Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2004-08-30

Wojciech Jóźwiak

Tybetańska Księga Umarłych
Tybetańska Księga Umarłych, czyli o tym, jak gra o sukces trwa nadal po śmierci

Co z człowiekiem dzieje się po śmierci? Odpowiedzi było mnóstwo, ale najdokładniejszą wizję tego, co nas czeka po końcu życia, wypracował buddyzm tybetański.

Buddyzm opiera się na przekonaniu, że człowiek poprzez własną pracę duchową, poprzez skupioną medytację, jest w stanie wyrwać się z koła wiecznych i bolesnych wcieleń, osiągnąć oświecenie i duchowe wyzwolenie.

W Tybecie - jak wszędzie w buddyzmie - przyjmuje się, że po śmierci w "tym" życiu nastąpi następne wcielenie i następne życie; zapewne równie bolesne i przykre jak to, którego doświadczamy teraz. Co jest jednak pomiędzy dwoma wcieleniami? Zaraz po śmierci świadomość umarłego wchodzi w stan pośredni, między-byt, zwany w sanskrycie (świętym języku Indii) antarabhawa, a po tybetańsku bardo. Otóż w stanie bardo, po śmierci, osiągnięcie wyzwolenia jest bliższe i łatwiejsze niż za życia! Dlaczego? Dlatego, że wtedy świadomość przestaje być związana z ciałem i dzięki temu staje się jakby lżejsza i łatwiej jej poruszać się w świecie ducha.

Tybetańczycy wierzą, że pobyt w bardo trwa 49 dni, a ściślej nie dłużej niż 49 dni: wtedy dusza zmarłego albo osiągnie oświecenie, albo znajdzie sobie nowe ciało i początek nowego materialnego życia. W tym czasie bardzo pomocne jest to wszystko, co mogą dla niej zrobić żywi: modlitwy, spełnianie pewnych religijnych praktyk, a także przemawianie do zmarłego, który wszystko słyszy, i udzielanie mu pouczeń. I właśnie zbiorem takich pouczeń, kazań do zmarłych, jest Tybetańska Księga Umarłych. Stanowi ona prawdziwy przewodnik po bardo, krainie pośmiertnej.

Na początku dowiadujemy się, że śmierć nie jest spoczynkiem! Przeciwnie, konieczne jest wtedy (ze strony umarłego) najwyższe natężeniu uwagi. Chwila zagapienia się, gnuśności i lenistwa - i koniec! Świadomość zmarłego obsunie się wtedy w nowe ciało, ku nastepnemu wcieleniu. Księga Umarłych każe w tym właśnie momencie w najwyższym stopniu wytężyć jasną świadomość (co tuż po śmierci wcale nie jest łatwe), a to dlatego, że zaraz po śmierci nadarza się wielka okazja, aby jednym skokiem osiągnąć oświecenie i duchowe wyzwolenie - takie, jakie kiedyś osiągnął Budda Śakjamuni i jego uczniowie.

Wtedy bowiem świadomość zmarłego wchodzi w stan, który nazywany jest Bardo Chwili Śmierci. Widzi się wtedy jedyną rzecz: wszechogarniającą jasność, pozbawioną kształtu i koloru. Tą jasnością jest własny umysł zmarłego, a raczej jego niezmienna, przedwieczna natura, będąca w istocie Buddą, Wyzwolonym Umysłem. "Gdy rozpoznasz jasną istotę własnego umysłu jako Buddę, to spoglądanie w głąb umysłu będzie kontemplacją Buddy" - powiada Księga. To jest cel medytacyjnych wysiłków. Oświecenie jest właśnie TU.

Problem w tym, że nie każdy jest w stanie wejść w tę światłość i w niej pozostać... Bowiem w tym samym czasie dają o sobie znać "grzechy", czyli nawyki z minionego życia i z żywotów wcześniejszych, włącza się karmiczne obciążenie człowieka, a wszystkie te wspomnienia nie pozwalają skupić się na Jasności. Karma (czyli natrętna pamięć przeszłych czynów) zaczyna się wizualizować w postaci obrazów i zwidów, głosów, dźwięków i emocji. Niezmiernie trudno jest nad nimi zapanować. I temu właśnie służą kolejne rozdziały Księgi Umarłych: poucza ona zmarłego, iż są to projekcje jego własnego umysłu i że nie powinien ani się ich bać ani do nich lgnąć.

Zmarły pośród tych zjaw i cieni nie jest sam. Pojawiają się przed nim duchowi pomocnicy, których Księga barwnie opisuje i wylicza z imienia. Pojawiają się zawsze w pięciu grupach: w środku przestrzeni, na jej wschodzie, na południu, na zachodzie i północy. Wraz z ich pojawieniem się chaotyczna masa zwidów przybiera porządek, staje się mandalą - podobną do tych, które maluje się na tybetańskich obrazach (tankach) służących do medytacji.

Duchowi pomocnicy nadchodzą kolejnymi falami, a każda fala trwa - według Księgi - wiele dni. Zmarły ma więc czas, aby dać się pochwycić tym wysłannikom oświecenia. Najpierw jest to pięć Rodzin Buddów, grupujących bóstwa oglądane w medytacjach, gdzie każde bóstwo objawia się w swej postaci łagodnej i dobrodusznej. Zachęcają one zmarłego, żeby do nich zbliżył się i połączył się z nimi. To także jest drogą do natychmiastowego oświecenia-nirwany. Zmarły ma wciąż wybór, ale jest także wystawiony na niebezpieczeństwo, gdyż każda z grup łagodnych Buddów świeci ostrym blaskiem, który trudno znieść. Za to za nimi zaczynają się krainy, w których można "upaść" we wcielenie, i z nich bije przyćmione, nie rażące oczu światło, które zachęca, by narodzić się jeszcze raz. Narodzić się zaś można jako człowiek, ale także jako bóg, jako gniewny heros (asura), jako zwierzę, głodny upiór (preta) albo jako istota cierpiąca męki w piekle gorącym lub lodowatym. Można się omylić i pójść za nie tym światłem, co trzeba...

Siódmego dnia licząc od śmierci łagodni Buddowie znikają, a na ich miejsce pojawia się nowa gromada istot, też zgrupowanych w pięć rodzin - tak zwani Widjadharowie. Reprezentują oni te same rodzaje mądrości, co poprzednio Buddowie łagodni, ale nie są już przyjaźni, lecz śmieją się szyderczo, tańczą dziko, trzymają w rękach krzywe miecze, czynią niepokojące gesty i spijają krew z czar.

Za nimi idą (jak powiada Księga) "nieprzebrane tłumy dakiń". Dakinie w myśl tybetańskich wyobrażeń to żeńskie istoty, coś jak nasze czarownice, a może groźne anioły. Towarzyszą im Mocarze oraz Opiekunowie i Opiekunki Dharmy - a wcale nie są to istoty dobrotliwe, raczej dzikie i szalone. "Od dźwięków ich grania aż głowa pęka. Tańcząc i pląsając na różne sposoby kroczą one na spotkanie - zacnemu, by go powitać, nieprawemu, by go ukarać" - czytamy w Księdze. I chociaż ich głosy, widoki i wysyłane światła są trudne do przyjęcia, zmarły ma wciąż szanse rozpoznać w nich grę własnego umysłu i pójść za nimi po oświecenie.

Jeśli jednak zmarły trwa w swojej niewiedzy, przychodzi do niego kolejne wydanie mandali Buddów, tym razem jednak w postaci groźnych bóstw - Heruków. Zajmują oni w przestrzeni miejsce Buddów w postaci łagodnej. Widokiem swoim budzą strach, przerażenie, rozpacz - ale wtedy zmarły ma wciąż szansę pod ich wrogimi pozorami rozpoznać świetlistą naturę umysłu i do nich pójść po oświecenie. Przerazić się można: "Oto ukaże ci się krwiożerczy Budda ... imieniem Padmaheruka. Jego ciało jest barwy ciemnoczerwonej; ma on trzy oblicza, sześcioro ramion i czworo szeroko rozstawionych nóg. ...W dłoniach dzierży lotos, trójząb z nadzianymi głowami, czaszkę z krwią...".

Im dalej zmarły idzie w bardo - stan pośmiertny - tym więcej straszy go okropnych postaci. Czeka go jeszcze osiem Czarownic, będących Strażniczkami Bram (mają oblicza świni, lwa, węża i tak dalej), dalej dwadzieścia osiem Przerażających Joginek, które Księga opisuje niby piekielne obrazy Hieronima Boscha, a wreszcie ukazuje mu się postać najstraszliwsza - sam Pan Śmierci czyli Jama Dharmaradża. "Włos na jego głowie jest skudlony, brzuch ma obwisły, szyję cienką, w ręku dzierży karbowana pałkę, jego usta miotają krzyki: bij, morduj!" Tu Księga pociesza zmarłego, by się nie bał, bo teraz - kiedy już umarł! - nawet sam Jama nie może mu uczynić krzywdy.

Krzywdę zmarły może uczynić tylko sam sobie, kiedy pocznie uciekać od tych zjaw, tak samo jak poprzednio, gdy uciekał od zbyt jaskrawych świateł Buddów łagodnych. Lecz z bardo, jeśli się odrzuca oświecenie, pozostaje tylko jedna droga wyjścia: poprzez wstąpienie do łona, które zechce cię jeszcze raz urodzić. Jeśli nie oświecenie-nirwana, to tylko powtórne narodziny. Tym bardziej, że wędrówka po ponurym świecie bardo staje się coraz bardziej beznadziejna.

W końcu zmarły dostrzega splecionych w miłosnym uścisku mężczyznę i kobietę, i "pchany siłą żądzy narodzin" wstępuje w łono swojej przyszłej matki. Księga tu zapowiada: "Jeśli masz się narodzić jako istota płci męskiej ... uczujesz silną złość do ojca, zazdrość zaś i gorący afekt poweźmiesz ku matce. Jeśli masz się narodzić istotą płci żeńskiej ... uczujesz zawiść wobec matki, wobec ojca zaś gorący afekt i bolesną tęsknotę. Z tej przyczyny pójdziesz ku łonu i wstąpisz w nie." Jednocześnie teraz, na początku nowego życia, zmarły odczuwa zmysłową rozkosz i traci od niej całą pamięć o życiu dotychczasowym.

Jednak widok kochającej się ludzkiej pary mógł być złudny, a wybór przyszłych rodziców - tragiczną pomyłką. Gdyż nie wybiera się wcielenia według swej woli, lecz za sprawą karmy. Nieszczęśnik może się oto narodzić "w norze pośród psów, w chlewie wśród wieprzów, w mrowisku pośród mrówek..." - jak ostrzega Księga.

Księga Umarłych również i w tym miejscu wędrówki przez bardo pozostawia cień nadziei. Daje bowiem wskazówki, jak mimo przeszkód znaleźć sobie dobre wcielenie - czyli najlepiej w postaci człowieka (jako że narodzić się bogiem jest jednak trochę gorzej...), u zacnych rodziców i na dobrym kontynencie, gdzie głoszona jest Dharma czyli buddyjskie nauki o Wyzwoleniu.

Dlatego przez 49 dni powinno się czytać Księgę Umarłych najpierw nad ciałem zmarłego, a po jego pogrzebaniu lub spaleniu - kierując słowa do jego wizerunku lub jego ulubionych przedmiotów, gdyż tam jego błąkający się duch może przebywać.

Pochodzenie tej księgi jest równie niezwykłe jak jej treść. Tybetańska Księga Umarłych jest termą. Słowem terma nazywano w Tybecie księgi, religijne teksty i modlitwy, które były odnajdywane w ukryciu. Nie każdy mógł znaleźć termę: umiejętność taką mieli tylko jogini o szczególnych zdolnościach, którzy niejednokrotnie całe życie poświęcali odszukaniu jednej księgi. Nazywano ich tertonami, czyli "odkrywcami skarbów". Tybetańczycy wierzą, że w tajemnych skrytkach w całym ich kraju spoczywa mnóstwo nieznanych świętych ksiąg, i kiedy przyjdzie właściwy czas i kiedy pojawi się właściwy człowiek, godny odnalezienia tej księgi, to taka księga pozwala się wydobyć z ukrycia. Wierzą, że księgi te przed wiekami ukrył Guru Padmasambhawa, pierwszy, obdarzony nadnaturalnymi mocami, buddyjski nauczyciel Tybetu.

Nie zawsze było tak, że z jaskini albo ze skalnej szczeliny wydobywano gotową, materialną księgę. Czasami terton widział tę księgę w wizji i dyktował ją swoim uczniom. Bywało też tak, że terton przepisywał odnalezioną księgę, a kiedy miał już jej dokładną kopię, oryginał rozpływał się w powietrzu. Warto dodać, że termy znane są nie tylko z Tybetu: piąta księga Starego Testamentu, tak zwana Księga Powtórzonego Prawa, została cudownie znaleziona wewnątrz muru jerozolimskiej świątyni. Typową termą była święta księga mormonów, którą Anioł Moroni pożyczył na kilka miesięcy Józefowi Smithowi (założycielowi kościoła mormonów), aby ten ją przetłumaczył na angielski - a potem zabrał. Także Koran, podyktowany Mahometowi przez Archanioła Gabriela, ma wszelkie cechy termy.

Znalazcą Tybetańskiej Księgi Umarłych był Karma Lingpa, który żył we wschodnim Tybecie w latach 1326-1386 i pochodził z rodziny, w której umiejętność odnajdywania term była dziedziczna.

Tybetańską Księgę Umarłych w 1927 przełożono na pierwszy europejski język - na angielski. Bardzo cenił ją i wnikliwie przestudiował twórca teorii archetypów, Carl Gustav Jung. W 1985 roku Ireneusz Kania przetłumaczył ją bezpośrednio z tybetańskiego na polski. Księga przyszła więc także i do nas i powoli przekształca nasze umysły, gdyż ktoś, kto ją przeczytał, już nie pozostaje takim, jakim był poprzednio.

Wojciech Jóźwiak



Polskie wydanie: "Tybetańska Księga Umarłych", przełożył i opracował Ireneusz Kania. Kraków 1991.

Napisane dla miesięcznika "Wróżka" w sierpniu 2004.

Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.