Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2016-01-26

Katarzyna Urbanowicz

Spokojny dom (1)

W powieści o tym tytule mój dziadek Benedykt Jacórzyński (pod pseudonimem Jacek Benedyktyński) opisuje „powroty” (niekoniecznie byłych mieszkańców) do Warszawy w 1944 roku. Wspomniałam już wcześniej, że cokolwiek by sądzić o wartościach literackich powieści mojego dziadka, są one pełne najdrobniejszych szczegółów, których na próżno szukać w oficjalnych pracach historyków. Także prawdziwym majstersztykiem są charakterystyki postaci (zmora wypracowań z moich szkolnych lat) głównie dzięki temu, iż dziadek nie sili się na wyważone spojrzenie, a przeciwnie, pozwala rozhulać się swojej krytycznej i kostycznej (żeby nie nazwać ją złośliwą) naturze.

         Oto tacy „powracający”, nie Warszawiacy, ale zamieszkali w okolicy, przy ciuchciowej linii Warszawa—Iwiczna, którzy postanowili stać się mieszkańcami miasta, pokazani są nam w całej szpetocie i śmieszności. Powieść zaczyna się zdaniem: „Wateccy wprowadzili się do domu Rudzikowskich zaraz po ustąpieniu niemieckich okupantów”.

         Pominę dokładny opis domu z ogródkiem, do którego się wprowadzili, muszę tylko wspomnieć, że stanowi on nieco zniekształconą kopię tego, który zajęli moi rodzice. Zniekształcenie polega na powiększeniu domu i ogródka, podniesienie jego standardu, pominięciu wojennych uszkodzeń. Zresztą moi rodzice, inaczej niż Wateccy, byli przedwojennymi mieszkańcami (mama była właścicielką mieszkania przy Al. Szucha 4, które kupiła tuż przed wojną, a z którego została wysiedlona poza Warszawę, do Wawra, z powodu organizacji dzielnicy niemieckiej.) Tak czy inaczej trochę zrobiło mi się głupio przy lekturze, bowiem wyczułam w niej jaskrawy brak aprobaty dla ich postępowania, ale nie mnie dziś oceniać napięte stosunki między rodzicami i dziadkami. W każdym razie dziadek mieszkał zawsze w prywatnie wynajmowanych mieszkaniach do czasu, aż otrzymał mieszkanie służbowe na Pradze, jako inspektor szkolny.

Prawdopodobnie opisany w powieści dom w Wilanowie, gdzie na piętrze wynajmowali mieszkanie moi dziadkowie. Po prawej moja babcia.


A to fragment nieużywanej werandy naszego, nigdy nie remontowanego po wojnie, domu na Bielanach w roku 1957. Od frontu (nie mam zdjęć) widniało wiele śladów po pociskach.

          Wateccy wprowadzili się otwierając wytrychem drzwi (jak zrobili to moi rodzice?) i wynosząc dobytek właścicieli z dużego pokoju i zastępując je własnymi (moi rodzice wynieśli meble i rzeczy na strych) i zakładając własne kłódki. Jak pisze mój dziadek: „W ten sposób transakcja o wynajem mieszkania została dokonana w trybie idealnie bezbiurokratycznym, bez żadnych papierkowych ceregieli, które, jak wiadomo, są plagą każdego jednego obywatela.

         Kto by jednak ośmielił się sądzić, że Wateccy działali bezprawnie, ten popełniłby błąd. Podstawę prawną do wymienionej powyżej transakcji dał Wateckim rozlepiony wszędzie po murach Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, w którym między innymi była mowa o zniesieniu „policji granatowej”. Właśnie to postanowienie stanowiło dla Wateckich podstawę prawną dokonanej transakcji. Nareszcie nie ma już policji! Nareszcie przyszedł koniec na „glinę”! Wateccy dopiero teraz poczuli się wolnymi obywatelami. Serca ich zabiły żywiej. Chwała Bogu – doczekali

         Tu podobieństwa się kończą, choć złośliwie malowany portret członków rodziny Wateckich doskonale pasowałby do niejednego mieszkańca naszej okolicy. Pozwólcie więc, że przytoczę te charakterystyki mimo, iż bije z nich wyraźna niechęć do bohaterów powieści. No i, oczywiście, klasowa pogarda – jak wówczas mówiono.

         „Rodzina Wateckich składała się z trzech osób. Na czele stała stara Watecka, wdowa po dworskim fornalu, kobiecina przysadkowata, baniasta, pękata, kołysząca się majestatycznie na wałkowatych nogach, bardzo mocna w pysku i bardzo bogobojna. W normalny czas chodziła co tydzień do spowiedzi i codziennie świeciła lampkę przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Twarz miała dyniowatą, cokolwiek pomarszczoną, niby skórka podsuszonego jabłka, czoło niskie, z lekka bruździaste, włosy podobne do końskiego owłosienia, czarniawe, ze znaczną domieszką dereszowacizny, a brwi niepokalanie czarne. Spod nich wyzierały oczy koloru orzecha o przeszywających źrenicach. Rzekłbyś – oczy czarownicy! Na imię starej Wateckiej było Agata.”

         Chylę czoło przed tą charakterystyką. Ja nigdy nie odważyłabym się tak opisać kogoś, nawet bohatera negatywnego. Mam świadomość, że ¾ tego opisu (do brwi, oczu i imienia) mogłoby doskonale stosować się do mnie. Cóż, większość starych kobiet tak wygląda i nie jest to ani ich zasługą ani winą, choć współczesna młodzież upatruje w takim wyglądzie winę braku fitness, zdrowego odżywiania i ogólnie biorąc, ogarnięcia się. Wszak na swoje choroby i swój wygląd zapracowujemy sami (tu ironicznie odnoszę się do drugiego mojego bloga w Tarace, „Prababci mniej ezoterycznej” i jej ostatniego odcinka o uzdrawianiu). Chwała więc nielicznym fotografikom, którzy potrafią przedstawić obraz takich osób ze zrozumieniem i swego rodzaju brakiem stygmatyzacji, niejako ponad ich fizycznością. Pokazują nam ich portret jak każdego, zwyczajnego człowieka, posiadającego emocje i myślący mózg – których nie przystoi nam oceniać, przeciwnie, na co patrzymy z wnikliwą życzliwością. Co nie zmienia faktu, że na wiele lat utkwiła we mnie negatywna ocena mojej mamy, gdy wróciłam po urodzeniu bliźniąt do domu i trudno mi było pozbierać się fizycznie i psychicznie: „Wyglądasz jak własna służąca”. Rozumiem teraz lepiej z jakiego pnia taka charakterystyka wyrosła,

         Ale przejdźmy do opisu innych członków rodziny Wateckich. „Drugą osobą rodziny Wateckich był syn Agaty Wateckiej. Kuba Watecki – mężczyzna już po trzydziestce, wzrostu więcej niż średniego, ciemnoblondynowaty, na czubku nieco podłysiały, gołowąsy a raczej golonowąsy, ponurowzroczny i patrzący na ludzi podejrzliwie i spode łba niby jakiś zbój”

         Kuba miał paskudnie zniekształconą dłoń powstałą w wyniku przepychanki z bratem, która zaowocowała uderzeniem siekiery w rękę usiłującą przytrzymać przedmiot sporu. Wydarzenie miało miejsce przed wojną, jednakże okazało się dla delikwenta pomyślne. Po pierwsze uniknął powołania do wojska, po drugie po wojnie zarejestrował się jako inwalida wojenny i komisja lekarska przyznała mu rentę inwalidzką z tytułu 60-procentowej niezdolności do pracy. Równie niemiły jest portret siostry Kuby, Zuzanny, więc oszczędzę jej opisu.

         Potem wszystko się komplikuje. Przyjeżdżają właściciele domu, para nauczycielska, którzy wybudowali go, aby spokojnie żyć na emeryturze i mimo niechęci, pozbawieni życiowej przebojowości, zmuszeni są do zaakceptowania nowych lokatorów, którzy uzyskali już nakaz kwaterunkowy. Kolejno dokwaterowani do domu są rozmaici oficjele. Wszystkie te osoby prowadzą raczej niespokojny tryb życia i reprezentują nowy typ człowieka: drapieżny, goniący za profitami, pozbawiony refleksji i kultury w jej najbardziej podstawowym wymiarze. Szczęśliwie jednak wyprowadzają się do lepszych mieszkań. W końcu zasób mieszkańców domu stabilizuje się. Jednymi z nich w staje się inna znajoma właścicielom para nauczycielska z córką, tym razem wynajmująca za zgodą właścicieli dwa pokoiki na piętrze. Prawdopodobnie mój dziadek opisuje tu swoją rodzinę, wynajmującą w tamtym czasie mieszkanie w Wilanowie przy linii wąskotorowej ciuchci.

         Osią intrygi jest pewna teoria (którą dziś nazwalibyśmy teorią spiskową) dotycząca rzekomego wpływu właścicieli i sąsiadów na dymienie nowo zainstalowanego przez Wateckich kaflowego piecyka. Nie da się ukryć, że dla mojego dziadka sprawa była istotna zarówno jako przykład panoszenia się „nowych” mieszkańców wobec starych i zasiedziałych właścicieli, ale i w szerszym kontekście, jako terror prymitywnych cwaniaków wobec ludzi poważnych, zrównoważonych i inteligentnych. Czasami (w moich oczach) dość żałośnie brzmią cytaty z filozofów i klasyków w odniesieniu do zachowań owej niby „klasy robotniczej” czyli ludzi umiejących wykorzystać profity nowej rzeczywistości. Tej goryczy mojego dziadka można przypisać nieładne czepianie się zewnętrznego wyglądu tych osób, ale z drugiej strony trudno mu się dziwić. Przedstawiciel inteligencji, mającej wiele do powiedzenia w małych miasteczkach, owiany etosem nauczyciela i wychowawcy maluczkich, nagle zmuszony jest do konfrontacji z cwaniakiem, za nic mającym wykształcenie, przyzwoitość i uczciwość.

         Tu opuszczam rolę literackiego krytyka i wczytuję się w śmieszne teksty. Jako ktoś, kto wyczulony jest na sens i brzmienie słów, chichoczę przypominając sobie nowomowę lat czterdziestych. Wszak tak właśnie mówiono na mojej ulicy – Lesznowolskiej. Swego czasu, jako młodą studentkę zaaresztowano mnie za fałszywe zeznania: (Raz pani mówi że pani mieszka na Lesznie, raz że na Wolskiej, a w ogóle pani mieszka w Brwinowie i...) Niemniej ulica Lesznowolska na Bielanach (które kiedyś nie mieściły się w granicach Warszawy i nazywano je przedmieściem – podobnie jak Wilanów), była ulicą z gazowanymi latarniami i żwirową drogą (którą wzdłuż naszego płotu odśnieżałam z obowiązku), ulicą, na której się wychowałam i którą kochałam aż tak, iż do dziś po nocach mi się śni jako MÓJ DOM.

         Ale wracam do powieści dziadka. Jak pięknie staroświecko brzmią takie frazy: „puszyła się jak wesz na aksamicie” albo już skażona nowomową: „On ma pozaoczną świadomość okoliczności” czy „okoliczność zamaskowana rządowo”. Ech, te czasy, ten język, te słowa barwne i dziwaczne... Ten PRL (zwłaszcza wczesny, z lat czterdziestych i początku pięćdziesiątych) zakwitał tak zwaną nowomową, poetycką i bezsensowną, niedocenioną do dziś. Gdzie już można przeczytać takie frazy, jak w powieści mojego dziadka!?

         „Mamusia jest delikatna i wszystko owija w bawełnę, a ja rąbię w oczy. Już jestem taka. Taki mam charakter. Kacper się gniewa nie tylko za okoliczność w oczy ale za okoliczność poza oczy – wypowiedział swoją uwagę Kuba. – On ma pozaoczną świadomość okoliczności.

         — A co ja takiego gadam poza oczy? – obruszyła się Zuzanna.

         — Nie wiem – odpowiedział Kuba – Dla mnie pozaoczna sytuacja zamaskowana jest niedostępnością.

         Zuzanna obruszyła się jeszcze więcej.

         — Widzę, że ty trzymasz jego stronę. Zapominasz kto ci daje utrzymanie. Ze swoją inwalidzką rentą poszedłbyś pod kościół.

         — A ty zapominasz – odciął się Kuba – że moja męska okoliczność poddaje cię pod moją podporę.”

         Kocham słowa i ich dziwaczność. Kocham dwuznaczności wszelakie, ich świeżość, chociaż, niestety, w swojej miłości do słów jestem nieodporna na brak zrozumienia i na krytykę. Ale przeboleję i może ktoś doceni ten cudowny język wczesnego PRL-u, uwieczniony przez mojego dziadka. Ja się wychowałam wśród tych fraz i ja je odczuwam cieleśnie prawie – jeśli nie emocjami. I rozumiem mojego dziadka, który ten dialog podsumowuje słowami Łukasza Górnickiego: „Ergo incipiamus”, choć już co nieco łaciny z czasu studiów zapomniałam. Łacina nadaje stateczności, wszak Nihil novi sub sole (nic nowego pod słońcem).

         Wracam więc do dialogów rodziny Wateckich. Pewnego dnia piecyk zaczyna dymić, co staje się początkiem skomplikowanej teorii spiskowej.

         „— Mamusiu, co to jest? – spytał. — Jaka tu pękła okoliczność? Co u Boga Ojca?

         — A dymi się i dymi — odrzekła Watecka, zła jakby zjadła diabła i zakaszlała się długim, już nie dychawicznym, lecz kokluszowym kaszlem.

         — Jakaś musi być lojalna przyczyna — osądził Kuba. — Przecież dotychczas cug był jak cholera.”

Albo takie teksty:

         „ — Mamusia też ma czasem więcej mądrości niż rozumu. Przecież powiedziałem, że może tu być okoliczność przypadkowa! Taka jest zamaskowana.”

„— O, jakby to była faktyczna prawda, to ja bym tego dziada uskutecznił lakonicznie! — zagulgotał Kuba okoliczność  i obciągnął na sobie marynarkę”

         „— Ta okoliczność musi być detalicznie zaobserwowana. Na razie postępujmy tylko obserwacyjnie i z lojalnym zamaskowaniem”

„— Niech mamusia otworzy okno! – rozkazał Kuba. — Taka lojalnie zadymiona okoliczność przecież dusi”

         Rodzina zastanawia się jak to się dzieje, że u nich kuchenka dymi, a u właścicieli, Rudzikowskich, mieszkających wyżej, na piętrze, nie.

         „Stara Watecka utrzymywała, ze Rudzikowski tylko podsłuchuje, kiedy ona zaczyna palić i zaraz pali u siebie. Wobec tego dwa dymy nasuwają się na siebie, mieszają się ze sobą, kręcą się jak kto głupi, a w końcu, zamiast wylecieć na dwór trafiają do kaflowej kuchenki i tu dalej się gżą. W dodatku pali na pewno łętami, żeby dym bardziej śmierdział.”

         Ale okazuje się, że kanały kominowe są dla każdego paleniska oddzielne. Więc podejrzenia komplikują się, choć snute są dalej:

         „Otóż Rudzikowski wybił dziurę gdzieś nisko, albo w komorze albo w piwniczce albo i w kuchni w jakimś kącie zamaskowanym skrytością. Przez tę dziurę wtrynił na nasz kanał kominowy albo taki mieszek kowalski i wciąż nim dyma, albo taką deskę na sprężynie i tylko pociąga za sznurek, a deska dym zawraca, albo elektryczny wiatraczek i tylko pstryk! — a wiatraczek już się kręci i lojalnie puszcza wiater i psuje ciąg powietrza”

         „Rudzikowski musi wpaść w okoliczność kryminalną i pójść tam, gdzie idą wrogowie ludu. Wtedy rzucimy w kibini mać nasz pokój i przeprowadzimy się do jego mieszkania. Mogliśmy to, co prawda od razu uskutecznić, ale byliśmy zanadto delikatni... Nie, nie! I tak skończymy lojalnie tego obszarnika-kapitalistę! Cholerny wyzyskiwacz, krwiopijca! Na razie, podług mnie konieczne jest tylko detaliczne uskutecznienie lojalnie zamaskowanej obserwacji, aby go nakryć w sytuacji.”

         W domu pojawia się kominiarz okresowo sprawdzający stan wentylacji i rozpoczyna się rodzinna dyskusja czy poczęstować go wódką, czy lepiej nie.

         — „Gdzie tam on teraz będzie pił wódkę! — zaśmiał się sardonicznie Kuba. — Mógłby skręcić kark w okoliczności kominowej. To dopiero byłaby lojalna chryja! I śledztwo na mur-marmur! Gdzie? Kto? Kiedy? Częstował go wódką w czasie służby. Mamusi czasem w głowie zajączki się... dryndolą. Zapytać go można, owszem! Okoliczność pytaniowa jest zawsze dopuszczalna. Ale bez wódki! Sytuacja okolicznościowa nie jest jeszcze lojalnie dojrzała do oblania wódką.”... „ —I ja nie powiem, żebym nie słyszał inaczej ale dostosowalność do okoliczności podejścia z nastawieniem zamaskowanej delikatności jest kiedy niekiedy lokalnie wskazana w sytuacji szacunkowej— wyjaśnił Kuba.”

         Za mojej młodości tzw. „mówienie Wiechem”, w przeciwieństwie do współczesności nie było otaczane estymą, przeciwnie, krzywiono się na nie. Z perspektywy czasu fakt wręcz lubowania się przez mojego dziadka jedną z wielu odmian takiego języka, łączącego przedwojenną gwarę warszawską z rozkwitającą urzędową nowomową tamtych czasów jest czymś zastanawiającym, zwłaszcza, że ów Kuba jest postacią raczej negatywną. Ale wracając do fabuły powieści: oczywiście kominiarz radził przeczyścić amatorskie połączenie starego, kaflowego pieca z nowo zainstalowaną kuchenką, ale pomysł ten został z góry odrzucony.

         Pominęłam inne okoliczności, które rodzina Wateckich interpretuje jako spisek Rudzikowskich i pozostałych lokatorów. Chociaż rzecz jest błaha i śmieszy, stanowi doskonałe przedstawienie sposobu myślenia, z którego wynikają wszelkie teorie spiskowe (w czasach gdy powieść pisał mój dziadek to określenie nie było znane i używane, tym większa więc jego zasługa).


Katarzyna Urbanowicz

Komentarzy nie ma.