Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2019-04-01

Paweł Droździak

Ukryte pragnienie Demona

Oryginalnie zamieszczone pod tym samym tytułem i datą w blogu Autora. W Tarace za uprzejmą zgodą.

Demon jest jednym z moich kotów. Czy kot jest choć trochę tygrysem? A pies wilkiem? Kiedy się patrzy na Demona, pytanie takie może być tylko żartem, bo Demon nie ma w sobie już nic z drapieżnika. Czarna kudłata klucha, która śpi cały dzień i jedyne, co może się zdarzyć w jej życiu, to balkon, który fascynująco przyjmuje dwa stany. Otwarty i zamknięty. Kiedy jest otwarty, Demon wychodzi, ale kiedy drzwi zamykają się za nim, natychmiast chce wrócić. Gdy jednak drzwi ze stanu 0 znowu przechodzą do 1, Demon wyłamuje się przewidywalności komputerowych dualizmów i jak każdy szanujący się podmiot uchodzi w schrödingerowskie zawieszenie – ani nie wchodzi, ani nie zostaje. Neti neti, jak mówą Hindusi. Siedzi. Patrzy. Póki drzwi nie zamykać, bo wówczas znów się dobija, póki mu oczywiście tych drzwi nie otworzą. Wtedy znów siedzi, wpatrując się w otwór. Ten paradoks drzwi, furtka w Nieoznaczoność, to jedyny przejaw jego psychicznego życia, jaki daje się zarejestrować. Myślimy czasem o kotach jako o łakomych, ale Demon nie jest nawet szczególnie łakomy. Właściwie w ogóle nie jest. Wiele osób uważa, że jest autystyczny, bo nie robi w ogóle niczego, atakowany przez inne koty wcale się nie broni i można by rzec, że go nie ma wcale, gdyby w sumie nie te drzwi i balkon, na który wychodzi sam nie wiedząc po co. Bo choć mógłby stamtąd iść dalej i dalej, nie idzie. Leży. Albo siedzi.

Co w nim zostało z tygrysa? Tyle pewnie, co w psie z wilka, czyli nic. Albo i mniej. Kilka dni temu w Gazecie Wyborczej ukazała się z moim udziałem rozmowa o ludzkiej naturze, gdzie pretekstem do rozważań był temat samochodów, a konkretniej nasze od nich uzależnienie. Twierdziłem, że ludzie giną w samochodach, ponieważ niebezpieczeństwo jakie te maszyny stwarzają, jest ostatnim elementem łączącym nas z naszą drapieżną naturą. Dlatego nie chcemy, by samochody były bezpieczniejsze i bardziej powolne i dlatego nie chcemy się przesiąść na bardziej rozsądną pod każdym względem publiczną komunikację. Giną ludzie w drogowych wypadkach, bo nasz wewnętrzny drapieżnik domaga się czegoś w rodzaju walki. Czegoś, co by go pobudzało. Bo tyle i tylko tyle w nas zostało jeszcze z dawnych, dzikich czasów. Cały dzień swoje życie prowadzimy grzecznie, na podobieństwo mego kota Demona, jest jednak w dniu ta krótka chwila, kiedy w blaszanym pudełku czujemy się sobą i możemy po prostu reagować na to, co szybko się zmienia i co jest wreszcie realne. Najbardziej dosłowne, trochę groźne, trochę wymaga od nas orientacji w rzeczywistym czasie, uruchomienia najbardziej pierwotnych neurologicznych odruchów, zamiast skomplikowanych abstrakcyjnych rozumowań.. Czujemy wtedy, że żyjemy. A że skutkiem życia zawsze jest śmierć, pięć tysięcy ludzi rocznie w kraju wielkości Polski rok w rok życie oddać musi. Tak to jest. Nie zmieni się, bo i my nie możemy się zmienić.

Nie może też zmienić się Demon. Bo i on ma swój odpowiednik ludzkiego samochodu. Ma coś niezwykłego, co przypadkiem dawno temu zostało odkryte, ale w kontraście do jego kompletnie kluchowatej, kudłatej postaci, której część przodków była nawet jakiejś rasy, nieodmiennie wzbudza w widzach wesołość. Bo trzeba by widzieć tego futrzaka leżącego cały dzień bez ruchu, jak nie sprawia wrażenia, że jest zdolny do jakiejkolwiek w ogóle agresji, kiedy nagle pojawia się TO. Laserowy wskaźnik. Mały czerwony punkcik, który się szybko porusza. Z Demonem dzieje się wówczas coś naprawdę niezwykłego. On ożywa. Cały futrzak wypełnia się jakąś tajemniczą energią, staje się nagle sprężysty, dynamiczny i wręcz porażająco szybki, kiedy się ma w pamięci jego zwykłą postać. Nagle on żyje. Przez tę jedną chwilę jest kimś na podobieństwo księgowego, co całe życie ślęczy nad nudnymi kratkami, ale przez te kilka minut dziennie jest Kierowcą i Pędzi. Tak też i Demon pędzi. Liczy się ta jedna chwila. Ta jedna jarząca się czerwona kropka. Wszystko inne, całe to nijakie życie wypełnione leżeniem okazuje się tylko czekaniem. Później kropka gaśnie, a wraz z nią gaśnie i Demon. Przez kilka sekund jeszcze kręci się, coraz wolniej i wolniej, a w końcu znów zalega gdzieś na kanapie w swój pozbawiony sensu, nijaki stan nieistnienia.

I pewnie nie pisałbym wcale o kocie, tak jak bym nigdy przecież nie rozmawiał w gazecie o samochodach i ruchu drogowym, gdyby to wszystko nie miało być wstępem do pokazania jakiegoś elementu naszej ludzkiej kondycji. Jakiejś naszej egzystencjalnej i metafizycznej tragedii, którą ilustrować może kot z jego życiem rozświetlonym tylko jedną czerwoną kropką, albo nasza tragiczna miłość do samochodów i drapieżnego ryku ich silników, co dają nam złudzenie, że to z naszych gardzieli ryk taki się wydobywa. Oto ilustracja tragedii księgowych, którzy tatuują sobie na ramionach „trybale” symbolizujące dzikość i tragedii tych wszystkich, którzy daremnie poszukują czegoś, czym można by naprawdę być, jakiejś prawdziwej rzeczywistości, do której by się można odwołać, choćby przez chwilę, gdy pędząc samochodem po autostradzie zatrzymujemy się na obiad w gospodzie z dachem krytym strzechą, gdzie na podwórku są koła drabiniastych wozów, a żurek w glinianych kubasach podaje rumiana baba w wyszywanej ludowo sukience. Co to ma być w ogóle? Strzecha w dwudziestym pierwszym wieku? I za to płacimy? Ale czemu? Czego my tam w tym szukamy? Dworku? Chaty? Realności? Przodków? Kiedy to były takie dworki, gdzie kto miał takie żurki i co my z tym mamy wspólnego?

Zdaje się, wczoraj, bo to chyba nie primaaprilisowy żart, w jakimś gdańskim kościele wpadł ktoś na pomysł, aby książki palić, te mianowicie, w których diabeł siedzi. Naprawdę kilka takich książek zebrano, wyszedł ksiądz i z ministrantami parę książek spalił na osiedlu, a inny ktoś zdjęcia robił. I nie wierzyłem, ale są te zdjęcia, kto też nie wierzy, to jedno takie zamieszczam. I piszę o tym przecież wcale nie po to, żeby tu popadać w tak modny dzisiaj antyklerykalizm. Naprawdę nie i zresztą ten antyklerykalizm wydaje mi się w społeczeństwie dzisiejszym czymś bardzo naiwnym. Znów – nie o księdzu i nie o książkach i ich świętości tu mowa. To znów tylko ilustracja czegoś całkiem innego.

palenie2.jpg
Zdjęcie (zob.») z oryginalnej publikacji Autora.

Bo kiedy tak patrzę na fotografię tego faceta, jak z dwójką wciągniętych w ten obłęd ministrantów na osiedlu koło bloku te parę książek pali, jakiegoś Pottera i tam takie, kiedy próbuję się wczuć w tę atmosferę tych bloków, tego podwórka, trzepaka, parkingu, obok pewnie jakiegoś obrzydliwego Lidla, tablic z reklamami schabu po 1,70 za kilogram, a letni płyn do spryskiwaczy w butelkach 12 litrów po 8,70 jeśli dwie sztuki od razu, gdzieś tam jakaś pochylnia dla deskorolek zrobiona, graffiti, puszki po piwie, emeryci łażą, bo to pewnie zaraz gdzieś tu będzie można kupić bazie, to ładnie w domu wygląda, jak wiosna, albo może forsycje, a ten we własnym świecie dwóch sobie postawił niemych świadków szaleństwa i pali. Pali zło za miliony, tak jak inni za pośrednictwem facebooka dzielą się tym zdjęciem i piszą o nim różności, których nikt nawet przez pół dnia nie zapamiętuje i tylko tych chłopaków szkoda zasłońcie im choć twarze dzieląc się tym, bo jak powiedział Tymon Tymański „też byłem ministrantem i przeszedłem niejedno”, choć przecież i to zniknie, rozpłynie się, jak wszystko inne. I myślę sobie, jak bardzo wszystko już jest tylko karykaturą czegoś, tak jak karykaturą polowania jest bieganie Demona za czerwoną kropką. Ten oto tu na zdjęciu człowiek myśli, że jego akt jest ważny, ktoś tam też inny chce być trochę ważny, lub żyć czymś ważnym, czymś ważnym się przejąć, albo żeby się ważnego coś zdarzyło wreszcie, więc próbuje z tego aktu wycisnąć jakąś ważność choćby przez minutę, zrobić z tego jakieś „palenie książek”, jakiś „faszyzm”, jakąś „inkwizycję” ale to wszystko jest jakoś głęboko daremne. Jakoś kompletnie już niemożliwe, tak jak „przystanek Woodstock” nigdy nie stanie się Woodstockiem, a chińskie wesołe miasteczko wypełnione akrobatami i nazywane Shaolin nigdy nie stanie się Shaolinem, a mazurscy żeglarze w laminatowych białych łódeczkach na jeziorze śpiewający pirackie morskie pieśni nigdy nie staną się piratami. Nie mamy jak wydostać się z tego i ten rozpaczliwy gest i to zaklinanie kota, by się w Demona przemienił tak właśnie należy rozumieć. Jako rozpacz w pustce.

To wszystko bowiem, w całej swej karykaturalnej wtórności jest tylko jakąś kliszą, jakimś cieniem, ponurym żartem na tle tych tablic Lidla, bo tylko one są prawdziwe. I myślę sobie, że może zawsze były tylko jakieś tablice Lidla i zawsze to co się robiło było tylko nawiązaniem do czegoś, co podobno kiedyś było żywe. Przecież nawet ci faszyści kiedy istnieli, myśleli że są jakimiś Nibelungami czy kimś tam.. I tak patrzę na tych ministrantów jak nic z tego nie pojmując jeszcze myślą, kiedy on ich puści do domu i będą mogli pograć w FIFę i tak się zastanawiam... czy kiedykolwiek żyliśmy naprawdę?

Paweł Droździak

Komentarze: 2

1. Wierszykbłyskawiczny po spektaklu... • autor: krysttyna (2019-04-01 21:07:32)

Wierszyk błyskawiczny po spektaklu „Przepraszam, że umarłem”

 How?
Do dna?
czy tylko muskając w przelocie?
Śniąc?

czy tylko śnić pragnąc?
Grając życie?
czy żyjąc grą?
W serca zachwycie?
czy „ani serca drgnienia”?
Nie budząc się nigdy?
czy tylko
na chwil kilka
prawdziwych?
Cóż powiemy życiu
przepraszając,
że tak naprawdę
tylko

Hauuuuuuuuuuu!!!!!!!

[foto]2. Więcej o zjawisku • autor: Wojciech Jóźwiak (2019-04-04 09:55:52)