycje: zen, bon, joga. Historycznie, wszystkie medytacyjne tradycje mają początek w Indiach! Wydaje się, że są jednorazowym i jednomiejscowym wynalazkiem indyjskim, podobnie jak alfabet (pismo fonetyczne) jest jednorazowym wynalazkiem fenickim, udomowienie bydła jednorazowym wynalazkiem mezopotamskim, strzemię zaś, jedwab i papier są jednorazowymi wynalazkami chińskimi. Zasady medytacji (stale w tym indyjskim i "nieczynnym" sensie) zostały - także w Indiach - zebrane razem w jednym podstawowym dziele, mianowicie w "Jogasutrach" przypisywanych Patańdżalemu. Czas powstania "Jogasutr" jest wciąż nieustalony, a różne datowania wahają się od II wieku przed naszą erą do V wieku naszej ery. W każdym razie tekst "Jogasutr" jest późniejszy od nauczania Buddy Śakjamuniego i od tradycji buddyjskich (zapewne też wiele buddyzmowi zawdzięcza), chociaż joga jako tradycja jest niewątpliwie od Buddy i buddyzmu starsza, czego dowodem jest choćby wzmianka w żywocie Buddy, iż sam pobierał jogiczne nauki od działających przed nim mistrzów.

Tak się stało, że różne - w tym buddyjskie - tradycje jogicznej pracy z umysłem dość swobodnie, choć nie szybko, rozprzestrzeniły się ku wschodowi, zakorzeniając się (chociaż niekiedy zanikając) w Kotlinie Tarymskiej, w Chinach, Korei i Japonii, w Tybecie i Mongolii, w Birmie i w krajach Półwyspu Indochińskiego, za to z nieznanych właściwie wciąż powodów wędrówka tych samych idei na zachód została zablokowana i wcale nie był przyczyną islam, który zawojował zachodnią Azję w czasach późnych. Dlaczego joga i buddyzm nie zadomowiły się nad Morzem Śródziemnym choćby w epoce hellenistycznej, kiedy Zachód był najbardziej otwarty na nowe duchowe propozycje? - pozostaje zagadką.

Sztywne kojarzenie jogicznej medytacji z "Dalekim Wschodem" nie jest dobrym zabiegiem dydaktycznym, ponieważ nieprzyjemnie wpisuje się w kolonialny w istocie mit o jakiejś istotowej różnicy między "człowiekiem Wschodu" (tajemniczym, mistycznym, kontemplacyjnym, introwertycznym, biernym, nastawionym na trwanie...) a "człowiekiem zachodu" - rzekomo obiektywnym, intelektualnym, naukowym, racjonalnym, czynnym, wiecznie zajętym, zdobywczym, nastawionym na sukces.

Tak nie jest, a joga (i jej "medytacja") jest ogólnoludzkim kulturowym dorobkiem i nie bazuje na żadnych wrodzonych uwarunkowaniach różnie po świecie rozrzuconych. Tyle że faktycznie późno na Zachód przyszła, podobnie jak późno do Chin przyszła fonetyka, a do Indii demokracja. I co z tego?


Uwaga o New Age

Paweł Karwat pisze: "Medytacje Dalekiego Wschodu różnią się znacznie od tych, które popularyzuje się w wielu kręgach, zwłaszcza w tzw. ruchu New Age. /.../ Nierzadko /.../ idea medytacji dalekowschodniej jest wypaczona, wykoślawiona, rozumie się [ją] opacznie." Spotkałem się z jeszcze dalej idącym poglądem, iż ludzie Zachodu nie potrafią zrozumieć jogi - szeroko rozumianej, właśnie tak, jak PK używa słowa "medytacja" - ale nie z powodów jakichś "gatunkowych", ale dlatego, że będąc chrześcijanami bądź żydami z pojęciowego wychowania, natrafiając na jogiczne (w tym buddyjskie) pojęcia, wpadają w pułapki myślenia gnostycznego: że świat jest "zły" i "skażony, splamiony", że co można zrobić, to tylko zeń "uciec" (notoryczne jest u ignorantów mówienie o "ucieczce w buddyzm", "ucieczce w mistycyzm" lub "ucieczce w medytację" - jakże niedorzeczne!), lecz właściwie "uciec" się nie da, ale jeśli komuś jednak to się uda, to nabywa jakichś czarodziejskich mocy itd. Ciekawe, że pierwszą jakoś ukonstytuowaną grupą, która zapożyczyła lub usiłowała się nauczyć medytacyjnych praktyk ze Wschodu (z Indii) było Towarzystwo Teozoficzne pod wodzą Heleny Bławatskiej, a więc ruch hermetyczno-gnostycki. Jednak import jogi (wliczając buddyzm, taoizm, bon...) ze Wschodu mógł się odbyć tylko przez jakąś lukę czy prześwit w zachodnim pojęciowym i praktycznym "uzbrojeniu". Skoro tej luki nie było w zachodniej religii (żaden odłam chrześcijaństwa ani judaizm nie dopuszczał uczenia się u Hindusów...) ani w nauce (dlaczego? - zostawię to lepiej znającym temat...), to roli furtki i pomostu musiała się podjąć grupa "wariatów", za jakich w czasach oświeceniowych i późniejszych uważano hermetystów i gnostyków.

A New Age? Patrzyłbym nań jak na dziecięcą chorobę. Która przechodzi.


Uwaga o rzekomej świętości medytacji

Mój Przedmówca (Przedpiśca?) pisze: "Medytacja dla jej praktyków [z takich tradycji jak] zen, bon, joga to rzecz święta. Medytacja bowiem odsłaniając przed nami podstawy naszego własnego bytu przynosi oświecenie na temat absolutu, tego co możemy nazwać 'Bogiem'." Hmmm.... I co z tym robić? Dostaliśmy tu trójmian: medytacja, świętość, Bóg. Doczepianie świętości i boga do medytacji to akurat coś, co może najskuteczniej zaciemnić wyobrażenie medytacji, a potrawa z tych trzech składników nie smakuje. Gdybym ja miał tłumaczyć, co to jest medytacja (przy czym Czytelnikom Taraki tego za bardzo tłumaczyć nie trzeba!), najpierw bym przestał używać słowa "medytacja", a także starannie unikałbym jakichkolwiek wzmianek o bogu, religii i świętości. Można to też powiedzieć subtelniej: joga i należące do niej "nastawienia umysłu" nazywane dhyana czy samadhi, zmuszają do przemyślenia i przedefiniowania naszych należących do zachodniego stylu pojęć, takich jak świętość, religia i Bóg. Ale z tym należałoby poczekać i to długo, aż joga i z nią asana, dhyana, samadhi staną się choćby przybliżone.

W "Jogasutrach" jest mowa o Bogu - określa się go terminem Iśvara, ale nie od niego zaczyna się wykład. I "praca z Iśvarą" nie jest konieczna do jogi! Mówi się tam raczej tak, że jeśli już jakiegoś swojego Iśvarę masz, to jego kult, w wyrafinowanej postaci, jako "skupienie na Iśvarze", w jodze ci pomoże. Ale ani tego nie musisz robić by praktykować jogę, ani nie musisz podejmować prób zrozumienia kim on lub "to coś" jest. W drugim zdaniu "Jogasutr" powiada się, że skoro zjawiska umysłowe zostaną powściągnięte, objawia się "widziciel" (drastr) w swojej właściwej postaci. Upraszczając, objawia się świadomość jako taka. Jeśli ktoś do tego miejsca doszedł z bogiem-Iśvarą jak drabiną, to w tym momencie widzi, czym ta drabina była.

Czczenie świętości, wydzielanie sacrum z profanum, ogradzanie tego co święte, więc nieruszalne, drżenie, żeby ktoś (łotr jakiś) sacrum nam nie sprofanował, a także padanie przed jakimś bogiem na kolana i na twarz, płaszczenie się i umniejszanie, oddawanie się jego woli i odmawianie sobie prawa do rozumowej krytyki rzeczy bosko-religijnych, jest z gruntu obce duchowi jogi. A gdyby umówić się, że jednak ta "medytacja we Wschodnim sensie" jest jakoś "święta", to trzeba by było jednocześnie powiedzieć, że to jest inna świętość niż ta pospolita, czyli lękowa i tabuiczna. Myślę, że prościej jest nic o świętości ani bogu nie mówić w tym kontekście, żeby nie mieszać w głowach sobie i czytelnikom.


Uwaga o śmiesznym nie-medytowaniu

Paweł Karwat pisze dalej, że śmieszne jest, gdy ktoś uważa się za nowoczesnego, inteligentnego i wykształconego, a nie praktykuje medytacji. Z tym zgadzam się całkiem. Zastanawiałem się (są ślady tego w Tarace...) jaka mogłaby być wyższa inteligencja od pospolicie ludzkiej i czy jedyny dostępny nam rozwój władz myślenia polegać może tylko na technicznych wzmacniaczach intelektualnych sprawności, takich jak kalkulatory (do liczenia), bazy danych (do pamiętania), GPS (do orientacji w terenie) lub translatory (do rozumienia wielu języków). Wydaje się jednak, że dwa razy w historii dokonano wynalazków podnoszących ludzkie władze umysłu na istotnie wyższy poziom. Były to, po pierwsze, wynalazek metody naukowej, dzieło Greków z czasów hellenistycznych, III i II wiek przed n.e.; po drugie wynalazek skupienia i oczyszczenia umysłu, czyli joga, skutkująca tym, że zwierciadło świadomości pozostaje tym czym jest, wolne od vrtti-zawirowań, i widzące siebie pomimo przedmiotów. Tak się przez kaprysy historii złożyło, że te dwa wynalazki, dokonane w podobnym czasie i odległe o ledwie 3 tysiące kilometrów jakie dzielą Nil od Indusu, musiały czekać dwa tysiąclecia, by się spotkać. Nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy przyjmować jeden (naukową metodę) odrzucając drugi (jogę) lub odwrotnie.

Ale przyjęcie jogi pod dach Zachodu zmusza nas do przemedytowania (w sensie rozmyślania, rozważania) dotychczasowych własnych podstaw, w tym rozróżnienia między tym, co racjonalne, a co irracjonalne, i dalej: co naukowe, a co religijne... i myślę, że takich podziałów znajdzie się więcej.


Uwaga o bon i innych lokalnych tradycjach

Przedmówca od ogólnych zdań o medytacji przechodzi do wybranej medytacyjnej tradycji, którą dla niego jest bon. Akurat o bonie (chyba już wolno deklinować to słowo?) wiem niewiele: że jest to lokalna i podobno szamańska religia Tybetu, która przez wieki upodobniła się do buddyzmu, tak iż w końcu przez obecnego XIV Dalajlamę została oficjalnie przyjęta jako piąta uznana szkoła, tradycja lub linia przekazu tybetańskiego buddyzmu. Przy okazji: mógłby ktoś, kto się na bon i Tybecie zna, coś o tym napisać dla Taraki, bo zjawisko jest ciekawe i niezwykłe. To tak, jak gdyby w średniowieczu Polacy konwertowali się na buddyzm, ale obok niego pozostały chramy i żercy rodzimowierców, którzy po tysiącu lat zostali przyjęci jako dodatkowa linia słowiańskiego buddyzmu! Spróbujmy sobie coś takiego wyobrazić z chrześcijaństwem...

Przypadek bon pokazuje niespożytą plastyczność jogi, która wlewa się w każdą lokalną formę. Wlewa się i w formy nowoczesne. Dlatego bym tak nie krzywił się na New Age. Na Zachodzie całkiem niedawno z zen przejętego od Japończyków odszczepił się nurt "zen bez formy", gdzie medytacja (dhyana czyli zen) pozostała, za to do minimum ograniczono materialne, formalne przydatki z japońskiej tradycji, zrezygnowano więc z szat i tytułów mistrzowskich, z pieśni i koanów, pozostawiając tylko "samo siedzenie" (zazen) i kinhin czyli chodzenie. Joga indyjska dociera do nas przeważnie w postaci hatha-jogi czyli, właściwie, szczególnej gimnastyki, ale przecież pamięta się, że asany wynaleziono dla dhyany czyli skupienia i kto chce, ten wskazówki jak to robić "bardziej", znajduje.

Do nurtu jogi wlewają się też "techniki" wzięte z tego, co pospolicie nazywane jest szamanizmem, a więc z pewnych psycho-fizycznych praktyk ludów zwanych (dość obraźliwie) pierwotnymi. Przy szałasie potu, zakopywaniu się w ziemi, skupieniu na głosie bębna i na śpiewie, przy chodzeniu transowym, także przy seansach środków zmieniających świadomość, do czynienia mamy z praktykami, które w Indiach zostały podniesione do wypracowanej postaci - jogi właśnie. Być może warto tę drogę powtórzyć w przyśpieszonym tempie, w jednym życiu każdego z nas.


Wojciech Jóźwiak


Wzorem Amerykanów, którzy to co piszą, dedykują swoim dzieciom, żonom, przyjaciółkom itd., zadedykuję powyższe uwagi uczestnikom i uczestniczkom wczorajszego - licząc od daty tego tekstu - spotkania przy jednej z w.w. praktyk, więc Izabeli, Krzysztofowi, Małgorzacie, Marcinowi, Marii, Marii, Mirosławowi i Robertowi.


Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.