Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2016-12-17

Wojciech Jóźwiak

Uciekająca wędrówka

Poczekalnie, hotele, stołówki, markety, wielkie hale... Kiedyś tu może byłem, coś mi się przypomina... Pewna kobieta zwraca mi uwagę na ścianę: że ściany w tej hali – wyglądającej jak wielka stołówka lub wnętrze hali produkcyjnej – są pokryte delikatnym, prawie niewidocznym malunkiem: jasnoszare wzory na trochę ciemniejszym szarym tle, na pierwszy rzut oka ich nie widać, a są tam skomplikowane figury, powtarzające się wzory, coś jak litery, runy, hieroglify, ryciny-ilustracje do dawnych książek. Jakiś sens zaczyna się z tego wyłaniać, jakby z tej pomalowanej ściany szło wspomnienie: że ktoś, kogo znałem dawno temu, spędził wiele lat na tej hali, przebywał tu i pracował i małymi kawałkami nie wiadomo kiedy pokrył całe wnętrze, setki metrów kwadratowych tymi muralami-deseniami, własnym dziełem-przekazem.

Ale tu nie jest bezpiecznie. Stopniowo wyłania się inny sens: oto gdzieś w tym kompleksie budowli jest instalacja, pilnowana przez fizyków, więc pewnie jądrowa, która może wybuchnąć i zapewne wybuchnie. Jedni ludzie wiedzą o tym dobrze, inni tylko się domyślają. Lęk i popłoch widać po ruchach ludzi, po wyrazie twarzy, po tym jak mówią – chociaż nikt nie mówi o tym i nikt nie podnosi alarmu. Tak jakby bardziej niż zagrożenia wybuchem wszyscy bali się tego, że wiadomość o tym stanie się publiczna – bo wtedy co? Trzeba by coś zacząć z tym robić... A tak, to przeczekują. Ja też przeczekuję, chociaż staram się opuścić to miejsce, ale nie poruszam się zbyt szybko, tak jakbym myślał, że „to” się nie stanie, dopóki ja tu jestem, że mnie „to” jakoś ominie. Wyjść stamtąd jest trudno, nie wiadomo, którędy, a do przejeżdżających pociągów lub autobusów nie wiadomo jak wsiąść, biletów nikt nie sprzedaje.

Teraz widzę ten kompleks budowli z zewnątrz, z pewnej odległości, ale jeszcze nie jest to bezpieczna odległość. Jest szaro, ciemno, pewnie zmierzch, zima i chłód, ale bez śniegu, mgła. Mgła staje się gęstsza, z niej robi się dym, który dusi. (Gdy się później przebudziłem, czułem, że kaszlałem.) Tamto „przemysłowe miasteczko” już jest stracone, eksplozja się zaczęła, tak myślę.

Usiłuję odejść jak najdalej. Mijam korytarze, klatki schodowe, przechodzę przez pomieszczenia, gdzie jacyś ludzie gospodarują, mieszkają. Wszystko jest stare, zniszczone, biedne, zabałaganione i porujnowane. Jakiś labirynt wewnątrz starych drewnianych budynków. Dogania mnie, szybciej idąc lub biegnąc, duży, gruby i stary mężczyzna. Zatrzymuje się koło mnie, przed oknem. Chwilę stoi, jakby nie wiedząc, co dalej. Mówię do niego: „Niech pan sobie nie żałuje!” On skacze w szybę okna. Wygniata szybę sobą i spada, widzę to, bo wychyliłem się za nim, kilka pięter w dół, widok jest jak z wysokiego piętra. Rozbija się o ziemię, o chodnik w dole, plama krwi. Ale czuję, że przyniosło mu to ulgę.

Za oknem jest półmrok, świecą latarnie, mimo to widać odległy krajobraz, wał wzgórz na horyzoncie. Tam chcę dotrzeć, tam jest wolność. Tutaj, „po tej stronie” nic mnie już nie trzyma, wszystko co tu mam, z chęcią zostawię. Tam mógłbym pójść i dojść nawet nieubrany i w skarpetkach. O tym rozmawiam z jakąś kobietą, która tam przyszła lub tam mieszka. Ona też uważa, że trzeba znaleźć się za tamtymi wzgórzami. Przypomina mi się, że potrafię latać – jakaś przebitka z innych snów. Ale nie ryzykuję skoczyć za okno za tym grubym samobójcą, chcę wypróbować swoje umiejętności bezpiecznie, na tym korytarzu, gdzie stoję. Ale nie jestem pewien, czy unoszę się, czy tylko tak mi się wydaje.

Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.