Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2016-02-05

Anna Szymańska

Sny dzień po dniu

       Wyśniłam 3 sny (dzień po dniu), które choć wciąż są dla mnie zagadką, to jednak czuję, że za ich sprawą zobaczyłam jakieś tam "światełko w tunelu"... 
Zanim się pojawiły - doświadczałam trudnych chwil, które przemilczę. Powiem tylko, że tamten CZAS, z którego macek myślałam, że się nie wyrwę, należy już do przeszłości (oby na zawsze!), a to, co zdawało się być totalną beznadzieją, zaczęło wychodzić na prostą. 
Dokładnie w tym czasie ZMIAN, w które nie do końca chciałam uwierzyć, by nie zapeszyć, przyszły do mnie te sny...

          Dzień pierwszy
(B. - 16.01.2016, godz. nie zapisałam)

       Pamiętam tylko twarz Wojtka. Tylko twarz, jak na portrecie, ale żywą. Jej oczy przewiercały mnie na wskroś, potem twarz ta rozwiała się - oczy też.

        Dzień drugi 
(B. - 17.01.2016, godz. 04:30)

       Dziwnie poszarpany sen. Same strzępy bez fabuły.
Jestem w jakimś pomieszczeniu... Czuję niepokój... Otwierają się drzwi - wchodzi Wojtek, patrzy w moją stronę i uśmiecha się. Ubrany jest trochę dziwnie: na głowie ma czapkę, która kształtem przypomina tę, jaką nosili kozacy siczowi, z tą tylko różnicą, że ta była biała i pełna jakichś fioletowych esów-floresów. Płaszcz, który sięgał mu do kostek, był - jeśli chodzi o kolor i te dziwne fioletowe znaki - zwierciadlanym odbiciem czapki.  
Potem jest jakaś dziura niepamięci, a po niej - Wojtek znowu się zjawia. Idziemy ramię w ramię. Dużo mówi. Słucham uważnie. W pewnej chwili robi krok do tyłu, czego nie zauważam, i podnosi mnie wysoko w górę - tworzymy figurę rodem z baletu! 
Chyba się "rozdwoiłam" (wyszłam z siebie?), bo jestem świadoma tego, że jest nas dwie: ta w górze i ta "ja" na dole, która patrzy na siebie i Wojtka. Czuję ciepło i spokój. Chciałabym, żeby ta chwila trwała wiecznie, choć nie wiem, do której z nas należy to odczucie - do tej, co na dole, czy tej, co na górze? 

       Dzień trzeci 
(B. - 18.01.2016, godz. 06:00)

      Przyjechałam do jakiegoś miasta, nie wiedząc, po co, a potem nie mogłam z niego wyjechać. Wszystko w nim było jakieś dziwne, zwłaszcza ludzie: sunęli wolno, jak obłoki, a twarze - bez wyrazu - przypominały widma... cienie... zjawy... (?)
Zapadał zmrok, a ja wciąż biegałam po zakamarkach miasta i szukałam przystanku do Katowic. Zaczepiałam każdego, kto stanął mi na drodze, ale każda z tych osób sprawiała wrażenie, jakby mnie albo nie widziała, albo nie słyszała. Wpadłam w panikę, kiedy stwierdziłam, że kręcę się w kółko. W dodatku okazało się, że mój bagaż i torebka gdzieś wyparowały. Wciąż się kręcę tu i tam, coraz bardziej skołowana i trafiam do jakiegoś pomieszczenia i wtedy zjawia się - ni stąd, ni zowąd - Wojtek. Trzyma w ręku jakąś książkę (zeszyt?), potem otwiera ją i sunie palcem po kolejnych stronach, i coś mi tłumaczy. Nie widzę liter, ale czuję, że jestem już bezpieczna. W tym momencie zjawia się kobieta przy kości. Nie wiem skąd i dlaczego, ale czuję, że to ona zwędziła mi torbę, więc strzelam:
- Gdzie ją schowałaś?
Była zaskoczona i przyznała, że ją ma, a mnie zalało jakieś ciepło...



  

Anna Szymańska

Komentarzy nie ma.