Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2012-11-07

Katarzyna Urbanowicz

Śmierć Stalina

Niedawno w filmie pokazywano jak ludność Korei Północnej szlocha na placu przed portretem Kim Dzong Ila. Szczególnie smakowite kadry pokazywały histeryzujące młode, ładne Koreanki, w swoim żalu osuwające się na ziemię, nie baczące na deszcz i słotę. Śmierć wzięła go z mojej półki. Młodzi komentatorzy kompletnie nie rozumieją tej histerii, tych szlochów w kraju zniewolonych ludzi.

To proste dla nich — tak ludność kraju zmanipulowano. Od dziecka wychowana w przedszkolach, często tygodniowych, karmiona propagandą, poddana dyscyplinie, tępiona za każdy przejaw indywidualizmu i odmienności, recytująca bzdurne teksty – po prostu wyprano im mózgi.

Już wcześniej pokazywano wiele filmów  o Korei Południowej nacechowanych kompletnym niezrozumieniem emocji, jakie tam grały. Trudno bowiem sobie nam wyobrazić, łatwiej skwitować: — Ot, żałośni ludzie z ich żałosnymi, ograniczonymi uczuciami! Normalny człowiek tego nie pojmie. Taki skansen.

         Ja te filmy z Korei Północnej oglądam jako deja vu swojej młodości.

Posłano mnie do szkoły w roku 1947, gdy nie miałam jeszcze sześciu lat, ponieważ byłam dzieckiem nadpobudliwym i nikt nie mógł ze mną wytrzymać. Na sumieniu mam mnóstwo rozmaitych psot i niezręczności, jeśli przewracałam się – a było to często – to od razu pociągałam za sobą cały wieszak z ubraniami (w tamtych latach stały w klasach wzdłuż ściany) i demolowałam urządzenie klasy, przewracały się ławki, wypadały z nich wpuszczone szklane kałamarze, do których co dzień woźna nalewała świeży atrament z wielkiej butli. Atrament plamił klepkę podłogową pastowaną wiórami wosku.

Najgorsza z tych afer, z gatunku tych, które potwierdzają opinię, że „nic tak nie plami jak atrament” wprawiła w przerażenie moją rodzinę.

         Z pewną koleżanką wpadłyśmy na pomysł, żeby w podręczniku z figurującym na pierwszej stronie portretem Stalina, domalować mu wąsy, jak u kota. Pierwsza spostrzegła to bluźnierstwo moja mama. Blady strach padł na rodziców. Uważali, że za coś takiego mogą zostać aresztowani, zwłaszcza, że ojciec pracował w Instytucie Lotnictwa przy niektórych tajnych projektach przynosząc plany do domu i „służby” czasem wpadały do nas kontrolując sposób przechowywania tych dokumentów. Przewracali czasem dom do góry nogami. Co by się więc stało, gdyby przy okazji na przykład trafili na podręcznik ze Stalinem z domalowanymi wąsami!

Mama wyrwała kartkę z podręcznika i spaliła ją pod kuchnią. Wyrwała też następną, na której odcisnęły się wodniste ślady atramentu. Potem jednak zastanowiła się: brak portretu Stalina w podręczniku wcale nie załatwia sprawy – nie wiadomo co gorsze: Stalin z wąsami czy jego brak. Wrzuciła więc cały podręcznik pod kuchnię. To samo zrobiła mama koleżanki.

Ale powstał następny problem: jak zdobyć brakujące podręczniki? Nie kupowało się ich, tylko dostawało z przydziału i trzeba się było z nich rozliczać, a na koniec roku oddawać. W dodatku podręczniki przepadły dwu koleżankom z jednej ławki – to naprawdę zdaniem szkoły wymagało śledztwa. Mamy wymyśliły nam opowiastkę o tym jak poszłyśmy uczyć się nad Wisłę i podręczniki utopiły się nam w wodzie. Ale kto takie dzieci puszcza same nad Wisłę? I w dodatku odległą o parę kilometrów!

         Kłamstwo miało jeszcze inne luki, więc zaczęło się dobrze, ale potem nie byłyśmy w stanie oprzeć się śledztwu. Szlochałyśmy więc bez opamiętania. Na szczęście „Pani” zrozumiała, że coś w tym jest i przestała drążyć sprawę upewniwszy się tylko, że rodzice o tym wiedzą.

Nie  pamiętam już w jaki sposób nasze mamy zdobyły jeden egzemplarz podręcznika, którym musiałyśmy się dzielić.

         Wydarzenie błahe na pozór miało dalsze konsekwencje. Rodzice w klasie szeptali o jakichś niewyjaśnionych sprawach i generalnie rzecz biorąc byłyśmy dokładnie obserwowane. Kto wie, czy strach naszych mam nie był tym właśnie, co ściągnęło na nas uwagę.

         Kiedy więc u innej koleżanki odrabiałam lekcje i gdy przyszedł porozmawiać z nami jej wujek (ostrzegano mnie, że trzeba przy nim bardzo ostrożnie się wypowiadać, a najlepiej nic nie mówić) i zaczął wypytywać, co u nas w szkole, a potem czego nas uczono o towarzyszu Stalinie, uznałam za najbezpieczniejsze wyrecytowanie wiersza, którego nas uczono. Było coś tam o głodzie w Polsce powojennej i zwrotka mówiąca, że wówczas „Stalin spichrze radzieckie otworzył”. Wujek koleżanki usiłował zmusić mnie do powiedzenia o tym wszystkim, co Stalin dobrego zrobił do Polski własnymi słowami, ale ponieważ używał nacisku i perswazji właściwej śledczemu, nie uzyskał nic poza tym, że powtarzałam stale ten wers w kółko na okrągło, aż wreszcie przerażona, bez płaszcza i kapturka wybiegłam z domu koleżanki (a była zima) i biegłam spory kawał do domu.

Na rodziców znowu padł strach, tata już naszykował w swojej teczce przedmioty ewentualnie potrzebne mu w więzieniu. Sprawa jakoś rozeszła się po kościach. Mama koleżanki przyszła jednak ostrzec moją mamę. Temu człowiekowi wytłumaczyła, że ja się jąkam, co akurat było prawdą.

         Jednak najśmieszniejsze jest to, że wówczas przestałam się jąkać.

Ile takich drobnych wydarzeń znaczy drogę koreańskiego dziecka? Komu w ogóle przyjdzie do głowy, jak dramatyczne chwile może przeżywać!

Byłam w szóstej klasie szkoły podstawowej kiedy, umarł towarzysz Stalin. Szlochałam z innymi dziećmi na apelu. Nie dlatego, że opuściło mnie Bóstwo Najwyższe (teraz Witold Suliga tłumaczy na wykładach, że był to egregor – jakby to cokolwiek wyjaśniało), ale dlatego, że zdążyłam już zrozumieć, czego oczekuje ode mnie społeczność, która mnie otacza. W niej żyłam i ona była moim jedynym układem odniesienia. Jedna dziewczynka została relegowana ze szkoły, bo nie płakała, a dostała ataku śmiechu.

To był mechanizm podobny do tego, który zaprezentował mój dwudziestoletni syn na pogrzebie babci. Nie dość, że się spóźnił, a jeszcze musiał wyjść z kościoła, bowiem opanował go niepowstrzymany atak śmiechu.

Potem rodzina i żałobnicy komentowali ten fakt do obrzydliwości. Ja zaś, zamiast płakać po mamie, zmagałam się z opinią o  „nieprawomyślności” wnuka, któremu babcia zostawiła mieszkanie. Nikt nie wiedział (ja też), że jadąc na pogrzeb miał wypadek samochodowy i śmiech był reakcją na cały ten, niesłychanie trudny dla niego poranek.

Przebyłam bardzo daleką drogę od płaczu po śmierci towarzysza Stalina — drogę od emocji zbiorowych (umiejscowionych podobno w egregorach) do uczuć prywatnych. Jeżeli to wykonalne, to wreszcie, po sześćdziesięciu paru latach uwolniłam się od cienia (egregora) towarzysza Stalina!

Nie wierzę już teraz w żadne emocje zbiorowe. Nie wierzę reklamom. Nie płakałam po śmierci Papieża. Kiedy  po katastrofie smoleńskiej kondukt przechodził ulicami Warszawy ja zauważyłam tylko, że w otoczeniu machających kadzielnicami księży i purpuratów kroczących dostojnie w takt muzyki, drepczącego księdza asystenta, trzymającego przed którymś dostojnikiem otwarty laptop tak, aby ten coś tam mógł obejrzeć czy przeczytać.

Zrozumiałam, że amputowano mi emocje zbiorowe i zapewne wielu Koreańczyków będzie przeżywało to samo. Możliwe jednak, że się mylę i pogląd ten nie ma większego sensu, a zbiorowe emocje powrócą (oby nie!), bo obowiązek  płaczu po śmierci towarzysza Stalina może ciążyć na osobowości dziecka aż do jego śmierci.

         Egregor czy bóstwo – czy takie rozróżnienie ma sens? Napędem egregora są myśli ludzkie, a właściwie wiara w istnienie ucieleśnionego pojęcia. A bóstwa?  Czy nie to samo? Tak czy inaczej, z przerażonego dziecka wyrosłam na kogoś pozbawionego wiary w to, co mówi większość czy inne autorytety.

Jeśli zrozumiecie ten wywód, oznaczać to będzie, że mój Merkury nie całkiem jest spalony.

Katarzyna Urbanowicz

Komentarze: 8

[foto]1. Merkury • autor: Wojciech Jóźwiak (2012-11-07 23:56:25)

Nie ma czegoś takiego, jak spalony Merkury. To jest jedna z kilku (wielu) legend powtarzanych przez astrologów w kolejnych pokoleniach jak papugi. A nikt nie ruszył się sprawdzić, czy ludzie którzy takiego Merkurego mają w horoskopie faktycznie mają jakąś osobliwość charakteru.
Naprawdę nie ma czegoś takiego.
I nie warto tym się zajmować.

[foto]2. Tak, wiem • autor: Katarzyna Urbanowicz (2012-11-08 09:23:44)


Tak, wiem Wojtku, że to jest astrologiczny przesąd, ale jak wiele tłumaczy... Tam, gdzie osoba z pozoru kontaktowa, odnosi wrażenie, że to, co mówi czy pisze jest rozumiane inaczej, albo w ogóle nie rozumiane - teoria spalonego Merkurego może zobrazować problem. Można więc użyć jej jako przenośni, gdy chce się opowiedzieć o doświadczeniu, którego zapewne słuchacze czy czytelnicy nie dzielą ani nie rozumieją. Nie jestem astrologiem i używam wielu metod do przybliżenia odbiorcom tego, o czym piszę. Czasami wdaję się z nimi w intelektualną grę, co właśnie w tym przypadku miało miejsce.

[foto]3. Wyjaśniam • autor: Wojciech Jóźwiak (2012-11-08 10:04:51)

Kasiu, ja wiem, że Ty wiesz, jak jest z tym Merkurym, i nie do Ciebie skierowałem swoją notkę, tylko do Czytelników, którzy mogą nie wiedzieć.

4. Ja też potwierdzam, że • autor: marcusuranicus (2012-11-09 08:48:05)

teoria spalonego Merkurego jest jedną z większych bzdur astrologicznych i dodam , że piszę to jako osoba zupełnie obiektywna w tej kwestii,

 jako że mój Merkury jest ponad 17 stopni oddalony od Słońca. Takich bzdurnych "kwiatków' astrologicznych jak "spalony Merkury" jest mnóstwo w astrologii, tak wiele ,że dla mnie astrologia stała się polem  fascynujących odkryć. Na temat samego Merkurego i jego cech jest wiele mitów, którymi posługują się astrologowie nie zdając sobie z tego sprawy :)

[foto]5. Prosimy o przedstawienie odkryć • autor: Wojciech Jóźwiak (2012-11-09 08:54:22)

Marcusie Uranicusie,
to prosimy o przedstawienie Twoich odkryć! Co do Merkurego i innych. W astrologii bardzo brakuje wymiany takich doświadczeń.

[foto]6. Przyłączam się • autor: Katarzyna Urbanowicz (2012-11-09 09:01:39)


Przyłączam się do prośby Wojtka. W podręcznikach bardzo trudno natrafić na coś co można by nazwać analizą "przesądów" astrologicznych. Jest wiele rzeczy "podejrzanych", ale osoba nie praktykująca jako astrolog (na przykład ja) nie ma możliwości samodzielnie ocenić czy opinia, o której czyta, jest przesądem czy nie. Podobnie na przykład jest z "via combusta". Dotyczy tylko Księżyca, czy też innych planet? Przesąd czy prawda? Artykuł na ten temat byłby szczególnie interesujący.

 

[foto]7. Nie ma Via Combusta • autor: Wojciech Jóźwiak (2012-11-09 09:13:19)

Via combusta to też przesąd.
W ogóle to zalecam podejście takie, żeby w czytaniu kosmogramu brać pod uwagę cechy "najgrubsze" i typowe czyli powtarzalne. A zaniedbać michałki.
Typowe i "grube" cechy to np. planety na osiach, znaki w których leżą Słońce, Księżyc i ascendent, ścisłe aspekty wysokiej rangi czyli ścisłe koniunkcje, opozycje, kwadratury, trygony. Ja do tej grupy typowych-grubych zaliczam też rozkład planet w sektorach Guinarda i obsadę przez planety punktów 5 i 7-krotnych. I jeszcze kilka wskaźników.

Michałki, w większości przesądne lub pochopnie wprowadzone, to m.i. spalenie, via combusta, paralele, dwady, dom 12, 8 i 6 jako "nieszczęśliwe", wyrokowanie z pustych osi.

8. Jak na poważnie... • autor: marcusuranicus (2012-11-09 09:59:02)

Jak na poważnie zacząłem się interesować astrologią ok. 5 lat temu, byłem przkonany ,że czytając teksty znanych astrologów sam wiele się nauczę i zacznę rozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Ale czym więcej czytałem i poddawałem analizie pozyskaną wiedzę, tym bardziej byłem rozczarowany.

Co jest grane?? Dlaczego tyle sprzeczności, dlaczego tak różne interpretacje, dlaczego tak wiele się nie potwierdza. ???/

W ten oto sposób dla mnie dzisiejsza astrologia upadła jako źródło pewnej i niepodważalnej wiedzy, a utyskiwania sceptyków i kpiarzy na tę"paranaukę" stały się uzasadnione. Więc co pozostało zrobić w tym przypadku ?- Porządkować, odkrywać na nowo, budować od najpewniejszych fundamentów.

Myślę ,że odpowiedzialne podejście do astrologii i wzniesienie jej do miana nauki wymaga odpowiedzialnych kroków, czyli posługiwanie się informacjami pewnymi, sprawdzonymi, udokumentowanymi. Ja tej bazy pewników jeszcze nie stworzyłem, ale tworzę dla niej miejsce, podwaliny, zbieram potrzebne informacje, analizuję, szukam sprzeczności, analogii oraz najbardziej prawdopodobnych wyników. Przede mną długa droga w tym zadaniu, dlatego każda informacja , którą bym obecnie przedstawił i powiedział-słuchajcie to dogmat, tego nie da się już podważyć, byłaby z mojej strony nieodpowiedzialnością. To czym mogę się podzielić, jest tym , do jakiego etapu zrozumienia obecnie doszedłem i proszę tylko w ten sposób interpretować moje interpretacje.

Zwracam się do Pana, Panie Wojciechu.

 Co z tego że Panu lub komukolwiek ,cokolwiek napiszę, skoro nawet mojego pseudonimu nie napisał Pan tak jak o to prosiłem we wpisie pod Pańskim tekstem o Saturnie przechodzącym w opozycji do Słońca Tuska?:)     Gdybym Panu napisał, niech Pan nawróci się na dwanaście domów w swoich interpretacjach, zrobiłby to Pan? Podczas analizowania horoskopów, doszedłem do zrozumienia, że każdy wejdzie tylko na taki poziom zrozumienia, na który go stać i odrzuci to, choćby było prawdą, co nie przystaje do jego wymogów i możliwości absorpcyjnych.

Pewnie zapytałby Pan , dlaczego domy wg. mnie dziłają. Myślę, ze odpowiedź na to pytanie dostanie Pan , gdy przeanalizuje Pan horoskopy swój ,żony i waszych  dzieci razem z domifikacją. Tam tkwi najlepsza odpowiedź.