Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2014-12-29

Anna Szymańska

Straszni mieszkańcy stawu

       To był straszny sen!
Byłam gdzieś nad jakimś stawem, a może zbiornikiem ... (?) Nie jestem pewna, w każdym razie woda w nim była ciemnozielona, mulista, a mimo tego - co najdziwniejsze - wszystko było widać pod jej powierzchnią: i jakieś pokręcone rybo-węże, i rybo-jaszczury o smoczych pyskach, których głowy przypominały szkielet ludzkiej czaszki ...
Porażał mnie ten widok, ale się nie cofałam, nie uciekałam. Stałam jak zahipnotyzowana i liczyłam te głowy. Było ich coraz więcej; jedna przy drugiej i tak bardzo ścieśnione, że można było po nich przejść, jak po moście, na drugi brzeg. Powoli, jak na komendę, wynurzały się, by po chwili znowu zanurkować.

Coraz więcej ludzi zbierało się wokół tego stawo-zbiornika. Przez moment poczułam nawet, jakbym była w ZOO, tyle że bez barier i klatek. Powinnam była jednak już dawno uciec, bo moje przerażenie rosło z minuty na minutę, ale nie mogłam. Czułam na sobie oczy tych stworów i coraz bardziej drętwiałam. Tylko myśli przelatywały mi przez głowę, jakby nieczułe na paraliż ciała, i plotły, że być może kiedyś to miejsce było miejscem kaźni ... (?) Może oprawcy wrzucali do tej wody ludzkie zwłoki na pożarcie krwiożerczym rybom ... (?) A może ludzi było tak wiele, że w końcu te ryby nie dość, że zaczęły potwornieć, przybierając postać gadów, to jeszcze w jakimś procencie zaczęły się upodabniać do ludzi ... (?)

Ni stąd, ni zowąd pojawił się mój starszy wnuczek, ale i najmłodszy musiał być gdzieś w pobliżu, bo słyszałam jego głos. W ułamku sekundy jedna z gadzin złapała stopę tego starszego; trzymała ją w pysku i bezczelnie patrzyła w moją stronę. Chciałam wyrwać tę stopę, ale bałam się, że jak szarpnę - to gad wciągnie mi całe dziecko do pyska, więc stałam nieruchomo i czekałam - chyba na cud. Kątem oka widziałam, jak inny z gadów wzniósł się w górę i usłyszałam krzyk kogoś z tłumu, że w jego paszczy jest człowiek.
- Jeszcze żyje! - ktoś inny krzyknął.
Nie dowierzałam własnym oczom. Rzeczywiście, wychylał się i machał rozpaczliwie rękami. W tym samym czasie reszta gadziny poszła w ślady swego "kompana" i też stanęła dęba, a wtedy wyraźnie widać było, że w przewodzie pokarmowym miały po jednym, jeszcze żywym, człowieku.

Byłam jak z kamienia. Spodziewałam się najgorszego, tymczasem właśnie wtedy stał się cud, bo gad puścił stopę wnuczka i - jak na ironię losu - wpił zęby w przegub mojej ręki. Poczułam, jak je zaciska. Wiedziałam, że nie mam żadnych szans, by mu się wyrwać, ale wstrzymałam oddech i czekałam. Tylko że tym razem to już w cuda nie wierzyłam ! Czułam, że zbliża się mój koniec. I tak w tym przekonaniu trwałam, ale inną sobą rejestrowałam to, co działo się wokół mnie.

Nagle wyrósł, jak spod ziemi, mój najstarszy syn - tatuś wspomnianych wyżej wnuczków. Wykonał jakieś dziwne ruchy ciałem, na kilka kroków się oddalił i wtedy ktoś z tłumu krzyknął, że gadzina wciągnęła go pod wodę. W tym samym momencie poczułam, że gad, który zakleszczył mi rękę, zaczął się kurczyć i w końcu przepadł. Moja ręka była cała i zdrowa, ale myśli w głowie szalały: "Mój syn ! Boże ... dlaczego ...? "

Zbudziłam się.

Sen był tak bardzo sugestywny, że nawet spojrzenie w okno nie zatarło w pamięci tego, co w nim przeżyłam.

             B.

  03.05.2013 - godz. 05:00


 

Anna Szymańska

Komentarzy nie ma.