Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2014-01-08

ANNA

Toruńskie pierniki

Korzystając z wolnego czasu wędrowałam ulicami mojego miasta. Pomiędzy blokami zobaczyłam, że z autobusy, który przyjechał na przystanek wyszła moja koleżanka, z którą już od dawna nie miałam kontaktu. Chwilę szłam za nią, ale ona szybko się oddalała i weszła do klatki swojego bloku. Postanowiłam ją odwiedzić, chciałam jeszcze kupić coś do kawy. Weszłam do pobliskiego sklepu i zapytałam sprzedawczynię czy ma jakieś pierniki. W tym sklepie nie było pierników, weszłam jeszcze do dwóch sklepów, w ostatnim udało mi się kupić w końcu pierniki, ale niestety nie moje ulubione toruńskie tylko jakieś inne. Przy kasie płaciłam gotówką, ale w moim śnie miałam dar pomnażania pieniędzy. Myślałam przy kasie 100% patrząc na pieniądze wyjmowane z portmonetki, a banknoty jak w kserokopiarce najpierw powiększały swoją wielkość i nominał, a następnie wracały do normalnej wielkości i zostawał tylko powiększony nominał. Tak z 50 zł robiło się 100, a ze 100zł 200zł. Z kupionymi piernikami usiłowałam odwiedzić koleżankę, ale niestety domofon nie odpowiadał. Wróciłam jeszcze raz do sklepu i kupiłam duże pudło lodów czekoladowo -waniliowych. Spacerując zjadłam piernika, który mi nie smakował i schowałam całą paczkę do plecaka, później wyjęłam lody i zjadłam po drodze prawie pół opakowania tych lodów.
Mój spacer miał jednak swój cel. Zdążałam na jakieś dziwne zgrupowanie i nie udało mi się dokończyć tych lodów, bo dotarłam do jakiejś strażnicy. Wyglądało to trochę jak przejście graniczne. Przed strażnicą musiałam wyrzucić pozostałą część lodów, zresztą i tak były roztopione. Strażnik ubrany w mundur przepuścił mnie przez przejście. Weszłam w miejsce ogrodzone, które przypominało koszary. Po lewej stronie wyłonił się budynek z rampą jak do rozładunku samochodów pomalowany w dziwne graffiti. Na ścianach oprócz rysunków nad drzwiami były napisy : „tu szcza..” „tu sra..” „tu żre..”. miejsce mówiło samo za siebie wszystko było zdezelowane zniszczone odrapane mury. Sterczące druty. W „koszarach” kłębili się niezorientowani ludzie – nowicjusze jak ja pomyślałam i znalazłam budynek mojego zakwaterowania. Sala była przechodnia, na podłodze leżały dwójkami materace. Pomiędzy materacami stały żelazne regały. Gdy weszłam do sali nie było tam jeszcze nikogo, zajęłam materac pod ścianą za drzwiami, tak, że jak drzwi się otwierały nie było mnie widać. Przez salę przechodzili ludzie w różnych „rangach” co było widać po ich zachowaniu. Czułam się jak w korytarzu, ale widocznie w innych salach nie było już miejsca, bo materace pomału zaczynały się zapełniać. Po chwili w całych „koszarach” oprócz naszej sali zrobiło się cicho, jakby gdzieś była zbiórka, spotkanie, o którym jedynie nas nie powiadomiono. Po krótkich naradach paru chłopaków poszło sprawdzić co się dzieje. Znikały kolejne osoby, aż zostałam tylko ja i jakieś dwie dziewczyny. Postanowiłam wyjść na zewnątrz i rzeczywiście szykowały się jakieś ćwiczenia, a mnie rozwiązywały się buty, które ciągle musiałam zawiązywać i jaszcze trzeba było posiadać jakiś plecak i kask. Otrzymałam najmniejszy płytki biały kask – tylko na mnie pasował i gumowy również biały plecak. Dziewczyny z którymi szłam były beznadziejnie ciapowate. Marsz, ćwiczenia, marsz i się obudziłam z myślą, że muszę sobie radzić sama i że szkoda tych roztopionych lodów i że jest super jak pieniądze się same kserują. Pamiętałam jeszcze smak tych toruńskich pierników, których nie udało mi się kupić.

ANNA

Komentarzy nie ma.