Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2007-04-24

Wojciech Jóźwiak

Sweat-lodge na płaski mózg
Plaga plastikowego pseudo-pop-szamanizmu

Szamanizm idzie w masy! Techniki archaiczne oferowane niby w supermarkecie! Indiański szałas potów czyli sweatlodge ("swetlodż") reklamowany i promowany jako środek na płaski brzuch. Plus, na jednych wczasach, ostry wycisk, dieta, masaże i ogólna bio-odnowa. Raczej środek na płaski mózg. Z dwudziestoletnim opóźnieniem także do nas dotarła moda na plastikowy szamanizm i komfortowe szałasy potu na sztucznej trawie marki Astroturf. W USA podobno ktoś takie imprezy robił na pokładzie statku wycieczkowego. Teraz to samo dociera i do naszego kraju, adresów stron nie podam, żeby - tu dwie opcje - nie robić reklamy albo nie obrazić menedżerów, lub i jedno i drugie.

Siła pożerającej wszystko komercji jest jednak wielka i należało się tego spodziewać. Już wcześniej pod handel, w masówkę i rozrywkę poszło chodzenie po ogniu, robione często z marszu, zaraz po tym, jak klienci wysiądą z samochodów, bez przygotowania, po węglach rozłożonych na betonie, w świetle jarzeniówek, z muzyką łupu-cupu; przy piwie? - czemu nie. Sweat lodge z kolei ma tę niewątpliwą atrakcję, że do ciemnego i ciasnego szałasu wchodzi się nago... Co za dreszczyk! Jeśli prowadzący zadbają, żeby nie było za gorąco, to w środku będzie całkiem przyjemnie.

Ale dość ironizowania.

Być może jest tak, że ktoś właśnie przez te rozrywkowe ogłoszenia zainteresował się sweat-lodge'em i chciałby wiedzieć więcej o tej praktyce. Wielokrotnie pisaliśmy o niej w "Tarace"; Google pokazują aż 74 odnośniki. Tutaj wymienię kilka ważniejszych tekstów:

Co warto wiedzieć? Że szałas potu wywodzi się z kultury Indian Ameryki Północnej i u nich wcale nie służył ani higienie, ani rozrywce, ani typowo nowoczesnej trosce o utrzymanie zgrabnej chudości, lecz był ceremonią - właściwie - religijną. Był rytuałem połączenia z przodkami i opiekuńczymi duchami plemienia. Był obudowany licznymi zasadami o charakterze tabu. Nie apeluję tutaj wcale o to, by "zostawić Indianom co indiańskie" (choć takie głosy w Ameryce padały), ani żeby biorąc udział w szałasie potu u nas, w Europie, w jakiś sposób oddawać cześć przodkom Indian. Chodzi mi o coś innego: żeby pamiętać i wiedzieć, że szałas potu jest środkiem rytualno-magicznym o wielkiej mocy, którego nie warto lekkomyślnie psuć. Dostaliśmy od Rodzimych Amerykanów ich skarb - niech więc pozostanie skarbem także dla nas. Choćby z konieczności trochę mniejszym; mniejszym, bo jednak nie zakorzenionym w naszej tradycji. Oni w szałasie potu przeżywali duchowe tajemnice - doceńmy to po to, abyśmy sami choć w części mogli tam mieć dostęp do własnych tajemnic.

Jeśli ktoś szuka w szałasie potu płaskiego brzucha i ostrego wycisku, to gwarantuję mu, że tego nie znajdzie. Dla odnowy i schudnięcia lepsza jest zwykła sauna, do ostrego wycisku także, tym bardziej, że masz tam zainstalowane termometry i widzisz czy jest już 120 stopni czy ledwie 90 i czy możesz już odpowiednio zaszpanować koleżankom swoim rekordem. Ciemny i bez termometru indiański szałas potu do bicia rekordów się nie nadaje. Najwyżej, jeśli ktoś w środku zainstaluje jarzeniówkę. Albo stroboskop. Wszystko można. Hodować kota w słoiku podobno też. (Sorry, znów ironizuję. Ale jak nie ironizować?)

Co pozostaje prawdziwym miłośnikom sztuk rytualnych? Nie przejmować się i robić swoje. Pseudo-pop-szamanizm to przedsięwzięcie z małą przyszłością, ponieważ dla publiczności jeżdżącej na spłaszczenie brzucha i ostre wyciski jest po prostu nieatrakcyjny. Wymaga skupienia, ciszy, niepicia piwa, zamknięcia kamer video. Podczas działań można się zabrudzić, zmarznąć, oparzyć, komary pogryzą i to w gołą część ciała. Nieatrakcyjność i nie-masowość tego co robimy wystarczająco nas chroni i przed gapiami i przed niefortunnymi naśladowcami.

Jak odróżnić wartościowe warsztaty od udawania? Patrz, KTO prowadzi. Jeśli działania takie jak sweatlodge, chodzenie po ogniu, medytacje bębnowe i inne są anonimowe, jeśli nie napisano kto prowadzi, lub przy prowadzącym nie ma żadnej wzmianki biograficznej informującej kim ta osoba jest i jakie ma doświadczenie, albo osoba taka nie budzi twojego zaufania tym, co o niej napisano - w takich razach radziłbym takie imprezy omijać. Sweat-lodge jest działaniem, które wymaga duchowego przewodnika. Ci przewodnicy się nie maskują, nie ściemniają.

Wojciech Jóźwiak
adres
24.IV.2007




Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.