Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2005-02-28

Wojciech Jóźwiak

Dlaczego nie rynek?
Arystokratyczne tęsknoty • Bolesna różnica • Belinda Gore i Andrzej Szyjewski

21-28 lutego 2005

Dlaczego nie rynek? • Arystokratyczne tęsknoty • Bolesna różnica • Belinda Gore i Andrzej Szyjewski

32. (dlaczego nie rynek?)
Skąd się bierze ta niechęć, opór, wrogość wręcz wobec rynku? I jednocześnie do "liberalizmu" rozumianego jako afirmacja rynku? Być może znaczące jest tu coś takiego. Rynek wymaga nieustannego poddawania się ocenie. Tą oceną są pieniądze za to, co sprzedałeś. I nie jest zagwarantowane, że ta ocena zawsze będzie na plus. W rynkowej konkurencji nie ma czegoś takiego, że należy ci się wysoka ocena, ludzkie uznanie, za sam fakt, że jesteś - i że jesteś tym, a nie innym. Nie ma uznania takiego, jak w ustrojach arystokratycznych, gdzie niektórzy dostawali uznanie za "nic" - za samo urodzenie, za goły fakt własnej egzystencji. Odnoszę wrażenie, że odruchowo, w jakiś genetycznie wrodzony sposób, jesteśmy arystokratami i mamy wdrukowane, że uznanie należy nam się za samo to, że istniejemy. A tu tymczasem mam się męczyć, starać, aby czegoś dokonać, i to nie byle czego, tylko czegoś, co innym jest potrzebne i co zechcą ode mnie kupić. Co więcej, starać się muszę nieustannie, nieustannie podlizywać się innym - czyli rynkowi właśnie, bo jak tylko zaprzestanę tych starań, to nie będę miał nic do dania i uznanie innych - w tym systemie liczone w pieniądzach, więc niezbędne, by przeżyć - przestanie do mnie napływać. Więc, przyznaję, to może boleć nasze wrodzenie arystokratyczne dusze: to że nie mamy uznania za sam fakt istnienia, to że musimy się starać o to uznanie u innych, że to staranie się musi być bezustanne i że "zawisimy" pod tym względem od innych. To, przyznaję, może być odczuwane jako upokarzające. ...Ale chyba jeszcze bardziej upokarzające jest, że jako człowiek czyli zwierzę muszę umrzeć - a jakoś wszyscy z tym się godzą. W ten sposób chciałbym zaznaczyć, że wystawianie się na uznanie na rynku jest (prawie) równie nieuchronne, jak to, że trzeba kiedyś umrzeć. (Tylko, że krytycy rynku to wiedzą i dlatego nie atakują koncepcji rynku wprost. Może napiszę o tym kiedyś więcej i na przykładach.)

33. (arystokratyczne tęsknoty)
Chyba rzeczywiście tak jest, przynajmniej w niektórych miejscach, że jang, kiedy go za dużo, zamienia się w in, a in w jang. W samym oku rynkowego cyklonu widzimy wyspy arystokratycznego podejścia, gdzie o wartości człowieka decyduje "nic", czyli bycie tym, kim się jest. Tak można rozumieć zjawisko gwiazd. Które lub którzy nie zawdzięczają swojego uznania - często masowego i przeliczalnego na wielkie pieniądze - ani swojej pracy, ani swoim staraniom, tylko temu, że po prostu są - chociaż oczywiście to "po prostu bycie", kiedy mu się przyjrzeć, zwykle też jest starannie konstruowaną komercyjną inscenizacją. W czystej postaci takimi gwiazdami, które mają uznanie za nic, są top-modelki: które zyskują wielkie uznanie (także finansowe) za walory fizyczne, która przecież mają z urodzenia. Coś z tego ducha ma też kult gwiazd młodo zmarłych - bo śmierć zwalnia je od dalszych starań o uznanie, więc zastygają w tym, co mają - a mają już odtąd tylko za sam fakt zaistnienia.

34. (bolesna różnica)
Rynek. Wolny rynek. Nieustannie dziwi mnie, że te pojęcia są tak nielubiane, że wywołują tyle niechęci, nawet wściekłości. Mam wrażenie, że są bite nie za swoje grzechy. No więc ta potrzeba uznania za nic - tego uznania, które dziecko dostaje od matki za to, że jest, że się urodziło. Ale to dziecko... My, dorośli, chyba powinniśmy wyrosnąć z tego etapu. Albo kiedy się jest dziedzicznym księciem i za to jest się ubóstwianym przez poddanych. Rynek i kapitalizm są faktycznie dalekie od tego, żeby kogokolwiek głaskać za to tylko, że jest. Albo może tak jest, że rynek jest oskarżany za nieustanny brak pieniędzy, który nam dolega, bo to dolega chyba każdemu? Albo za to, że to, co udaje się sprzedać, nie jest tym, czym chcielibyśmy się zajmować? Ale czy bez rynku, albo przy rynku nie całkiem wolnym, byłoby pod tym względem lepiej? - i ta bolesna różnica między tym, co da się sprzedać, a tym, co chciałoby się naprawdę robić, byłaby mniejsza albo by jej nie było? Sam przez lata doświadczałem tego, że to, co mogę na rynku wystawić, to nie to, co mnie naprawdę interesuje. Czy w innej sytuacji, nie rynkowej, mój los byłby lepszy? Za komuny, kiedy nie było obecnego rynku, sprzedawałem swoje usługi jako nauczyciel, ale i jako robotnik-malarz wysokościowy. Za kapitalizmu sprzedawałem usługę codziennych horoskopów czytanych w Radiu Zet, chociaż czynność ta zmuszała mnie do codziennego wysiłku jak przy taśmie i aż nazbyt często nie pozwalała mi zająć się tym, co bym chciał. Jedni na rynku realizują się w całej okazałości. Widziałem przecież mnóstwo zadowolonych z siebie i roześmianych działających na rynku "jowiszowców". Dla innych jest to raczej wyzwanie, bestia, którą trzeba poskromić - tak jest z tym u mnie. Rynek oczywiście rozumiem tu jako konieczność świadczenia takich usług, na jakie jest popyt, takich za które dostanę pieniądze. Jedni trafiają od razu w intratne "społeczne zamówienie", inni męczą się ze swoją różnicą pomiędzy tym, co sprzedać się da, co rynek chce, a tym, coby się samemu chciało. I myślę, że dyskutować właśnie o tym jest rzeczą bardziej sensowną, niż schodzić w doktrynerstwo i fantazjować, czym by ten paskudny rynek zastąpić... Zastępowano go przecież wiele razy, za Lenina, za Gierka, za Castro, zawsze kończyło się jedzeniem kitu z okien. Albo twierdzić, że wolny rynek to utopia, że nigdy czegoś takiego nie było - od tylu rozsądnych skądinąd ludzi to słyszałem.

35. (Belinda Gore i Andrzej Szyjewski)
Dwie książki, które w mijających dniach zacząłem czytać: "Ecstatic Body Postures" Belindy Gore i "Szamanizm" Andrzeja Szyjewskiego. Szyjewski, który w ostatnich latach wyrósł na polskiego etnologa-religioznawcę numer jeden, definiuje szamanizm przez dwie jego cechy: bezpośredni, doświadczalny i "naoczny" dostęp do rzeczywistości duchowej - czym różnią się szamańskie praktyki od typowych religijnych, i działanie na zamówienie społeczne, "świadczenie usług dla ludności" z wykorzystaniem "darów" z Tamtej Strony. Ta rola społeczna odróżniać ma szamana od (samotnego i milczącego) mistyka. Przy takiej definicji neoszamańskie próby mieszczą się w "wielkim" szamanizmie. To mnie podbudowało, podobnie jak połechtało moją dumę to, że autor wymienia moją książkę w bibliografii i cytuje moje zdania w tekście. Miło jest stawać się powoli klasykiem! Ale jaka ma być lub może być ta społeczna rola (...jeśli już mam używać tego paskudnego określenia) szamana obecnie? Przecież nie leczenie duchami, nie przewidywanie pogody ani (nie taki chyba zły przykład?) giełdowych tendencji. Raczej bym widział pracę badawczą. Nowoczesny szaman jako ktoś stojący niedaleko naukowca. Tyle że poznający rzeczy, które poznać można tylko od środka, wchodząc w nie, a nie obserwując z zewnątrz. I właśnie to, co podsumowała w swojej książce Belinda Gore i co robiła jej mistrzyni Felicitas Goodman, to wygląda mi na bardzo bliskie tego naukowego podejścia do szamańskich podróży.

Co zrobiły Goodman i Gore? Idea była taka: Figurki i ryciny będące zabytkami dawnych i pierwotnych kultur przedstawiają często ludzi w osobliwych pozycjach. Niektóre z tych pozycji bywają do dziś przybierane przez współczesnych czarowników czy uzdrowicieli. Zapewne te figurki i ryciny były instruktażem, a wyobrażone przez nie pozycje ciała były faktycznie używane do magicznych celów, ułatwiały ekstazę czyli szamańskie stany świadomości. W odpowiedniej pozycji ciało człowieka służy jako antena dostrajająca się do pewnych stanów psychicznych, wychwytująca pewne "pasma energii" - a może wręcz zestrajająca z określonymi duchami. Jak określić znaczenie i rolę takich pozycji, często znanych wyłącznie z zabytków, bez żywego przekazu? - Doświadczalnie: wchodząc w trans w takiej pozycji. Goodman i Gore przebadały kilkadziesiąt takich pozycji, w książce wymienionych jest 39. Podzielone zostały na uzdrawiające, wróżebne, do podróży duchowych, pozycje przeobrażenia, inicjacyjne, celebrujące i pozycje "żywych mitów". Jedna jest nam, Polakom-słowianofilom, znajoma: to pozycja Światowida, z nadgarstkiem prawej ręki na sercu i lewą dłonią na splocie słonecznym. Tak trzymają ręce wszystkie cztery górne stojące postaci na słupie z Liczkowiec zwanym Świadowidem. Wg. Gore jest to typowa pozycja uzdrowiciela, dająca kontakt z ognistą energią pokazującą się w postaci iskier, gromady dziewcząt lub jednej pięknej młodej kobiety.

Mam wrażenie, że mam już niemal komplet rzeczy potrzebnych do szamańskich podróży:
dźwięk bębna
oddech czyli tlen
wzory wizualizacji (wśród nich sceny z niektórych kart tarota)
szczególne pozycje ciała.
Wciąż jednak czegoś brakuje. Brakuje mi pieśni. Któregoś dnia powiedziało mi coś: "bez pieśni dalej się nie pójdzie. Bez pieśni zginiemy."



c.d.n. za tydzień

WJ. - taraka@taraka.pl

Milanówek, 28 lutego 2005




Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.