Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2013-10-22

Wojciech Jóźwiak

Silva rerum

Silva rerum znaczy: las rzeczy, jak się domyślamy, po łacinie, a lepiej lub raczej: gąszcz rzeczy. Przyjęło się lekceważąco synonimować, że to „groch z kapustą” (Tuwim przetłumaczył tamto czysto polskie powiedzenie zwrotnie na łacinę jako cicer cum caule.) Ale silva rerum to (chyba) też polonizm! Terminem silvae rerum nazywano szlacheckie rękopisane domowe kroniki, w których umieszczano cokolwiek, co uznane za warte przekazania przyszłym pokoleniom. (Dlaczego o tym nie ma dotąd nic w Tarace?)

Pozwoliłem sobie ten termin zastosować jako kategorię w Tarace. Silva rerum to gąszcz rzeczy, które nas otaczają, i w tym gąszczu trzeba się jakoś zorientować. Zorientować się? Słowo „z-orient-ować” znaczyło źródłowo „ustawić na wschód” - tak „orientowano” się w terenie i na wschód „orientowano” pierwsze mapy. A więc zorientować to nadać czemuś symboliczne znacznie, włączyć coś w nasza sieć symboli. Sieć leśnych ścieżek uczynić czytelną za pomocą mapy. (Słowo mapa znaczyło zrazu po włosku: narzuta na stół.) W tym ciągu mentalnych działań od silwy – lasu – anekumeny przechodzimy do czegoś tak dobrze oswojonego, jak narzuta na stole.

Do kategorii Silva rerum zaliczyłem najnowszy odcinek bloga Katarzyny Urbanowicz pt. „Te motylki cię uleczą”.


PS. Pochwalę się: Tarace nadano numer ISSN. Jesteśmy międzynarodowo zarejestrowanym czasopismem!

Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 1

[foto]1. silva rerum • autor: Katarzyna Urbanowicz (2013-10-22 16:44:30)

Kiedyś pojęcie Silva rerum miało konotację mocno ujemną, jak zresztą domowe kroniki szlachty i ich zawartość. W czasach gdy studiowałam polonistykę uczono nas, że kroniki domowe nie miały żadnej wartości bowiem były rozsadnikiem przesądów, plotek, wiadomości niesprawdzonych, gospodarskich przepisów i wątpliwych procedur medycznych i w ogóle były przejawem ciemnoty i zaściankowości. Jak choćby przestrzeganie przed straszliwościami czekającymi tych, którzy zamierzali obciąć dziecku kołtuna. Lub wypluli hostię. W związku z tym oczywiście lektura takich kronik nie była obowiązkowa, a kto ze studentów by ich tam specjalnie szukał, jeśli miał do przeczytania w semestrze ponad sto pozycji lektury! I tak jakoś z naszej kultury wypadła spora jej część.

         Temat rzeczywiście wart zgłębienia, bo nic skazane na zagładę samoistnie nie ginie, powraca w zmienionej formie, np. w postaci tzw. legend miejskich, wielu wydawnictw dotyczących medycyny naturalnej, internetowych stron jak ta o straszliwym krabie jawiącym się tym, którzy mogą zachorować na raka. Jednocześnie wśród wielu wiadomości bałamutnych zapewne trafiają się ziarna zdolne do kiełkowania, trzeba tylko do nich dotrzeć.

         Nie ukrywam, że zaliczenie mojego tekstu do tej kategorii w pierwszej chwili wywołało odruch niechęci, po zastanowieniu jednak wolę taką szufladkę, niż „nieklasyfikowlne”.

         Na koniec gratulacje z powodu nadania Tarace numeru ISSN!