Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2014-11-03

Przemysław Kapałka

Serie muzykoterapii transformującej
czyli: Oczyszczenie przez muzykę

Wprowadzenie

Po wielu latach zdecydowałem się napisać o pewnym moim pomyśle, może nawet o wynalazku – o seriach muzykoterapii, na których pomysł wpadłem dobre dwadzieścia lat temu, a zacząłem realizować kilka lat później. Zrealizowałem je jak dotąd tylko wobec siebie. Od prób realizowania na innych, a nawet od ich opisania, powstrzymywały mnie wyjątkowo gwałtowne reakcje, jakie miały przy tym miejsce, i wyjątkowo radykalne efekty – po prostu sprawę uznałem za zbyt ryzykowną, żeby o niej pisać. Teraz jednak uznałem, że czas milczenie przerwać i opisu tych serii dokonać. Czy właściwie było czekać i czy właściwie jest teraz przystępować do pisania – nie jestem pewien. Tak czy inaczej, przystępuję do opisu chociażby po to, żeby przedstawić inne niż zazwyczaj podejście do zagadnienia i skłonić do refleksji.

Muzyka od dawna stanowi ważny element życia społeczeństwa. Obecnie spotykamy się z nią niemal wszędzie – w pracy, w sklepach, w barach, w autobusach, na plaży, często trudno jest się od niej uwolnić. Niestety rzadko zdarza się, żeby serwowana była muzyka wartościowa. Muzyka taka czy inna często jest elementem, wokół którego identyfikują się różne grupy społeczne. Mimo to, obserwując zachowanie ludzi słuchających muzyki i szalejących nieraz wokół niej, trudno oprzeć się wrażeniu, że niewielu rzeczywiście docenia jej znaczenie, jeszcze mniej jest takich, którzy myślą poważnie o tkwiących w niej możliwościach i o ich wykorzystaniu, a zupełnie niewielu takich, którzy to robią i to dobrze. Muzyka relaksacyjna, odprężająca, oczyszczająca pojawia się na wielu różnych zajęciach. Niestety, w ogromnej większości przypadków jest to muzyka dobrana lub skomponowana amatorsko, czasami niedbale, zaledwie ocierająca się o możliwości, jakie w niej tkwią. Nieliczni odwołują się do naszej muzyki klasycznej, w której możliwości tkwi chyba najwięcej. Zmienić ten stan rzeczy postanowiłem przynajmniej na swój użytek.

Nie będę opisywał, jak dochodziłem do opracowania moich serii muzykoterapii – wydaje mi się, że jest to nieistotne. Wspomnę tylko, że pierwszym czynnikiem, który mnie do tego zainspirował, stało się zetknięcie ze wspólnotą religijną z Taizé. Wspólnota ta przywiązuje ogromną wagę do odpowiedniej, profesjonalnej oprawy muzycznej swoich modlitw i praktyk, jako jedno z nielicznych ugrupowań dokłada w tym kierunku dużo starań, i jako zupełnie wyjątkowa uzyskuje znakomite rezultaty. Sądzę, że nie byłem jedynym, który pod wpływem zetknięcia ze wspólnotą z Taizé zaczął myśleć o wykorzystaniu muzyki w duchowości – nie tylko jako podkład pod modlitwy i medytacje, ale też jako czynnik wspierający rozwój duchowy i pomagający w oczyszczeniu i uzyskaniu psychicznej równowagi.

Muzyka i muzykoterapia kojarzą się najczęściej z relaksem, z wyciszeniem, z czymś spokojnym, lub też z terapią poprzez muzykowanie. Nie wszystkie praktyki i techniki muzykoterapii sprowadzają się do tego, ale najczęstsze skojarzenia z nią związane są właśnie takie. Temu stereotypowi chciałbym się przeciwstawić. Sprowadzanie muzyki tylko do tego oznacza ograniczanie jej do niewielkiej i stosunkowo mało istotnej roli, odcinanie się od czegoś, co w niej bodaj najistotniejsze. Muzykoterapia w moim wydaniu wiąże się z wysiłkiem, z silnym, wręcz gwałtownym potrząsaniem, z zabiegami bardzo radykalnymi i koniecznością przestrzegania rygorystycznych zasad. Kiedy zaczynałem ją stosować według pomysłu, który przedstawiam w niniejszym artykule, byłem już przeszkolony przez psychoterapeutów stosujących nowatorskie metody, miałem praktykę w medytacjach i w różnego rodzaju technikach terapeutycznych, i potrafiłem wiele w zakresie uwalniania się od zbędnych balastów zakodowanych w psychice. Mimo to wobec niektórych z obciążeń, które rozpoznałem u siebie, czułem się bezradny – po prostu okazywało się, że wszystko, czego się nauczyłem, wobec niektórych z nich jest za słabe. Kiedy zastosowałem moje zabiegi muzykoterapii, okazało się, że od wielu spośród tych problemów, którym nie dawałem rady innymi znanymi sobie metodami, zdołałem się jednak uwolnić. Stało się to jednak kosztem drastycznych wstrząsów; był przypadek spazmatycznego płaczu dosłownie do bólu, był przypadek, że podczas zabiegu zaczęło mną rzucać prawie tak, jakbym dostał ataku padaczki, były przypadki, że po zabiegu ledwo trzymałem się na nogach. Były też przypadki jeszcze bardziej drastyczne, których nie będę już opisywał. Świadczy to o ogromnych możliwościach muzyki, które trzeba tylko umieć z niej wydobyć i zastosować. Mam powody sądzić, że mnie, wobec siebie samego, udało się to znakomicie, i teraz spróbuję się podzielić moimi doświadczeniami.

W mojej praktyce koncentrowałem się przede wszystkim na muzyce, zwanej klasyczną, a wobec której ja sam wolałbym używać określenia „mistrzowska” (określenie to nie jest moje). Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze, na niej znam się najlepiej. Po drugie, uważam, że w tej muzyce tkwią największe możliwości, i każda inna może odgrywać najwyżej rolę uzupełniającą wobec niej. Mniejsze znaczenie w moich zabiegach miała muzyka etniczna i religijna z różnych kręgów kulturowych, muzyka specjalnie tworzona do relaksu i medytacji, oraz głosy Natury.

W niniejszym artykule opiszę moje serie muzykoterapii tak, jak je stosowałem na sobie - jakich przestrzegałem zasad i jaki repertuar wykorzystałem. Podam też alternatywy, jakie widziałbym dla użytego repertuaru. Na końcu rozważę, jak widzę możliwości przeniesienia moich doświadczeń tak, żeby podobne zabiegi dało się wykorzystywać szerzej.

Czym są serie muzykoterapii

Jak już częściowo wspomniałem, serie muzykoterapii według mojego pomysłu stanowią cykl radykalnych zabiegów oczyszczających i konstruktywnie działających na psychikę. Głównymi celów tych zabiegów są rozbicie z pomocą muzyki niepotrzebnych, skostniałych i obciążających złogów psychicznych, oczyszczenie i transformacja dzięki muzyce. Nie stosowałem i nie uważam za wskazane stosować ich z jakimiś konkretnymi zamiarami, w celu uwolnienia od konkretnych problemów. Pomyślałem je jako mające służyć osiągnięciu ogólnej, wewnętrznej transformacji, ale też (a nawet przede wszystkim) przezwyciężeniu krytycznej sytuacji, w jakiej się wtedy znalazłem. Muzyce pozwalałem wnikać w siebie i działać z całą swoją mocą. Były to założenia bardzo radykalne i do tej pory w zastosowaniach muzyki mało spotykane. Moje doświadczenia wskazują, że cele te są nie tylko jak najbardziej realne, ale wręcz aż się prosi, żeby muzykę zacząć w ten sposób wykorzystywać. Jeszcze raz zaznaczam, że o żadnym relaksie i odprężeniu nie mogło być tutaj mowy – wręcz przeciwnie, serie te wymagały ode mnie bardzo poważnego podejścia do sprawy i przestrzegania radykalnych reguł, które omówię w dalszej części artykułu. Niezbędne było pełne otwarcie na muzykę, skupienie się na niej, poddanie się jej i umożliwienie dokonania jej tej transformacji. Nie przeprowadzałem tych zabiegów w sposób czynny, był to rodzaj medytacji w spokoju i bezruchu (przynajmniej w założeniu, ruch czasami sam się pojawiał jako efekt uwalniania od blokad i obciążeń). To sama muzyka miała być czynna.

Skoro niezbędne było pełne otwarcie na muzykę i umożliwienie jej transformacji siebie, to chyba oczywiste jest, że muzyka ta musiała być szczególnie dobrze dobrana. Wiadomo, że nie każda muzyka ma korzystne działanie, więcej – w dzisiejszych czasach dominuje ta niekorzystna, w wielu przypadkach silnie destrukcyjna, z równie źle dobranym tekstem. Nie przeprowadzałem eksperymentów z zastosowaniem takiej muzyki (nie będę wymieniał, jakiej na przykład) i kategorycznie takie eksperymenty odradzam – sądzę, że mogą być równie niebezpieczne, co eksperymenty z narkotykami, z tą różnicą, że efekty prawdopodobnie przyjdą szybciej. W przypadku muzyki wokalnej bardzo ważny jest również tekst. W tym szczególnym stanie, w jakim pozostawałem podczas tych zabiegów, tekst przenikał do mnie i też miał swój wpływ, nawet jeśli pozostawał niezrozumiały. Musiałem więc odrzucić jako niedającą się stosować praktycznie całą lirykę wokalną, muzykę oratoryjną i operową, wykluczyłem również teksty żałobne i pokutnicze. Pozostało niewiele – właściwie tylko niewielki wybór tekstów religijnych  niewielki, gdyż większość z nich przesiąknięta jest dogmatami i specyficznymi cechami, które mogą mieć niepożądane działanie. Nie twierdzę, że muzyka taka, jaką dobrałem, była jedyną możliwą do stosowania, mam jednak powody przypuszczać, że do celów, jakie sobie postawiłem, była najlepsza.

Ogółem zestawiłem cztery serie mojej muzykoterapii. Każda z nich stanowi cykl zabiegów z repertuarem przemyślanym na tyle starannie, na ile pozwalała moja znajomość tematu i dostępność nagrań, każdy zabieg ma swój temat. Wszystkie zabiegi serii stanowią całość, wszystkie serie razem również stanowią większą całość. Dobierając repertuar poszczególnych zabiegów oraz ustalając ich zasady, kierowałem się moją wiedzą muzyczną i duchową oraz intuicją. Ze względu na ten ostatni czynnik na wiele pytań z rodzaju „dlaczego właśnie tak”, a w szczególności dlaczego dobrałem właśnie taką tematykę i kolejność zabiegów, nie potrafiłbym dać jednoznacznej odpowiedzi. W wielu przypadkach po przeprowadzeniu serii zabiegów modyfikowałem tą serię, analizując, czego mi w niej brakowało. Unikałem natomiast podejścia typu „dobrze by było dać jeszcze to”. Niejednemu czytelnikowi tego artykułu może się wydać dziwne, że wśród tak dużej różnorodności brakuje np. muzyki chińskiej i indiańskiej i tak słabo reprezentowana jest muzyka Bacha. Nie znaczy to, że muzykę, którą pomijam, uznałem za nienadającą się do stosowania – wiele spośród muzyki nieujętej w moich seriach stosowałem w inny sposób i w wielu przypadkach żałowałem, że w tych seriach nie znalazło się dla niej miejsca. Nie ma jednak sensu umieszczanie czegokolwiek na siłę tylko po to, żeby koniecznie w tym zestawieniu się znalazło.

Ogółem wszystkie serie przeprowadziłem na sobie cztery razy. Więcej tego robić jak na razie nie zamierzam – wydaje mi się, że to, co mogłem dzięki nim osiągnąć, już osiągnąłem. O ile na początku wyładowania, które towarzyszyły tym zabiegom, były bardzo silne, o tyle później, w miarę oczyszczania się mojej psychiki, słabły. Ogólne zasady, którymi się kierowałem, pozostają niezmienione od samego początku. Ewolucjom podlegał natomiast repertuar, również ilość zabiegów początkowo była mniej więcej o jedną trzecią mniejsza. W opisie poszczególnych zabiegów, jaki zamieszczam w dalszej części artykułu, pomijam historię poszczególnych zabiegów. Jako repertuar podaję to, co zastosowałem podczas ostatniej serii i to, co zastosowałbym, gdybym miał te serie przeprowadzić jeszcze raz. W niektórych przypadkach podaję repertuar alternatywny - to znaczy taki, jaki uważam za możliwy do zastosowania zamiast tego, który użyłem.

Zasady prowadzenia zabiegów

Zasady muzyczne

Podczas stosowania jakichkolwiek zabiegów muzykoterapeutycznych związanych z wprowadzaniem w stany medytacyjne bardzo ważne jest zapewnienie dobrej technicznie jakości odtwarzanej muzyki, i to pod każdym względem. Sprzęt musi być w pełni sprawny, nagrania dobrej jakości technicznej (niedopuszczalne są np. nagrania stare i pełne szumów lub amatorskie) i bez usterek, pomieszczenie w miarę dobrze izolowane od hałasów z zewnątrz, również (a może szczególnie) od sąsiadów. Podczas moich zabiegów znajdowałem się w szczególnym stanie, mającym w sobie wiele z medytacji i coś z operacji przeprowadzanej na żywym organizmie. Zakłócenie tego stanu wszystko jedno przez jaki czynnik, lub podanie przy okazji treści nieodpowiednich (chociażby odgłosów sąsiedzkich kłótni) mogłoby przynieść bardzo niepożądane skutki.

O tym, jak ważne jest zapewnienie dobrej jakości nagrań, miałem okazję się przekonać podczas jednego z zabiegów, do którego wykorzystałem cykl utworów organowych Oliviera Messiaena, które jakiś czas wcześniej nagrałem z radia na kasetę magnetofonową. Nagranie było dobrej jakości. Tak się jednak złożyło, że podczas nagrywania jednego z utworów skończyła mi się kaseta i jego ciąg dalszy nagrałem na drugiej stronie, oczywiście pominąwszy ok. dwuminutowy fragment utworu. Przed zabiegiem całość przegrałem na inną kasetę tak, żeby żaden utwór nie był rozdzielany przez koniec taśmy, a ów feralny utwór scaliłem tak, jak potrafiłem. Udało mi się to zrobić bardzo dobrze, podczas normalnego słuchania owo scalenie było prawie niesłyszalne i w ogóle nie przeszkadzało mi w odbiorze muzyki. Kiedy jednak doszedłem do tego momentu podczas zabiegu, dosłownie podskoczyłem jak ukłuty czymś ostrym. Przykład ten pokazuje, jak wielkie znaczenie mogą mieć drobne z pozoru zakłócenia, i że to, co podczas normalnego słuchania wydaje się mało istotne lub wręcz niezauważalne, podczas słuchania głębokiego, medytacyjnego, może urosnąć do rangi poważnego problemu. Należy się spodziewać, że wadliwy sprzęt, np. zmieniający głośność w trakcie odtwarzania, z niesprawnym jednym głośnikiem, zaburzający barwę dźwięku itp. może wywołać podobne kłopoty. Jeszcze większe kłopoty mogą wywołać niepożądane głosy z otoczenia (o czym też miałem okazję się przekonać) i gdybym nie miał możliwości wyeliminowania ich lub przynajmniej znacznego zredukowania, prawdopodobnie zrezygnowałbym z zabiegów w ogóle

Poniżej podaję zebrane razem zasady „muzyczne”, jakich przestrzegałem podczas zabiegów serii muzykoterapii transformującej – wszystkie one są ze sobą powiązane, niemniej wymienię każdą z osobna:

Zasady ogólne

Poniżej podam ogólne zasady przeprowadzania moich serii muzykoterapii. Większość z nich opiera się na moim wyczuciu zagadnienia i trudno byłoby mi podać jednoznaczne wytłumaczenie, dlaczego należy postępowałem właśnie w ten sposób. Takim wytłumaczeniem może być jednak to, że wszystkie te zasady zastosowałem w praktyce i praktyka w pełni potwierdziła ich słuszność.

W przypadku niektórych zabiegów robiłem wyjątki od przedstawionych tu reguł. Zaznaczę to w opisie poszczególnych zabiegów.

Jak widać są to reguły bardzo radykalne i ścisłe ich przestrzegania wcale nie było oczywiste. Jednak to, że ja wszystkie serie przeprowadziłem po kilka razy, nie przerywając przy tym pracy, świadczy o tym, że było to możliwe. Z reguł, które podałem, chyba widać jasno, jak ważna jest jakość muzyki, której byłem poddawany, i że należało ją dobrać bardzo starannie szczególnie pod kątem tekstu w przypadku muzyki wokalnej.

Nie miałem przypadku reakcji aż tak gwałtownej, żeby konieczne było np. udanie się do szpitala lub żebym stał się niezdolny do działania – raz byłem tego bliski, ale jednak okazało się to niepotrzebne. Krótko mówiąc, nie zdarzyła mi się sytuacja, w której kontynuowanie serii byłoby niewykonalne. Gdyby do tego jednak doszło, starałbym się dokończyć ją najszybciej, jak będzie to możliwe.

Opis serii

Poniżej podam opis wszystkich zabiegów moich serii muzykoterapii, to znaczy przede wszystkim repertuar, jaki wykorzystywałem. Przy zabiegach opartych na muzyce mistrzowskiej w większości przypadków opisałem ten repertuar bardzo dokładnie, z podaniem alternatyw. Te zabiegi przeważnie opracowałem bardzo dobrze i będąc pewnym co do ich treści, a i z osiągnięciem nagrań nie miałem kłopotów poza kilkoma wyjątkami. Inaczej postępuję w przypadku nagrań muzyki etnicznej i innej. Tu moja wiedza jest fragmentaryczna, w doborze nagrań kierowałem się tym, jakie udało mi się zdobyć, oraz ich intuicyjną oceną. Zdobycie tych samych nagrań, które wykorzystałem, w większości przypadków byłoby trudne lub niemożliwe, natomiast możliwe jest zdobycie innych, równie dobrych lub jeszcze lepszych. Dlatego w przypadku muzyki etnicznej nie uważam za celowe szczegółowego omówienia nagrań, które wykorzystałem, a jedynie przedstawienie zasad, jakimi starałem się kierować.


Seria I

Pierwszą serię stosowałem na początek procesu.

WSTĘP

Nie potrzebowałem wprowadzenia do zabiegów, nie będą go potrzebowali również ci, którzy są przynajmniej jako tako obeznani z muzyką klasyczną i z etniczną innych kultur. Dwa lub trzy dni przed pierwszą serią stosowałem jako wprowadzenie Modlitwę Jacka Gabera, którą nabyłem podczas seminarium reiki. Dziś to nagranie jest, jak sądzę, nieosiągalne.

1. MUZYKA ORGANOWA BACHA

Zaczynałem, jak w pewnej znanej piosence, od Bacha. Była to około godzinna seria preludiów, fug, fantazji, passacaglii i preludiów chorałowych. Z nich w mniejszym lub większym stopniu nadają się wszystkie utwory, stosunkowo najmniej polecam słynną Toccatę i Fugę d-moll. Sonaty, koncerty i partity są utworami innego typu i mniej do tego pasują. Repertuar, jaki stosowałem, był następujący:

  1. Fantazja G-dur BWV 572. Ten utwór stanowi bardzo mocne wejście na początek i trudno byłoby zastąpić go czymś lepszym. Ewentualnie mogłaby to być Passacaglia c-moll.

  2. Dwa preludia chorałowe: Aus tiefer Not schrei ich zu dir BWV 686 i Wir glauben all' an einen Gott BWV 680. Nie przeanalizowałem wszystkich preludiów chorałowych Bacha, nawet nie większość. Nie wiem zatem, czy nie można dobrać ich lepiej. Jednak te, które dobrałem, bardzo dobrze spełniają swoją rolę. Chodziło mi o preludia „mocne”, grane na głosach wargowych z pełnym wolumenem brzmienia organów, jedno lub dwa.

  3. Fantazja i Fuga g-moll BWV 542. Ten utwór uważam za obowiązkowy w tym zestawie i w tym miejscu.

  4. Preludium i Fuga f-moll BWV 534. Ten utwór najbardziej da się zastąpić innym preludium i fugą, nawet nie jestem pewien, czy nie można dobrać lepszej, np. Preludium i Fuga a-moll. Większość utworów Bacha podobnego typu można tu stosować i jest jeszcze przede mną doprecyzowanie, który będzie najlepszy, jednak różnice będą na tyle niewielkie, że nie jest to zagadnienie dużej wagi.

  5. Dwa preludia chorałowe Kyrie, Gott heiliger Geist BWV 671 i Ich ruf' zu dir, Herr Jesu Christ BWV 639. Podobnie jak w przypadku pkt. 2 te utwory spełniają swoją rolę bardzo dobrze, jednak nie jestem pewien, czy nie można dobrać jeszcze lepszych. Można się zastanowić nad fugami bez preludiów i samymi preludiami, jak też nad innymi utworami. Można dobrać jeden lub dwa utwory. Chodzi o to, żeby wniosły już trochę odprężenia, szczególnie ten drugi.

  6. Preludium i Fuga C-dur BWV 547. Ten utwór ma wydźwięk zdecydowanie optymistyczny, dlatego trudno go na koniec tego zestawu zastąpić innym.

Dobierając zestaw, zwracałem uwagę na to, żeby nie przekroczyć godziny i nie zejść poniżej 50 minut czasu trwania. Czas ten regulowałem, dobierając odpowiednie preludia chorałowe i ogólnie utwory z pozycji 2 i 5.

2. MUZYKA HILDEGARDY VON BINGEN

Hildegarda von Bingen była wybitną średniowieczną mistyczką. Zajmowała się bardzo wieloma dziedzinami, kompozycja wcale nie należała do najważniejszych w jej działalności. Jednak i tu pozostawiła dzieła wybitne, mające swoich słuchaczy jeszcze dziś.

Nie ma większego znaczenia dobór konkretnych utworów, zwracałem tylko uwagę na tekst (choć nie sądzę, żeby w jej dziełach mogły znaleźć się teksty mogące mieć niekorzystne działanie). Najlepsze są jej utwory śpiewane przez zespół kobiecy (wbrew zwyczajom średniowiecza), lub na przemian przez kobiecy i męski. Wykluczyłem utwory śpiewane przez zespoły mieszane. Nie musiały to być wykonania wiernie oddające styl epoki, mogły być trochę stylizowane na styl współczesny, wykluczony jest natomiast jakikolwiek udział instrumentów perkusyjnych. Konkretnie stosowałem nagrania zespołu Sequentia i te nagrania polecałbym najbardziej. Jako przerywniki dawałem jeden lub dwa utwory czysto instrumentalne oparte na dziełach Hildegardy.

3. ŚPIEWY Z TAIZÉ

O wspólnocie z Taizé pisałem już we wstępie do tego artykułu. Ich śpiewy są proste, a przy tym piękne, teksty uniwersalne i poza nielicznymi wyjątkami trudno mieć do nich jakiekolwiek zastrzeżenia, a wykonują je ludzie szczerze dążący do pogłębienia swojej duchowości. Mówiąc krótko, są to śpiewy bardzo wartościowe zarówno od strony czysto muzycznej, jak też duchowej. Dlatego znalazły się w pierwszej z moich serii muzykoterapii i ich rola w niej jest bardzo ważna. Konkretnych śpiewów nie podaję głównie dlatego, że repertuar Taizé jest zmienny i ma wiele wariantów, dochodzą śpiewy nowe, część starych wychodzi z użycia, cokolwiek bym podał, to szybko stanie się nieaktualne. Najlepiej byłoby odtworzyć całą płytę ze śpiewami, ewentualnie rezygnując z niektórych utworów, jeśli okaże się zbyt długa. Ważne też, żeby były to śpiewy różnorakie i w różnych językach. Do tej pory za najlepszą uważam płytę Jubilate, jedną z pierwszych i dziś trudno osiągalną.

4. WOKÓŁ ŚPIEWÓW Z TAIZÉ

Czwarty zabieg opiera się na składance, inspirowanej zwyczajami panującymi w Taizé. Tworzą ją:

  1. Dźwięk dzwonu, trwający ok. 5 minut, jednak nie dzwonu z Taizé, gdyż ten akurat nie ma w sobie nic szczególnego.

  2. Barokowy koncert na obój, najlepiej na jego odmianę zwaną obojem miłosnym (obój d'amore). Stosowałem koncert Telemanna, nadawałby się również Vivaldiego. Zamiast koncertu na obój mogło być concerto grosso, np. Corellego lub Haendla, jednak najlepszy był tu koncert obojowy.

  3. Śpiewy z Taizé, trwające do ok. pół godziny. Dobierałem nagranie całego cyklu, np. nabożeństwa, jednego czuwania modlitewnego lub jakiegoś obrzędu, uzupełniając je paroma pojedynczymi śpiewami.

  4. Utwór organowy, ale z tych, które w Taizé raczej nie mogłyby rozbrzmieć – romantyczny lub XX-wieczny. Stosowałem Podniesienie Kaplicy Sykstyńskiej (Evocation a la Chapelle Sixtine) Liszta. Dopiero później pomyślałem o utworach Messiaena: Objawienie Kościoła Wiecznego (Apparition de l' église eternelle) lub Uczta niebiańska (Le banquet céleste). Mogła by wystąpić też być Suita gotycka Boëllmanna. Możliwe, że dałoby się dobrać jeszcze inne, ale ja już bym ich nie szukał.

5. MUZYKA RENESANSU

Ten zabieg również opierał się na składance, której elementy stanowią:

1. Tańce renesansowe. Najlepsze, jakie znam, są tańce Praetoriusa i te stosowałem.

2. Muzyka na lutnię. Nie podaję szczegółowego wykazu, praktycznie każda byłaby dobra.

3. Muzyka religijna Palestriny. Ja wykorzystywałem fragmenty Pieśni nad pieśniami (Canticum canticorum). Zamiast nich mogłaby być słynna Missa papae Marcelli lub inne jego utwory religijne.

Z jednego z dwóch pierwszych punktów mógłbym zrezygnować, z trzeciego w żadnym wypadku. Muzyki Palestriny powinno w tym zestawie być najwięcej.

6. MOZART: SYMFONIA i KONCERT FORTEPIANOWY

Symfonię dobierałem ciepłą i radosną. Nie nadaje się np. słynna Symfonia g-moll ze względu na jej smutek. Najlepsze są – wymieniam w kolejności:

Z koncertów fortepianowych najlepsze są:

Niestety, gdy chce się zastosować utwory otwierające obie z powyższych list, to wychodzi zestaw zbyt długi, musiałem więc rezygnować przynajmniej z jednego spośród tych, które wskazałem jako najlepsze. Starałem się też dobrać utwory w różnych tonacjach. Problemy te za każdym razem rozwiązywałem inaczej i trudno mi wskazać rozwiązanie najlepsze.

ew. 7. MUZYKA CHOPINA

Zabieg ten traktowałem jako opcjonalny. Opcjonalne było też słuchanie go medytacyjne  co prawda przeprowadzałem ten zabieg zgodnie ze wszystkimi swoimi zasadami, sądzę jednak, że można było słuchać tej muzyki po prostu w skupieniu i wcale niekoniecznie w bezruchu.

Ścisłego repertuaru nie podaję, gdyż w dalszym ciągu nie opracowałem go na 100%. Dobierałem go spośród następujących utworów:

Seria II

Seria druga to kontynuacja procesu. Stosowałem ją zwykle wkrótce po serii pierwszej, ale jednak zawsze z pewnym odstępem między nimi.

1. MANTRY

Chodzi o mantry śpiewane długo, najlepiej dwie po kolei z krótką przerwą pomiędzy nimi. Nie musiały to być mantry oryginalne, nawet starałem się o trochę stylizowane na styl europejski. Musi to być jednak stylizacja poważna, nie lekka i rozrywkowa. Najlepszymi ze znanych mi mantr są opracowania Roberta Gassa oraz Om Lucyana Wesołowskiego. Stosując tę serię po raz ostatni, użyłem Hara Hara Gassa oraz Om Wesołowskiego.

2. MUZYKA RELIGIJNA TYBETU

Starałem się o śpiewy religijne w wykonaniu mnichów, wskazane, żeby z towarzyszeniem instrumentów, ale śpiewy a capella też są możliwe do stosowania. Preferowałem śpiewy nie na konkretną okazję (np. na jakieś święto), tylko bardziej „codzienne”. Za lepsze uznałem jeden, najwyżej dwa śpiewy, niż więcej krótszych.

3. HINDUSKIE ŚPIEWY RELIGIJNE

Szukałem śpiewów oryginalnych i nie stylizowanych na nic. Unikałem bhajanów – te są treścią innego zabiegu w następnej serii. Jeśli mantry, to oryginalne, nieopracowane. Mogą to być śpiewy z jednego z ashramów, ale lepiej, żeby nie pochodziły z jednego konkretnego ośrodka tylko były charakterystyczne dla większego obszaru Indii. Nie musiał to być jeden śpiew, ale też nie powinno być ich zbyt wiele. Mógł to być jeden cały obrzęd. Ja stosowałem śpiewy do Shivy, w tym mantrę Om Namah Śiwaja, jednak moje nagranie otrzymałem w prezencie i nie potrafię nic powiedzieć na temat jego pochodzenia.

4. HINDUSKA MUZYKA MEDYTACYJNA

Tym razem dobierałem muzykę instrumentalną, oryginalną hinduską. Mogły to być ragi, ale niekoniecznie. Mogła to być np. muzyka tantryczna. Starałem się, ale nie uważałem za bezwzględnie konieczną, muzykę lżejszą i nieco relaksacyjną. Nie sprawdziły się składanki różnych stylów – okazało się, że trzeba się zdecydować albo na tantrę, albo na muzykę relaksacyjną, albo na ragi i klasyczną hinduską, ale nie różne pomieszane ze sobą.

  1. ŚPIEWY SUFICKIE

Sufizm jest ruchem wywodzącym się z islamu, choć wykraczającym poza jego ramy i bardziej ma on charakter duchowy niż religijny.

Stosowałem kasetę zatytułowaną The dervishes of Turkey Sufi music i trudno byłoby sobie życzyć czegoś lepszego niż ona. Pod tym samym tytułem wydana jest płyta i chyba zawiera tą samą muzykę. Chodziło mi tutaj o nagrania śpiewów derwiszów sufickich, ewentualnie islamskich. W tym drugim przypadku zwróciłbym jednak uwagę na tekst.

6. MUZYKA INSTRUMENTALNA KRAJÓW ISLAMSKICH

Ja używałem nagrań pochodzących z Iranu, w wykonaniu ludowych muzyków na instrumencie dętym zwanym sorna, który okazuje się mieć wyjątkowo korzystne oddziaływanie, oraz bębna dohoi. Jednak zestaw ten nie do końca mnie przekonuje. Jeśli miałbym szukać innych nagrań, szukałbym takich, jak w tytule zabiegu, ewentualnie zamiast tego nagrań muzyki żydowskiej, zarówno religijnej, jak też instrumentalnej. Tej ostatniej jednak nie próbowałem, są to moje przypuszczenia.

7. BACH i MOZART

Po podróży na Wschód pora na powrót do Europy.

  1. Uwertura do jednej z suit orkiestrowych Bacha (użycie całej suity powodowało przekroczenie dopuszczalnego czasu zabiegu). Najlepsza jest III Suita ze względu na obecność i dużą rolę trąbek, można jednak użyć każdej z nich.

  2. Jeden z koncertów fortepianowych Bacha, właśnie w wersji na fortepian, nie na klawesyn, gdyż klawesyn ma zbyt słabe działanie. W mniejszym lub większym stopniu nadają się wszystkie. Używałem D-dur BWV 1054, ewentualne inne wymieniam w kolejności od najlepszych w tej roli: A-dur BWV 1055, d-moll BWV 1052, na 2 fortepiany C-dur BWV 1061, na 2 fortepiany c-moll BWV 1060.

Po utworach Bacha powinna następować kilkuminutowa przerwa.

  1. Koncert Mozarta, tym razem nie fortepianowy. Zdecydowanie najlepszy okazał się Koncert na flet i harfę KV 299. Dobre był też jeden z trzech koncertów skrzypcowych KV 216, 218, 219 (najlepiej ten ostatni), ewentualnie koncert obojowy.

8. SYMFONIE ROMANTYCZNE

Wybór jest, wbrew pozorom, niewielki. Nie mogły to być dzieła programowe, charakterystyczne dla wielu dzieł tego okresu rozchwianie emocjonalne i inne czynniki również eliminują większość dzieł. Podaję utwory, jakie stosowałem, i właściwie nie widzę dla nich alternatywy:

1. Symfonia Brahmsa. Najlepsza jest III, ewentualnie I lub II. IV nie ze względu na jej tragiczny wydźwięk.

2. Symfonia Niedokończona Schuberta.

Pomiędzy tymi dwiema symfoniami robiłem ok. 5 minutową przerwę.

9. MEDYTACJA W CISZY

Zatykałem sobie uszy stoperami i to uznałbym za potrzebne, nawet znajdując się w cichym i przyjaznym pomieszczeniu, i nawet gdybym bez tego potrafił się dobrze odizolować od otoczenia. Pozostawałem w ciszy, wsłuchiwałem się w nią i w to, co gra wewnątrz mnie – a na koniec takiej serii bywały to rzeczy bardzo ciekawe. Oczywiście medytacja ta nie miała ściśle określonego czasu trwania, kończyłem ją wtedy, kiedy uznałem, że już wystarczy. Jedna z takich medytacji trwała półtorej godziny. Uważałem tylko, żeby nie była zbyt krótka – sądzę, że nie powinna schodzić poniżej pół godziny, i była to jedyna wskazówka co do czasu trwania, jakiej sobie udzielałem.


Seria III

Między drugą a trzecią serią upływało więcej czasu niż między poprzednimi dwoma. Z jej przeprowadzeniem czekałem do momentu, w którym przynajmniej wydawało się, że moje problemy zmierzają do rozwiązania.

WSTĘP

Przed przejściem do właściwych serii przeprowadzałem jedno do trzech spotkań z muzyką, która miała dla mnie szczególne znaczenie i która szczególnie mi tu pasowała. Za każdym razem dobierałem ją od początku. Spotkań tych nie traktowałem jak zabiegi i nie stosowałem tych zasad, które wymieniłem we wstępie. Wystarczało mi wysłuchanie muzyki w skupieniu, mogłem tańczyć, podśpiewywać itp. Najczęściej dobierałem tu piosenki Starego Dobrego Małżeństwa do poezji Stachury oraz Pieśń o Ziemi Gustava Mahlera.

Odstęp między tym wstępem a właściwą serią wynosił od jednego do trzech dni, też za każdym razem ustalałem to specjalnie.

1. MUZYKA SYMFONICZNA XX WIEKU

Ważne było na początku III serii mieć kontakt z muzyką w miarę nową, w innym stylu niż romantyczna, i żeby była to muzyka symfoniczna. Stosowałem muzykę Lutosławskiego, początkowo Koncert na orkiestrę i Muzykę żałobną, później Koncert fortepianowy i III Symfonię (zamiast której mogła być ew. IV Symfonia). W obu przypadkach między utworami robiłem kilka minut przerwy. Nie znam całej muzyki Lutosławskiego na tyle dobrze, żeby dokładnie podać, których utworów można użyć, a których nie można. Zestawy, które podałem, są na tyle dobre, że nie trzeba szukać lepszych  szczególnie polecam ten drugi.

Inne możliwości widziałbym następujące:

1a. Muzyka Debussy'ego

Tu wybór jest niezbyt duży. Mogę wskazać jeden możliwy zestaw:

1. Popołudnie Fauna (ten utwór średnio się nadaje, ale trudno wskazać lepszy)

2. Nokturny (głównie o ten utwór chodzi)

3. Dwa tańce na harfę i orkiestrę.

1b. Muzyka Strawińskiego

Z rożnych powodów odpadają jego balety, utwory z okresu neoklasycyzującego (z wyjątkiem Symfonii psalmów), oraz utwory dodekafoniczne. Obowiązkowo musi się znaleźć w zestawie Symfonia psalmów. Drugi utwór dobrałbym spośród tych, które skomponował po zakończeniu neoklasycznego okresu swej twórczości, ale przed okresem ostatnim, dodekafonicznym – najlepiej Symfonię w trzech częściach lub Tańce koncertowe.

2. OSTATNIE KWARTETY BEETHOVENA

Ostatnie utwory Beethovena są jego najbardziej mistycznymi dziełami. Z nich szczególną rolę odgrywają kwartety smyczkowe, które zamykają jego twórczość. W zestawie musiały się one znaleźć zarówno ze względu na swoją silną mistykę i oddziaływanie, jak też ze względu na swe wybitne wartości artystyczne.

Do tego zabiegu dobierałem dwa utwory, przedzielone ok. 5-minutową przerwą:

1. Jeden z kwartetów, w kolejności od najlepiej pasujących: a-moll op. 132, cis-moll op. 131, B-dur op. 130, Es-dur op. 127.

  1. Wielka Fuga B-dur op. 133.

Starałem się o wykonania kładących nacisk nie na ekspresję i uczuciowość, tylko na mistykę tych kwartetów.

3. MUZYKA ORGANOWA MESSIAENA

Olivier Messiaen był kompozytorem ściśle związanym z religią chrześcijańską, ale równocześnie bardzo otwartym na duchowe doświadczenia wszelkiego rodzaju. Przy wielu swoich dziełach inspirował się swoją religią, ale w taki sposób, że czerpał z niej to, co radosne i co najlepsze, nie zajmując się w ogóle jej cierpiętniczo-pokutniczymi aspektami. Istnieją też jego kompozycje inspirowane tradycjami Wschodu, a także własnymi przeżyciami i doświadczeniami. Muzyka Messiaena zawiera w sobie dwie cechy, rzadko spotykane razem w tak dużym stopniu: jest silnie uduchowiona, a przy tym na wskroś nowoczesna. Wśród muzyki mistrzowskiej XX wieku nie ma takiej, która miałaby większe wartości duchowe niż muzyka Messiaena.

Do zabiegu używałem jednego z dwóch cyklów jego utworów organowych: 9 Medytacji na organy „Narodzenie Pana” (La nativité du Seigneur) lub Medytacje o tajemnicy Trójcy Świętej (Méditations sur le mystére de la Sainte Trinité); w tym drugim przypadku nie wykorzystywałem całego cyklu, gdyż jest on za długi  wybierałem utwory na łączny czas trwania ok. 60 minut. Ten drugi cykl jest znacznie trudniejszy w odbiorze i dlatego zacząłem go stosować przy kolejnej realizacji. W obu przypadkach nie zwracałem uwagi na programowe tytuły, tylko słuchałem po prostu jako medytacji na organy.

4. DŹWIĘK DZWONÓW LUB GONGÓW LUB DŹWIĘKI SYNCHRONIZUJĄCE PRACĘ MÓZGU

Ja stosowałem dźwięk gongu tybetańskiego synchronizującego pracę mózgu zgodnie z rytmem theta lub alfa, i to rozwiązanie okazało się najlepsze. Nie sprawdziła się próba łączenia tego z muzyką, nawet starannie dobraną - nie daje to żadnego dodatkowego efektu.

Jako alternatywę widziałbym dźwięk dzwonów, ale nie pospolitych, tylko wyróżniających się szczególnym brzmieniem. Może też być dźwięk zwykłych gongów, ale z moich ustaleń wynika, że niektóre gongi dają dźwięk niekorzystnie działający na mózg, należałoby więc przedtem upewnić się, czy ten, którego chcę użyć, na pewno działa korzystnie. Mógłbym też zastosować dźwięki innego rodzaju wprowadzające mózg w rytm theta lub alfa (preferowałbym theta). Nigdy nie mieszałbym ze sobą dwóch lub więcej takich efektów.

Ten zabieg trwał wyjątkowo krótko, nie więcej niż 40-45 minut. Czasami trwał zaledwie pół godziny.

5. BEETHOVEN: MISSA SOLEMNIS

Missa solemnis Beethovena jest utworem silnie mistycznym, odwołującym się do głębi ludzkich uczuć i potrzeby kontaktu z Absolutem, poruszającym najgłębsze pokłady człowieczeństwa. I właśnie na to należy zwrócić uwagę, a nie na to, że jest to utwór związany z liturgią, którą nie wszyscy akceptują. Kto ma pozytywny stosunek do chrześcijaństwa, dla tego trudno o lepszy utwór religijny. Kto ma do tej religii stosunek negatywny, może potraktować kontakt z tym dziełem jako możliwość przepracowania swojego stosunku do chrześcijaństwa – mało które dzieło muzyczne daje do tego równie dobrą sposobność. Starałem się o wykonanie kładące nacisk na mistykę dzieła, natomiast bezwzględnie unikałem obliczonego na techniczny popis możliwości wykonawców.

Zabieg ten jest kulminacją nie tylko trzeciej, ale wszystkich serii muzykoterapii. I tu dopuszczałem najwięcej wyjątków od zasad prowadzenia tych zabiegów. Mogłem opuścić część Gloria lub Credo. Większość części Credo, poza jej początkiem, nawet starałem się opuszczać, gdyż tekst jest poświęcony dogmatom bezwartościowym z duchowego punktu widzenia, a i muzyka jest słabsza niż w pozostałych częściach dzieła. Części Kyrie, Sanctus oraz Agnus Dei traktowałem jako wspaniale opracowane mantry. Zdarzyło się, że jedną z części powtórzyłem, i to nie w kolejności zgodnej z występowaniem w dziele. Czasami robiłem przerwy w zabiegu i to wiążące się z rozluźnieniem. Zalecany godzinny czas trwania zabiegu przekraczałem, nawet znacznie. Na zakończenie, dla odprężenia, miałem przygotowany utwór religijny spokojniejszy, na przykład Ave verum corpus lub Kyrie lub Sanctus z Wielkiej Mszy c-moll Mozarta, i też zdarzało mi się to wykorzystywać. Dopuszczałem możliwość, że będę robić jeszcze inne wyjątki od zasad tych serii w zależności od własnych reakcji i tego, co akurat wydało mi się wskazane. Co do tego zabiegu mogę podać najmniej precyzyjnych wskazówek, w tym przypadku szczególnie zdawałem się na wyczucie sytuacji i swojego stanu.

6. BHAJANY SAI BABY

Bhajany to hinduskie śpiewy religijne, polegające z grubsza mówiąc na tym, że prowadzący śpiewa wers, po czym cała grupa go powtarza, a po powtórzeniu wszystkich są one śpiewane jeszcze raz już w szybszym tempie. Spośród tych bhajanów, z którymi się zetknąłem, najlepsze wydają mi się bhajany z ashramu Sai Baby i te właśnie wykorzystywałem, choć nie w wykonaniu jego samego.

Z pozostałych bhajanów, z którymi się zetknąłem, dobre są wszystkie, ale żadne nie dorównują tym. Dobór konkretnych bhajanów nie miał znaczenia, odtwarzałem całą kasetę, na której końcu znajdował się końcowy śpiew Arathi.

7. ŚPIEWY RELIGIJNE SAI BABY

Tym razem, w odróżnieniu od zabiegu z drugiej serii, chodziło o śpiewy niezbyt długie, pochodzące z jakiegoś ashramu. Podobnie jak w poprzednim przypadku za najlepsze uznałem śpiewy w wykonaniu Sai Baby i sądzę, że trudno byłoby znaleźć coś lepszego. W Polsce wydane są dwie płyty z jego śpiewami. Lepsza jest druga z nich, ale jest trudniejsza w odbiorze. Zamiast śpiewów Sai Baby mógłbym użyć śpiewów w wykonaniu jego uczniów lub śpiewów z innego hinduskiego ashramu (sprawdziłem kilka i wszystkie nadawałyby się do tego zabiegu).

8. MUZYKA RELAKSACYJNA

Na koniec tej serii stosowałem muzykę relaksacyjną lub zbliżoną do relaksacyjnej. Szczególnie szukałem wśród muzyki elektronicznej lub zawierającej podkład elektroniczny. Najlepszą okazała się muzyka Jacka Gałuszki, unikałem tylko zestawu ukierunkowanego na jeden konkretny czakram. Dobra była też muzyka na czakramy Lucyana Wesołowskiego. W czasie, kiedy stosowałem te zabiegi, nie miałem jeszcze dostępu do muzyki Jonathana Goldmana i podobnej. Z mojego wstępnego rozeznania wynika, że też dobrze by się nadawała do tego zabiegu, jednak lepsza jest muzyka Gałuszki.

ZAKOŃCZENIE

Następnego dnia po zakończeniu serii przeprowadzałem modlitwę, medytację lub podobną praktykę, zawsze poza domem (miało znaczenie, żeby było to w innym miejscu, niż przeprowadzałem zabiegi). W tym celu udawałem się gdzieś, gdzie przebywałem wśród przyrody - do lasu, na jakieś wzgórze, na zamarznięte jezioro - i tam przeprowadzałem medytację lub modlitwę. Jaka to miała być modlitwa lub jaka praktyka – tego nigdy z góry nie określałem, pozostawiałem to do określenia po przeprowadzeniu całej serii w zależności od tego, co ona przyniesie. Nie miałem takiej okazji, ale myślę, że dobry byłby tutaj udział w jakiejś praktyce przeprowadzanej wspólnie z innymi, na przykład w szałasie potu.

Dopiero po przeprowadzeniu tego zakończenia serii kończyłem ciszę muzyczną.


Seria IV

Czwartą serię zabiegów stosowałem albo jako zakończenie procesu, albo wtedy, kiedy zbliżał się on do końca. Za pierwszym razem, kiedy po trzech pierwszych seriach długo nie było widać końca, zastosowałem jeszcze raz trzy pierwsze i potem dwukrotnie czwartą.

Z IV serią sytuacja przedstawia się inaczej, niż z pozostałymi. W przypadku trzech pierwszych od początku byłem na właściwym tropie, jak one powinny przebiegać, i w kolejnych realizacjach tylko je udoskonalałem. W przypadku czwartej cały czas czułem, że to nie jest to, o co chodzi, i trudno mi było znaleźć właściwy dla niej repertuar. Na właściwy trop repertuaru wpadłem dopiero po medytacji, jaką przeprowadziłem w tej intencji. Stąd też większość tego, co w tym przypadku opiszę, wypróbowałem tylko raz, i część zagadnień wymaga jeszcze zgłębienia.

1. CHORAŁ GREGORIAŃSKI

Mówiąc w skrócie, chorał gregoriański to średniowieczne śpiewy religijne, jednogłosowe, monotonne, w równych wartościach rytmicznych, bez towarzyszenia jakichkolwiek instrumentów, wykonywane zazwyczaj przez zespoły męskie, czasami przez żeńskie, nigdy przez mieszane. Są to śpiewy bardzo wyciszające i harmonizujące, według niektórych wprowadzające mózg w stan alfa.

Od strony muzycznej wszystkie chorały gregoriańskie nadają się do stosowania mniej więcej w równym stopniu. Zwracałem jedynie uwagę na tekst, choć poza żałobnymi i pasyjnymi nie stwierdziłem szczególnie niekorzystnych. Starałem się, żeby były to śpiewy składające się całościowo na jakiś obrzęd, ew. dwa obrzędy, lub jeden obrzęd uzupełniany o kilka innych śpiewów. Za najlepsze uznałem śpiewy do Ducha Świętego, z popularnym Veni Creator Spiritus (O stworzycielu Duchu przyjdź) na czele. Za każdym razem stosowałem śpiewy w wykonaniu zespołów męskich.

2. GŁOSY NATURY

Stosowałem czyste głosy Natury, bez żadnego podkładu muzycznego. Starałem się o takie, z którymi byłem jako tako oswojony  o nasze krajowe. Starałem się też o to, żeby przynajmniej częściowo były to głosy przyrody ożywionej, najlepiej z jakiejś puszczy lub dzikich ostępów.

3. GŁOSY NATURY Z PODKŁADEM MUZYCZNYM

Tym razem chodziło albo o muzykę z głosami Natury, albo głosy Natury z częściowym podkładem muzycznym (choć bezwzględnie konieczny ten podkład nie był). Tym razem lepsze były głosy Natury ze stron odległych. Dla mnie najlepsze są nagrania, w których główną rolę odgrywa szum wody, najlepiej oceanu, i nie wiem, czy wynika to z moich osobistych uwarunkowań, czy ma znamiona ogólniejszej zależności. Szczególną wagę przywiązałem do znalezienia dobrze dobranego podkładu muzycznego, gdyż większość podkładów muzycznych do głosów Natury, z jakimi się zetknąłem, jest dobrana niedbale lub nieumiejętnie, na zasadzie „byle tylko coś grało”. Kiedyś nabyłem nagranie Suita pacyficzna z serii Solitudes i nic lepszego nie mógłbym sobie do tego zabiegu życzyć. Z tego, co się zorientowałem, pozostałe płyty tej serii z głosami Natury również byłyby dobre.

4. MUZYKA LIGETIEGO

György Ligeti jest współczesnym kompozytorem węgierskim, zmarłym zaledwie kilka lat temu. Jego muzyka jest silnie intelektualna i z tego, co stwierdziłem, ma korzystny wpływ na umysł. Na początek dawałem jeden lub dwa spośród utworów: Atmospheres, Lontano, Ramifications. Ważniejsze są koncerty, które dawałem później (lub w ogóle mógłbym się do nich ograniczyć): Koncert na flet i obój, Koncert fortepianowy, Koncert skrzypcowy (oczywiście nie wszystkie).

5. MUZYKA XX i XXI WIEKU

Jest sporo utworów muzyki XX wieku nadających się do tego zabiegu; co do muzyki XXI wieku, to podaję ją na razie na wyrost. Ja zastosowałem Beatus vir Henryka Mikołaja Góreckiego oraz Exodus Wojciecha Kilara. Inne możliwości, jakie widzę, są następujące:

6. BĘBNY

Tu starałem się o głosy bębnów afrykańskich grających rytm oryginalnej afrykańskiej muzyki. Zamiast nich widziałbym ewentualnie bębny szamańskie. To zagadnienie zgłębiłem zbyt słabo, żeby pisać o tym szerzej.

7. MUZYKA SZAMAŃSKA Z KRĘGÓW SYBERYJSKICH

To jedyny zabieg, którego nigdy nie przeprowadziłem zgodnie z podawanymi tutaj zaleceniami, a jedynie z pewnymi środkami zastępczymi, o których nie chcę pisać (choć okazały się całkiem udane). Wtedy, kiedy mniej więcej zrozumiałem, czego należy użyć w tym miejscu, byłem kompletnie niezorientowany w temacie i nie potrafiłem nawet stawiać pytań. Dopiero niedawno wpadłem na trop muzyki, którą bym uznał za najlepszą w tym miejscu, i jestem jeszcze w trakcie jej zgłębiania.

Zastosowałbym więc muzykę pochodzącą z Mongolii, Tuvy lub podobnych stron, szamańską, z charakterystycznymi dla tych stron śpiewami alikwotowymi. Najlepiej, żeby były to śpiewy tworzące jakąś całość, ewentualnie ze wstępem kilku pojedynczych śpiewów lub utworów. Najlepsze, z czym dotąd się zetknąłem, są śpiewy w wykonaniu tuwiańskiego szamana Gendosa, i wstępnie mówię, że trudno byłoby o coś lepszego.

8. KOŃCOWY ZESTAW MUZYKI KLASYCZNEJ

Ostatni zabieg wszystkich serii oparłem na muzyce klasycznej, podniosłej i wartościowej artystycznie, ale równocześnie odprężającej lub refleksyjnej.

Głównym składnikiem tego zabiegu był Koncert fortepianowy C-dur Mozarta KV 503. Zamiast niego mógłbym ewentualnie użyć Koncertu A-dur KV 488 lub B-dur KV 595, Symfonii Es-dur KV 543 lub C-dur „Jowiszowej” KV 551 – pod warunkiem, że nie były użyte w jednym z poprzednich zabiegów. Oprócz tego widziałbym jeden z następujących utworów:

Koncert Mozarta powinien wystąpić jako drugi utwór. Wyjątkowo w zestawieniu z Te Deum Berlioza może wystąpić jako pierwszy.

ZAKOŃCZENIE

Na zakończenie tej serii odbywałem zwykłą, relaksującą wycieczkę, najlepiej gdzieś głęboko w piękną przyrodę, w czasie której starałem się nie zaprzątać sobie głowy sprawami poważnymi. Gdybym miał okazję, wziąłbym udział w jakiejś organizowanej imprezie o luźnym charakterze, ale od śpiewów z gitarą jeszcze bym się powstrzymywał. Poza tym nie dawałem już sobie ograniczeń. Dopiero w trakcie tej wycieczki lub po niej kończyłem ciszę muzyczną.

Efekty

Opisane tu zabiegi zawsze okazywały się środkiem radykalnym. Zawsze okazywało się, że po zabiegu potrzebne jest przynajmniej kilka minut, do ponad pół godziny, spokoju i wyciszenia. W niektórych przypadkach potrzebowałem kilku godzin, żeby odzyskać zwykłą sprawność. Efekty te były szczególnie silne na początku stosowania tych serii, kiedy mój stan psychiczny był dramatyczny. Wtedy w skrajnych przypadkach zdarzało się, że do końca dnia czułem się tak, jakbym był chory. Później, w miarę uwalniania od problemów i poprawy mojego stanu psychicznego, efekty te słabły. Nigdy jednak nie zanikły całkowicie, nie zdarzyło się, żeby taki zabieg okazał się relaksem. Jak sądzę, mogłoby się tak zdarzyć w dwóch przypadkach. Po pierwsze, w przypadku dobrania słabego repertuaru, który po prostu nie spełni swojego zadania. I po drugie, po całkowitym uwolnieniu od tkwiących we mnie blokad i obciążeń. Ani pierwszego, ani drugiego przypadku nie jestem jednak pewny.

Oczywiście działanie tych serii muzykoterapii nie sprowadzało się do uzyskiwania dramatycznych efektów. Gdyby tak było, nie warto by było ich stosować. W ich wyniku nastąpiło tak daleko idące uwolnienie od różnych tkwiących we mnie blokad i obciążeń, że można mówić o transformacji, która się dokonała. Jestem przekonany, że bez pomocy tych zabiegów uwalnianie od moich problemów trwałoby jeszcze bardzo długo, prawdopodobnie całe lata. Zdecydowanie było warto znosić wszystkie niedogodności wiążące się ze stosowaniem tych zabiegów, zarówno wynikające z konieczności przestrzegania zasad, jak też z towarzyszących temu efektów ubocznych. Ale – tu trzeba zaznaczyć – już samo wystawienie się na nie wymagało dużego samozaparcia i dużych sił przede wszystkim psychicznych. Konieczna też była możliwość złagodzenia codziennego rytmu życia – gdybym na przykład musiał intensywnie pracować po 10 godzin dziennie, gdyby wiązały mnie zobowiązania rodzinne lub też inne, serii tych prawdopodobnie nie mógłbym stosować gdyż po prostu zabrakłoby mi na to sił.

Gdybym miał kiedyś jeszcze raz zastosować te serie na sobie, to niczego już bym nie zmienił w zakresie samych serii i „tematów” poszczególnych zabiegów, natomiast wiele jeszcze pozostaje do zrobienia w zakresie szczegółowego doboru repertuaru, szczególnie w muzyce spoza kręgu naszej mistrzowskiej. I to dopracowanie szczegółów chyba już przekraczałoby moje możliwości – potrzebny tutaj byłby przede wszystkim ktoś, kto dobrze zna muzykę etniczną i potrafi znaleźć najlepszą spośród niej. Ja mogę powiedzieć tyle, że muzyka, którą stosowałem, bardzo dobrze spełniła swe zadanie, ale nie mam wątpliwości co do tego, że możliwe jest znalezienie jeszcze lepszej.

Możliwości wykorzystania

Moje serie muzykoterapii wykorzystywałem jak dotąd tylko wobec siebie. Warto postawić pytanie o możliwości wykorzystania ich wobec innych, o to, na ile przedstawione przeze mnie metody i wnioski sprawdzą się wobec innych osób, a na ile są słuszne tylko w moim przypadku. Czy to, że muzyka ta tak silnie podziałała na mnie i dała tak wspaniałe rezultaty, znaczy, że równie dobrze może podziałać na innych. To dopiero wymagałoby sprawdzenia, i to na większej próbie badanych osób. Kwestia "przenaszalności" moich doświadczeń na innych powinna dopiero stać się przedmiotem badań, co do przeprowadzenia których ja sam mam niewielkie możliwości.

Jak łatwo zauważyć, moje serie mogą być odpowiednie tylko dla ludzi pochodzących z europejskiego kręgu kulturowego. Wydaje mi się oczywiste, że chcąc opracować podobne serie dla ludzi pochodzących z innych stron świata, należałoby oprzeć się na muzyce z ich kręgu kulturowego, a jako uzupełniającą dać inną – choć oczywiście nie jest to zadanie dla mnie. W moim przypadku łatwe było to, że jestem zagorzałym fanem naszej muzyki mistrzowskiej i bardzo dobrze ją rozumiem. Co zaproponować ludziom, którzy tej muzyki nie tolerują  nie wiem. Nie można też ignorować indywidualnych preferencji i upodobań – wiadomo, że nie każdy lubi określoną muzykę, a ta, która na jednych działa dobrze, na innych może działać źle. Nie wykluczam, że niektórzy pacjenci mogliby źle odbierać muzykę, podaną przeze mnie jako wchodzącą w skład któregoś z zabiegów. Jak należałoby postąpić w takim przypadku – na to pytanie również nie potrafię odpowiedzieć. Ja sam mam pewne rodzaje muzyki, której nie lubię (na przykład prawie całej muzyki hiszpańskiej) i wolałbym jej na sobie nie stosować. Z kolei badań, jak taka nielubiana przeze mnie muzyka mogłaby na mnie wpłynąć, nie przeprowadzałem z tego względu, że nie widzę w niej wartości na tyle dużych, żeby mogła mieć jakiekolwiek zastosowanie, zatem pytanie to póki co pozostaje bez odpowiedzi. Ewentualne eksperymenty z doborem repertuaru należy przeprowadzać bardzo rozważnie, eksperymenty radykalne odradzałbym w ogóle. I jeśli już, to powinny one mieć miejsce pojedynczo, przed podjęciem serii zabiegów, tak, żeby sprawdzić, jak pacjent na daną muzykę zareaguje.

Nie podejmowałem kwestii, co zaproponować tym, którzy chcieliby spróbować zabiegów według mojego pomysłu, ale nie czują się na siłach przeprowadzać ich w tak radykalny sposób, jaki przedstawiłem. Nasuwa się pytanie, jak przekształcić je tak, żeby przy zachowaniu swej istoty nie były aż tak radykalne, i za cenę rezygnacji z części ich zalet stały się możliwe do szerszego stosowania. Tym zagadnieniem również zajmowałem się tylko w niewielkim stopniu. Moja pierwsza myśl jest taka, żeby stosować je z pominięciem tych zasad, które dotyczą medytacyjnego skupienia i pełnego otwarcia – krótko mówiąc, aby ograniczyć się do słuchania wymienionego repertuaru w spokoju i w ciszy. Sądzę, że jego stosowanie z ograniczeniem się tylko do niektórych wymienionych przeze mnie zasad będzie już miało efekt. Drugi pomysł jest taki, żeby prowadzić coś w rodzaju muzycznych studiów, zgodnie z podaną przeze mnie kolejnością zabiegów – napełniać się muzyką w kolejności zgodnej z podaną przeze mnie kolejnością, ale bez określania czasu trwania (może to być rozłożone na wiele dni) i szczegółowego zakresu, przechodząc do następnego etapu wtedy, kiedy pacjent uzna, że wystarczy mu tej muzyki, której słucha teraz. Na przykład najpierw przez jakiś czas napełniać się muzyką organową Bacha – tak długo, aż pojawi się potrzeba czegoś następnego. Potem przejść do muzyki średniowiecza, w których główną rolę będą odgrywały śpiewy Hildegardy von Bingen. I tak dalej. Na dalsze pomysły czekam. Nie wiem natomiast, czy możliwe jest sporządzenie łagodniejszego repertuaru – ewentualny łagodniejszy repertuar mógłby po prostu nie wywołać efektu na tyle wyraźnego, żeby warto było te zabiegi stosować.

Jak więc widać, pojawia się wiele pytań. Jestem pewien, że pojawią się również inne, które mnie w obecnej chwili nie przychodzą na myśl. Jedna próba, na której jak dotąd przeprowadziłem te zabiegi, to za mało nie tylko do wyciągania wniosków, ale też do snucia przypuszczeń. Bez podjęcia studiów na większej grupie osób, prowadzonych przez wyspecjalizowaną grupę badaczy, znalezienie zadowalającej odpowiedzi na te pytania nie będzie możliwe.

Podam na koniec kilka zaleceń, których przestrzeganie wydają mi się niezbędne.

Zaznaczę jeszcze raz, że bardzo ważny jest wymóg przestrzegania ciszy muzycznej podczas serii zabiegów. Jeśli ktoś pracuje np. w sklepie lub restauracji, w której cały czas gra radio i nie można tego zmienić, to niestety wydaje mi się, że te zabiegi będą dla niego niedostępne.

Warto na czas zabiegów ograniczyć kontakty towarzyskie, a nawet rodzinne. Powód jest bardzo prozaiczny  łatwo można wyjść na dziwaka, na stosującego niezrozumiałe metody, na kogoś, kto jeszcze dokłada sobie cierpień. Jeśli nie będzie pewności, że podczas stosowania zabiegów otoczenie nie zechce interweniować i utrudnić ich dokończenia, również lepiej jest zrezygnować na takiej samej zasadzie, na jakiej lepiej jest zrezygnować z operacji, jeśli nie ma gwarancji jej prawidłowego dokończenia.

Kilka dni przed rozpoczęciem pierwszej serii zabiegów należałoby zorganizować jedno lub dwa spotkania wprowadzające do nich. Z jednej strony należy jeszcze raz (bo zakładam, że po raz pierwszy nastąpi to wcześniej) omówić zasady. Z drugiej – nie każdy będzie przygotowany do takiej muzyki, jaka jest używana w tych seriach, i warto chociaż pobieżnie ją przedstawić. Zalecam prezentowanie nagrań podobnych, ale jednak nie tych samych, które będą używane podczas zabiegów. Warto zaprezentować jakiś utwór Bacha (może to być jedna część utworu), Mozarta, Strawińskiego lub Debussy'ego. Warto jakąś łagodną i niezbyt długą mantrę. Zalecałbym zacząć od Asato Ma w wykonaniu Sai Baby i jego towarzyszy. Można urządzić jedno lub dwa takie spotkania, utrzymane w atmosferze skupionej, ale nie całkiem ścisłej, jeszcze bez tych radykalnych zasad, które wymieniłem wcześniej. Na tym etapie jeszcze jak najbardziej można się wycofać i wręcz powinna to być ostatnia weryfikacja, czy pacjent chce się poddać tym zabiegom. Późniejsze wycofanie się uważam już za niedopuszczalne.

Zakończenie

Przedstawiłem tu własne, autorskie podejście do muzykoterapii. Muzyka w tym przypadku nie jest ani czynnikiem relaksującym, ani odprężającym, ani środkiem pozwalającym na własną ekspresję. Absolutnie nie neguję takiego znaczenia i takiego sposobu wykorzystania muzyki, sam niejednokrotnie ją w ten sposób wykorzystywałem. Tu jednak przedstawiam muzykoterapię w sposób inny – jako czynnik oczyszczający i transformujący o bardzo radykalnym działaniu, którego stosowanie obwarowane jest szeregiem – można powiedzieć – restrykcji, a skutki doraźnie mogą być bardzo nieprzyjemne. W zamian jednak uzyskać można oczyszczenie i transformację, o jaką trudno jest innymi metodami. Jak na razie nie zdecydowałem się stosować ani próbować moich serii na innych. Powstrzymywała mnie od tego obawa przed skutkami ubocznymi oraz to, że miałbym trudności w znalezieniu osób chętnych. Myślę, że do szerszego stosowania opisanej przeze mnie metody wiedzie jeszcze długa droga i wcale nie jest pewne, czy metoda ta nie będzie musiała ulec przekształceniom. Na razie zdecydowałem się przedstawić moje doświadczenia w nadziei, że przynajmniej dostarczą nowego spojrzenia na możliwości, tkwiące w muzyce. Jeśli przynajmniej niektórym mój artykuł dostarczy inspiracji, to jego cel przynajmniej częściowo zostanie osiągnięty. A jeśli znajdzie się ktoś chętny do współpracy, to w miarę moich możliwości chętnie ją podejmę.

Przemysław Kapałka

Komentarze: 5

[foto]1. Badania są kontynuowane • autor: Przemysław Kapałka (2014-12-30 20:03:00)

Jest taki slogan: Każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża twojemu życiu lub zdrowiu. W szczególności lek może być za silny. Właśnie dlatego zwlekałem kilkanaście lat z opisem tych zabiegów, mnie samego w pewnym momencie mało co nie rozniosły - choć było to w wyjątkowo dramatycznej sytuacji, mało kto ma szanse się w ogóle w takiej znaleźć. Jeśli chcesz spróbować, a boisz się, że będą zbyt mocne, poprzestań na słuchaniu w skupieniu i bez stosowania tych wszystkich rygorów, które podałem.

Proponuję, żebyś podała kontakt na priva.

[foto]2. Zachęta do kontynuacji badań • autor: Aleksandra O-J (2014-12-30 01:04:37)

Jestem oczywiście pod wrażeniem Twojej propozycji.Już samo czytanie o niej budzi respekt,co dopiero poddanie się takiemu eksperymentowi-gdyż tak chyba należy Twoje działania nazwać. Skoro przeszedłeś eksperyment który opisałeś-mocny z ciebie człowiek ,bez dwóch zdań.Ja padłabym na zawał,być może jestem, jakby to ująć ,nadwrażliwa podczas słuchania utworów muzyki poważnej,którą mocno przezywam:)Podczas studiów mających dotyczyć muzykoterapii zachęcano nas do studiowania prac amerykańskich na temat badania wpływu różnych rodzajów muzyki ,w tym konkretnych utworów muzyki poważnej ,na konkretne jednostki chorobowe.Takie badania są kosztowne a ich wyniki są ukrywane jako potencjalnie dochodowe programy terapeutyczne klinik uniwersyteckich.Jeśli potrafisz  poruszać się po anglojęzycznych stronach, może znajdziesz coś co nazwiesz konkretem.Gdyż dla mnie wadą powyższej terapii jest że jak piszesz :"W ich wyniku nastąpiło tak daleko idące uwolnienie od różnych tkwiących we mnie blokad i obciążeń, że można mówić o transformacji, która się dokonała"Dla mnie to określenie niejednoznaczne w stylu "czuję,że ozdrowiałem"A może mnie by  to lekarstwo zabiło?Myślę ,że wartością terapii jest to,że sam sobie dobrałeś utwór,który w danym momencie Tobie pomaga.Oczywiście spróbuję na sobie,w daleko mniej komfortowych warunkach,niemniej,zachęcasz do rozwoju.Dzięki za propozycje utworów.Pozdrawiam

[foto]3. Bardzo ciekawy • autor: Katarzyna Urbanowicz (2014-11-07 12:55:18)

Bardzo ciekawy jest Twój artykuł. Ja miałam okazję być poddawana rehabilitacji muzykoterapią w szpitalu kardiologicznym po wypadku, w którym doznałam mechanicznego uszkodzenia serca. W moim przypadku muzykoterapia miała dziwne, nieoczekiwane skutki, choć czytając o doborze muzyki w Twoich doświadczeniach widzę jak bardzo tamta muzykoterapia była prowadzona przypadkowo i na oślep. Był to zestaw muzyki w rodzaju relaksacyjnej, powolnej i dość spokojnej, odtwarzanej na staruteńkim, trzeszczącym Grundingu, a poddawani zabiegowi słuchania tego zestawu układali się na pół godziny na materacach na podłodze. Większość osób (najczęściej po zawałach) zasypiała natychmiast, część kręciła się niespokojnie oczekując końca. Ja miałam bardzo niedobre reakcje, dziwaczne i histeryczne poniekąd, a skutkiem ich była arytmia serca i konieczność rezygnacji z tej formy rehabilitacji. Potem, po roku, gdy ustalano stopień mojego trwałego uszczerbku na zdrowiu, biegły sądowy, profesor kardiologii stwierdził, że podobne reakcje na muzykę są charakterystyczną reakcją na niektóre zaburzenia pracy serca - gdy skarżyłam mu się, że nie jestem w stanie słuchać pięknej muzyki (choć mogę różne łupu-cupu). Uznał to za jeszcze jeden argument przemawiający za podwyższeniem stopnia trwałego inwalidztwa.Więcej nie spotkałam się z taką terapią, możliwe, że stosowano ją tylko po to, żeby podwyższyć ilość niekłopotliwych i niedrogich "zabiegów".Czytając Twój artykuł zastanawiam się, dlaczego nie wykorzystuje się tej formy terapii (przynajmniej nic o niej nie słychać). Czy dlatego, że występują czasem reakcje nieoczekiwane i dziwne? Że nikomu nie chce się badać jej wpływu na ludzki organizm? Czy może jeszcze z innych powodów?

[foto]4. To ważne spostrzeżenia • autor: Przemysław Kapałka (2014-11-22 09:38:13)

Ciekawe, że Twój komentarz zauważyłem po dwóch tygodniach, choć w tym czasie zaglądałem do artykułu. Myślę, że problem jest po mojej stronie.

Te reakcje, które opisujesz, to ważna wskazówka. Wytłumaczenie może być różne, to dopiero trzeba by zbadać - od takiego, że w wyniku swoich chorób tym ludziom nic się nie chciało, po takie, że muzyka była źle dobrana albo zabieg źle prowadzony. Jak było naprawdę - tego wiedzieć nie mogę, a chętnie bym się dowiedział. Ale moich zabiegów po zaburzeniach serca nie polecałbym na pewno. Na ten rodzaj problemów chyba by nie pomogły, a zaszkodzić, poprzez gwałtowne reakcje, mogłyby bardzo.

A dlaczego nie wykorzystuje się tej formy terapii? Wydaje mi się, że przyczyn jest kilka. Po pierwsze, mało kto myśli, żeby wykorzystać ten rodzaj muzyki. Po drugie, mało komu się chce solidnie przyłożyć do doboru repertuaru. Po trzecie, tak jak napisałaś, mało komu chce się badać jej wpływ na ludzki organizm, i mało kto wierzy, że wpływ może być tak potężny. Pewnie są jeszcze inne, mało chwalebne powody.

[foto]5. Jedno wyjaśnienie • autor: Przemysław Kapałka (2014-11-22 20:11:26)

Może jeszcze jedno wyjaśnienie. Terapię muzyką stosowałem wielokrotnie w różnych formach. Nie zawsze się izolowałem, nie zawsze wprowadzałem restrykcje, czasami był to relaks. Podejście, które opisałem w tym artykule, było podejściem skrajnym. Nie zawsze było trzeba podchodzić do tego aż tak rygorystycznie, jak tu przedstawiłem, ale tylko to jest warte opisania.