Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2015-10-20

Katarzyna Urbanowicz

Traktat przy obcinaniu paznokci

Zostawiam za sobą dawne dzieje i przechodzę do współczesności. Aktualne wyzwania, jakie stoją przede mną są dwa:

1)     zapinanie rzepów od prawego buta (jesiennego)

2)     obcinanie paznokci u nóg 

Ad.1 Zapinanie rzepów od buta lewego nie sprawia mi specjalnych trudności. Ot, pochylę się, jak każdy człowiek, wsunę stopę w półbut (używając łyżki na długiej rączce), pochylę się i zaciągnę pasek z rzepem. Proste, jak zawsze od lat. Niestety, prawy but nastręcza mi trudności, które aby przezwyciężyć, muszę stać się wynalazcą. W domu problem już rozpracowałam. Kupiłam sobie dwie pary szczypiec od grilla (a co? I widelec także!). Widelcem przyciągam sobie but, pomagając długą łyżką zakładam go, a pasek z rzepem chwytam szczypcami i zaciągam. Niestety, lato już minęło i czółenka wsuwane lekko i bezproblemowo odchodzą w kąt pamięci. Wszystkie te czynności są stresujące, używam więc swojej wyobraźni, żeby od nich uciec. Przenoszę się (jak w snach) na swoją działkę sprzed lat, gdzie byliśmy z mężem jedynymi decydentami, i wspominam twaróg powieszony w worku do odsączenia na budce spełniającej rolę letniej kuchni (teraz jest to graciarnia, polska, nie europejska)... i rasowego psa sąsiadów szarpiącego worek, w czasach, gdy nie grodziliśmy się jeszcze od sąsiadów. I wieczorną imprezę z sąsiadami, mającą wynagrodzić stratę. I sąsiadkę, Węgierkę, której imię, kojarzące się z polską tradycyjną potrawą (Pirożka), wówczas jeszcze budziło naszą ciekawość i chęć zaprzyjaźnienia się z taką egzotyczną osobą, choć wyglądającą jak każda z nas, zwyczajnych sąsiadek. Pirożka wtopiła się w nasze działkowe towarzystwo i nie jest już egzotyczną rośliną, łamie ją w kościach, ma coraz mniej siły do wyrywania chwastów i motyczkowania międzyrzędów, ma dzieci i wnuki, remontuje dom. To, że jej rasowy pies poszarpał mój worek z ekologicznym serem, sporządzonym z 10 litrów mleka, dawno zblakło w zestawieniu z innymi miejscowymi skandalami.

         To kieruje moje myśli na uchodźców i zestaw warunków koniecznych, aby stopili się z nami. Warunek pierwszy: muszą mieć kogoś za sobą, stojącym murem – jak Pirożki mąż. Warunek drugi: musimy przekonać się, że są tacy sami, jak my. Warunek trzeci...

         But już zapięty, można ruszać w świat. W domu to proste, w świecie wszystko komplikuje się. Hotel w małym zachodnim miasteczku, standard europejski. Stąd wyruszam na pogrzeb zupełnie inny od tych warszawskich, dziesięć osób na krzyż, ksiądz na mszy nie wspomina papieża, biskupów i kardynałów i wszystkich innych dostojników, zanim przejdzie do osoby zmarłego, który przecież, dla mnie, jest kimś bliskim na tyle, żeby poddać się trudom 1000 kilometrowej podróży. Cała dwudziestominutowa msza jest śpiewana przez smętnego człowieczka z towarzyszeniem komputera w stylu disco polo duszoszczypatielno. Taki „Biały miś”, który budzi najgłębsze, prymitywne emocje. Odszedłeś, już ciebie nie ma, ile jeszcze moich bliskich odejdzie, a ja będę musiała płakać. Nie jest możliwe, żeby w oku nie zakręciła się łza.

Ale chwilowo, póki co, jest problem prawego buta, ponieważ nie mam przy sobie szczypiec do grilla (zresztą nie zmieściłyby się do plecaka z najpotrzebniejszymi rzeczami). Proszę towarzyszącego mi syna o zapięcie paska do buta (który z pewnym trudem, w stresie, ale wciągnęłam na nogę bez długiej łyżki). Syn mówi do mnie: — mamo, wysuń nogę do przodu. Odpowiadam mu: — Dziecko, gdybym mogła ją wysunąć, zgięłabym kolano i nie musiałabym prosić ciebie o pomoc. Na szczęście pojawia się moja siostra, która mimo że sprawna, jak każda kobieta chwyta takie problemy w mig i zapina mi nieszczęsny rzep. Jeszcze tylko przetrzymać poganianie, gdy drapuję szal na nowej kurtce przed hotelowym lustrem (muszę jakoś wyglądać, wśród nieznanych mi ludzi, czyż nie?) i można ruszać na cmentarz. Widać wtopiłam się w miejscowy świat , bo płacę za pogrzebową wiązankę połowę tego, co moja elegancka siostra z super eleganckim synem, który nieopatrznie w konkurencyjnej budce za taki sam bukiet (na całym cmentarzu i w okolicy były to jedyne żywe kwiaty, nie sztuczne) zapłacił dwa razy tyle, ponieważ przyznał się, że jest z Warszawy.

Grób jest blisko, nie to co na warszawskim Bródnie, gdy trzeba iść przez pół cmentarza. Zaczyna padać deszcz, jedziemy więc w dwa warszawskie samochody do domu organizujących pogrzeb – ludzi, którzy zrobili generalny remont mieszkania, żeby mój krewny miał miejsce i opiekę na starość — ale nie zdążył zażyć tej opieki i starań, choć sam całe życie opiekował się innymi. Teraz jeszcze wejść i zejść na czwarte piętro bez windy i można wracać w deszczu do Warszawy (z rozpiętym rzepem buta, bo wstyd kogoś prosić). Herbata, ciasto, obiad i kilka kotów: gospodarzy i wielki kot zmarłego, obierają sobie moją osobę, jako obiekt nieustającego zainteresowania. To zabawne, nie mam i nie miałam żadnych zwierząt w domu, ale gdziekolwiek nie pójdę, wszystkie koty są przy mnie. Prywatne i służbowe, jak w Warszawskiej Szkole Astrologii, gdy rozkładały się na zeszycie z moimi notatkami. 

Ad.2. Już od dawna nie jestem w stanie obciąć sobie sama paznokci u stóp. Chodzę więc do pedicurzystki i moje nogi mają o wiele lepszą opiekę i upiększenie niż cała reszta mojej osoby — łącznie z dobraniem koloru lakieru do paznokci. Problem leży gdzieś indziej – mianowicie polega na wdrapaniu się na łoże madejowe, gdzie jestem poddawana (a właściwie moje stopy) zabiegom pilingowania, piłowania, szlifowania, masowania stóp, choć właściwie to, na czym mi zależy — obcinanie paznokci — trwa najkrócej i jest najbardziej banalną czynnością z całego kompletu za 65 złotych. Mojej mamie, leżącej przez długi czas w łóżku przed śmiercią, to ja obcinałam paznokcie, niestety, nie mam córki, która by mi to robiła. Mam więc wypielęgnowane stopy i godzinę czasu na przemyślenia oraz kontemplację upiększeń. I znowu, wracam myślami na działkę, gdzie pieliłam kiedyś grządki, stojąc bosymi stopami w ciepłym błocku (najpierw podlewałam grządki, żeby chwasty łatwiej było wyrywać), a przed nocą opłukiwałam stopy pod zimną wodą z pompy, celowo nie przyglądając się stopom z bliska. I staje mi przed oczami scena, gdy trafiłam do szpitala w Siemiatyczach pewnego jesiennego poranka z rozdzierającym bólem zatkanej tętnicy, a zanim zaaplikowano mi serię zastrzyków rozpuszczających skrzep (tak leczono w tamtych czasach), pewna dobra kobieta przyniosła miskę z wodą i pracowicie obmywała moje zapiaszczone i zabrudzone gliną stopy, bowiem wieczorem nie miałam siły ich umyć, a zanim położy się chorego, musi mieć czyste nogi. Kto wie, ile razy i przez kogą będą oglądane? Jak mawiała moja mama, kobieta musi być zawsze umyta, bo może trafić do szpitala i będzie jej wstyd. Mnie też było... Ta kobieta, salowa, rozmawiała z moim mężem, który przyjechał z Warszawy i gdy dowiedziała się, że wiezie znajomych, którzy chcą przy okazji odwiedzin w szpitalu obejrzeć Grabarkę, poprosiła go, aby przywiózł jej flaszkę świętej wody. Niestety, ja nie miałam złudzeń, że istnieje święta woda, która może mi pomóc; nie miałam nawet pocieszenia w postaci wypielęgnowanych stóp z perłowo transparentnym lakierem. Wiadomo, żadna z tych rzeczy nie uleczy, ale jedna jest milsza od drugiej. Nawet jeśli nie można potańczyć, jak robią to ci na ekranie... 

Katarzyna Urbanowicz

Komentarze: 2

1. dziadostwo • autor: Jerzy Pomianowski (2015-10-22 23:05:05)

Nic się nie da zrobić. Skuteczne operacje stawów, np wszczepianie komórek macierzystych są pełnopłatne, czyli tylko dla kasty panującej.
Mam 60 lat. Do lewej stopy sięgam jako tako, do prawej już ledwo już ledwo. Co będzie dalej?
Od niedawna słyszę że łażę jak stary dziad. Ludzie zaczynają mi ustępować miejsce w autobusie. Za szybko to leci.

[foto]2. Witaj • autor: Katarzyna Urbanowicz (2015-10-23 08:44:11)

Witaj w klubie!