Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-09-11

Wojciech Jóźwiak

Snyder, Kraje we krwi

Przeczytałem, jeszcze nie do końca, bo książki o historii czytam na wyrywki, książkę Timothy'ego Snydera pt. "Skrwawione ziemie", od paru miesięcy recenzowaną w mediach. Tytułowe "kraje we krwi", bo i tak można przetłumaczyć tytuł, to tereny objęte podczas II Wojny Św. na przemian obiema okupacjami, niemiecką i sowiecką. Okres objęty książką zaczyna się wcześniej niż IIWŚ, bo z początkiem lat 30-tych, od objęcia władzy przez Adolfa Hitlera (styczeń 1933) i sprokurowania Wielkiego Głodu (Hołodomoru, 1932 - 1933) przez Stalina na Ukrainie. Książka traktuje o masowym zabijaniu na tym terenie i w tym czasie. Liczbę zabitych Snyder szacuje na 14 milionów, przy czym nie wlicza żołnierzy poległych podczas działań wojennych - skupia się tylko na zabitych bezbronnie. Od umyślnego głodu (najliczniejsza przyczyna), strzału, gazu itd.

Strefa podwójnej sowiecko-niemieckiej okupacji pokrywa się z dwoma innymi geo-historycznymi bytami. Po pierwsze: z dawną I Rzeczpospolitą. Dlatego historia masowego zabijania z lat 30 i 40-tych okazuje się być dalszym ciągiem historii Polsko-Litewskiej Unii. Unia nie padła w 1795 roku w III rozbiorze. Jako społeczno-historyczna formacja trwała - i jak się okazuje, była aż tak zagrażająca dla mocarstwowych sąsiadów, że mało im było likwidacji państwa (najpierw oryginalnego, a potem, 1-17 września 1939, jego następnego wcielenia) i postanowili wymordować jego ludność. Z Polaków elitę, z Żydów wszystkich, z Ukraińców i Białorusinów tylu, żeby reszta była posłuszna. Co pośrednio świadczy o tym, że Rzeczpospolita, nawet nieobecna na mapie i w urzędach, trwała w świadomości potomków jej mieszkańców. Nawet jeśli nie był to polski ziemianin, a żydowski krawiec z Mińska lub ukraińskich chłop spod Żytomierza. Dziedzicznie zarażeni jej (wolnościowymi? "łacińskimi"?) ideami ludzie byli (wraz ze swoimi małoletnimi dziećmi) postrzegani przez stalinów i hitlerów jako śmiertelne zagrożenie mogące ewentualnie zniweczyć ich sadystyczno-arymaniczne marzenia. Wojna Stalinohitlera z cieniem Rzeczypospolitej była wojną idei. Idee arymanicznych agresorów rozpoznawały siebie jako aż tak słabe, że żeby wyprzeć ideę konkurencyjną, nie wystarczało im jej oduczyć, zakrzyczeć, ośmieszyć - konieczne okazywało się zabicie jej nosicieli. Żydzi spośród ludów Rzeczypospolitej byli w tym rozpoznaniu najgroźniejsi, bo reprezentowali najdłuższe (wieczne?) trwanie.

Po drugie, podwójna sowiecko-niemiecka okupacja pokrywa się ze strefą legalnego zamieszkania Żydów w Rosji w okresie carskim - ściślej, "gubernie żydowskie" zawierają się, pozostawiając małe obrzeża, w terytorium dawnej Rzeczypospolitej. Co przyczynkiem do wspólności polskiego i żydowsko-aszkenazyjskiego losu. Którą to wspólność Stalin swoją demoniczną smykałą musiał widzieć i by wbić w nią klin, nasłał na swoją kolonialną Polskę komunistów Żydów jako swoich gaulajterów, podczas gdy u siebie żydowskich "towarzyszy", najpierw wykorzystawszy do brudno-krwawej roboty (skądinąd ciekawe, że tylu było chętnych) starannie wyeksterminował.

Książka Snydera przypomina - jako kolejna z wielu - na jakich polach śmierci przyszło nam się urodzić. Niby wiemy, pamiętamy (pomijam recepcję tej, przez Anglika napisanej, książki na Zachodzie, bo to co innego), ale z tym wiedzeniem-pamiętaniem jest trochę jak z tymi młynarzami, co spali przy turkocie, a budzili się, gdy młyński mechanizm przypadkiem się zatrzymał. Nasze świadomościowe tło tamtych pól śmierci zwykle nie jest uświadamiane, a jednak działa na nas, tak jak można nie być świadomym ukrytej choroby, ale idące od niej toksyny zatruwają i ciało i umysł. Kolejne pokolenie budzi się z krzykiem "Jak to?" i próbuje jakoś się z tego otrząsać, oswajać, zwykle nieudolnie. Lub perwersyjnie. Rzucać winę na nie tych...

Wydaje mi się, że problem skrwawionych ziem, pól śmierci, nie został dotąd intelektualnie opanowany. Dotąd nie mamy dobrego języka na ujęcie tego, co wtedy się działo. Literackie mitologie wymyślane później w większości budowane były tak, żeby osłabić grozę, złe uczucia choć trochę przerobić na dobre, optymizmu dolać. Należą tu i (z PRL-owskiej popkultury, idiotyczni) "Czterej pancerni i pies", jak i zadęty na europejskie dzieło (dość plugawawy) film "Europa, Europa", gdzie i Rosjanie i Niemcy są dobrzy, Żydzi przeżywają, a zdrajcą szwarccharakterem słusznie ustrzelonym ("dobrze mu tak!") jest Polak.

Snyder celowo pisze o "masowym zabijaniu", a nie używa słowa "ludobójstwo", wyjaśniając, że definicję tego terminu (przez Rafała Lemkina) sowieccy prawnicy, sami jak mało kto umaczani w masowym zabijaniu, przerobili tak, żeby nie obejmowała morderstw z uzasadnieniami klasowymi i ekonomicznymi. Wymordowanie "burżujów" i "polskich panów" więc już w myśl norymberskiej definicji ludobójstwem nie jest! Zbrodnia Katyńska dla Rosjan była ludobójstwem, gdyby, jak zrazu kłamali, katami byli Niemcy. Kiedy nie dało się ukryć, że mordowali oni, ludobójstwem dla nich przestała być.

Umarli milczą, przekazów dokonują ci co przeżyli, a oni, choćby najbardziej pokaleczeni, jednak żyją. Z tego banalnego powodu głos umarłych jest słaby. Masa uczuć grozy, przerażenia, rozpaczy i bólu mordowanych, nawet pomnożona przez czternaście milionów, znikła razem z życiem zabitych i jej nie ma. Pamięć o nich, ze strony tych przeżyłych, czy w formie żalu czy wyrzutów sumienia, też jest słaba i dość łatwo ją rozbroić, przez apele poległych i uroczyste mauzolea. Po masowym zabijaniu pozostał inny gorszy i trwalszy spadek: żyjący mordercy. Którzy w większości tamten czas przeżyli. (Niemców jako wojennych zbrodniarzy zabito lub odizolowano w więzieniach niewielu; Rosjan i innych Sowietów nie sądzono ani skazywano wcale, a jeśli tak, to za sprawą perwersyjnego przypadku i nie za to, co uczynili; przeciwnie, typowo przed nimi były zaszczyty, emerytury, władza i pycha.) Żyjący mordercy płodzili i rodzili dzieci, wspominali (lub nie) swoje dawne dobre czasy, zasiewali w umysłach rodzinne i nie-rodzinne przekazy. Zasilali ideosferę swoich społeczeństw-narodów swoją zbrodniczą perwersją. Nie wydaje mi się, żeby uczynili jakiś żal za grzechy, jakąś ekspiację. Jeśli niektórzy tak, to mało było ją słychać, nie przedzierała się do mass-świadomości.

Mój ojciec i dziadek, ojciec ojca, siedzieli w sowieckich łagrach, potem walczyli na włoskim froncie. Matka była mała, ale jej starszy brat siedział w niemieckim więzieniu. Dziadek mojej żony zginął w Powstaniu Warszawskim. Rodzina ojca, która pozostała po sowieckiej stronie Ukrainy, zaginęła w latach 30-tych; czy umarli od głodu, kuli, mrozu chyba nigdy nie będzie wiadomo. Zawsze mnie interesowało, jak wyglądał rodzinny pokoleniowy przekaz opowieści, historii i życiowej mądrości w rodzinach, gdzie ojciec w SS gonił ludzi do gazu. Ojciec czy matka w bojówce UPA podrzynali gardła swoim polskim sąsiadom i ich dzieciom. Ojciec jako gieroj krasnoarmiejec gwałcił niemiecką dziewczynę lub trzymał wyrywającą się, dla kolegi. Ojciec "stary komunista" wyrywał paznokcie żołnierzom AK. Strzelał w tył głowy więźniom. Pisał dokumenty nakazujace i stwierdzające zabicie i zatarcie śladów. Wybierał swoich na śmierć. Mieszka na daczy, którą dziadek dostał za zasługi dla politycznej policji. Dziadek, babka, prababka głosowali na NSDAP w 1933. Działali w "aparatach". Lub gdzie poeci, których podziwiać uczył się w szkole pisali dytyramby Stalinowi.

Sto lat przed tamtym czasem Mickiewicz napisał: "plemię zwycięzców zbrodniami zatrute". Ale tamte zbrodnie - chodziło o wojnę Rosji z secesjonowanym polskim Królestwem Kongresowym 1930-31 - były z tysiąc razy mniejsze liczbowo. I już wtedy poeta nie wiedział, co z ich pamięcią i "zatruciem" zrobić, jak je zintegrować. Bo napisał: "karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute, Bóg wysadzi tę ziemię". Wzywanie boga jest przejawem ludzkiej narracyjno-dyskursywnej bezradności. Modła o "wysadzanie tej ziemi" jest niestety ujmą dla Mickiewicza i "kiksem" na tle jego poezji - bo trudno wymyślić coś idiotyczniejszego. Jednak jest w tym głupim miejscu tego wiersza myśl, która teraz dotyka jeszcze bardziej: coś musimy zrobić, jakoś musimy żyć w naszym świecie, chociaż w jakimś procencie zaludniają go bliźni, których samych (coraz nieliczniejszych i coraz bardziej nad grobem) lub ich przodków, biologicznych lub ideowych, zainfekowały "zbrodnie zwycięzców" wraz ze zbrodniami pobitych i chcących przeżyć, jedni za wszelką cenę, inni za satysfakcjonująca zapłatę; i w ogóle ta toksyna mentalną, która sprawiła, że lata 30-40 wyglądały właśnie tak.

Masowe zabijanie lat 30-40 zostawiło, prócz mentalnego zatrucia, minę: wykreowało elitę władzy, neo-szlachtę, wciąż aktualną, chociaż oczywiście ewoluującą. Głównie w Rosji, ale w jakimś stopniu dotyczy to nie tylko innych post-republik sowieckich, ale i Polski.

Czytając Snydera zastanawiałem się, jak to się stało, że zabijanie ludzi, których zaliczono do pewnej kategorii - "Żyd", "Polak", "kułak", "burżuj", "socjalnoopastynyj elemient" - w pewnym momencie stawało się dopuszczalne i legalne, chwalebne i nakazane. Homo sapiens w ogóle jako gatunek ma genetyczną właściwość zabijania współ-gatunkowców, co jest znaną rzeczą i sam w Tarace o tym pisywałem. Jednak czym innym jest "pospolite" indywidualne zabójstwo i czym innym nawet jest wojna, gdzie uzbrojeni mężczyźni zabijają "drug druga" dla grupowego interesu - niż niebitewne, z zimną krwią (Auschwitz, Katyń), lub podstępne (Parośl, itp.) zabijanie ludzi, zaplanowane i z "wyższą" intencją. Kiedy to się zaczęło, gdzie był precedens? Coraz bardziej wydaje mi się, że była nim rewolucja 1789 we Francji, do dziś perwersyjnie czczona narodowo we Francji 14 lipca. Rewolucja Francuska i jej interpretacje wdrukowały ideę (mem, topos, stereotyp, kliszę?), że aby nastąpił wyczekiwany postęp i wyczekiwane moralne udoskonalenie ludzkości, część ludzi trzeba zabić, i to nie z powodu ich złych czynów, tylko z powodu ich określonej przynależności - przynależności uznanej za będącą przeszkodą w postępie Dobra. Zabijać dla Dobra, to był tamten ideowy wynalazek, który był akceptowany powszechniej niż może się wydawać. Nie tylko za węgielny kamień umieścili go w fundamentach swojego komunizmu Marx z Engelsem, nie tylko nawoływali doń, literackim jadem czkając, Wołodia z Adolfem, ale i np. Stanisław Ignacy Witkiewicz, wkrótce zanim stał się samo-ofiarą tamtej zaczynającej się na jego oczach Rzezi, w pewnym napisanym już pod koniec życia tekście ubolewał, że Polska, którą życzyłby sobie widzieć duchowo naprawioną, a która jest jednak taka jaka jest, byle jaka, byłaby lepsza, gdyby "gilotyna u nas solidnie popracowała". Też przywołując cienie, przypominam sobie, z jakim entuzjazmem o Rewolucji Francuskiej uczyła nas nauczycielka historii w podstawówce, niewiasta wtedy około sześćdziesięcioletnia, więc urodzona około 1900 roku, która za młodu jako wolontariuszka ratowała męczonych dyzenterią żołnierzy-rozbitków uciekających przed bolszewikiem. Była z ziemiańskiej kresowej rodziny, od komunistów stroniła, chodziła na msze, ale jak widać entuzjazm dla Robespierre'a wspólny był komunistom, demokratom, wolnościowcom i patriotom.

Tu ten temat rzekę przerwę.

Wojciech Jóźwiak


Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.