Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-02-22

Wojciech Jóźwiak

Sen o kosmicznej konstrukcji

Sen nie miał jednej akcji, składał się z oddzielnych epizodów, scen, spotkań z kimś i rozmów, z widoków i tematów, które w śnie poddawałem przemyśleniu. Wspólna dla nich wszystkich była ogólna formuła: oto jest w kosmosie pewna konstrukcja – kosmiczna stacja?, miasto?, sztuczna planeta? – gdzie ja przebywam i spotykam się z mieszkańcami. Tło było takie, że „dawno temu” – rzecz się dzieje w odległej przyszłości – postanowiono zbudować sztuczną „orbitalną wyspę”. Zainicjowano proces, który dalej postępował samoczynnie, bez ludzkiej kontroli, a nawet ta kontrola była niemożliwa, bo „narzędzia”, które tę konstrukcję budowały, same ewoluowały i to, jak działają, przestało być wiedzą zrozumiałą dla ludzi, a stało się czymś wymagającym żmudnych badań, podobnie jak teraz w przypadku działania żywych komórek, ich kodu genetycznego i enzymów, a zresztą żeby korzystać z ich działania, nie trzeba było wiedzieć jak to robią. Użyto na ten cel jako surowca pewnej planetoidy, którą ściągnięto z jej dawnej orbity. Gdzie ta „orbitalna wyspa” się znajdowała, zastanawiałem się, ale w końcu doszedłem do wniosku lub przypomniałem sobie, że nie znajduje się na orbicie okołoziemskiej, razem z Księżycem, tylko na bezpośrednio okołosłonecznej, tak że jej powiązanie z Ziemią jest dość luźne i raz zbliża się do Ziemi a raz daleko oddala.

Gwiazdozbiory na niebie były te same, co widać z Ziemi i nawet zdziwiłem się tym, że chociaż wraz z innymi tu będącymi jestem tak daleko od Ziemi, to gwiazdozbiory są te same, więc w skali kosmosu niedaleko odjechaliśmy.

Automatyczny ale jednocześnie „naturalny” proces budowy najpierw stworzył najgrubszy szkielet orbitalnej wyspy, który był czymś pośrednim między konstrukcją wielkiej budowli a tektoniczną formacją; przy tym wiedziałem, że rozmiary tej konstrukcji i jej fragmentów są wielokrotnie większe niż najwyższe ziemskie góry, a poszczególne pomieszczenia mają przynajmniej kilkadziesiąt kilometrów wszerz i wzdłuż, które to rozmiary były względne, ponieważ siła ciężkości była też sztuczna (była „zrobiona” w ramach tego „sztucznie-naturalnego” procesu budowy), znaczną cześć planetopodobnej budowli zajmował generator grawitacji, który tworzył pole grawitacji podobne w kształcie do pola magnetycznego dawanego przez zwojnicę. (Oglądałem model tego generatora.) W każdym razie to pole było tak pomyślane, że ludzie którzy tam przebywali odbierali normalną – jednorodną, jak na planetach - siłę grawitacji, tyle że dobrano ją mniejszą, 70% grawitacji ziemskiej, bo taka jak się okazało z badań, była dla ludzi optymalna. W ogóle krajobraz tej orbitalnej wyspy był podobny do fasady bardzo wielkiego budynku, bo wszystko się działo w pokojach z oknami i bez, w korytarzach i w szybach schodowych i windowych. Pewne balkony były dostatecznie obszerne by rosły na nich drzewa; przez okno obserwowałem nawet scenę przenoszenia dużego drzewa (jodły lub araukarii) z jednego miejsca na drugie; drzewo miało mniejszą bryłę korzeniową niż się spodziewałem.

Niebo widziane przez okna było przeważnie nocne, z gwiazdami, ale nie czarne tylko ciemnoniebieskie.

Miałem tam swoje mieszkanie i pracownię, bo to czym tam się zajmowałem, miało coś wspólnego z fizyką, powiedzmy że robiłem tam jakieś eksperymenty przy użyciu pewnej aparatury, której nie opiszę. Pojawiały się różne osoby, kobiety i mężczyźni, średnio w wieku około trzydziestu lat. Rozmawiałem z nimi, ale treści nie przypomnę, oprócz jednego dialogu. Z kilkorgiem mężczyzn siedzę jakby przy wejściu do dużego budynku, ale ten niby-budynek jest częścią planetarnej instalacji, z przodu jest skwer lub aleja, miejsce zarówno do chodzenia jak i dla roślin, chociaż też zainstalowane tam. Jedne z moich towarzyszy narzeka, że zrobiłby coś (co ma chęć zrobić), ale nie ma silnika. Ja odpowiadam mniej więcej tak: „Jak chcesz, to zrobię ci silnik. Spalinowy. Tylko nie na benzynę, bo nie mam węglowodorów, ale zrobię ci na eter – też będzie dobrze działał.” Mam przy tym poczucie, że taki silnik z łatwością „zrobię”, to znaczy spowoduję, że zostanie zrobiony, tylko wymaga to trochę czasu i skupienia. Jak zrobię? Tu jest istota sprawy. Żeby coś zrobić, zbudować jakąś rzecz lub przeprowadzić jakieś działanie, trzeba wejść w odpowiedni rezonans z siłami tej „sztucznie-naturalnej” planety. Procesy, które ją wygenerowały i budują dalej, bo ten proces nie został zakończony (i być może nie zakończy się nigdy), z łatwością zrobią coś takiego jak prosty spalinowy silnik. Wydało to mi się nawet jakąś dziecinadą, jakby zatrudniać profesora anglistyki żeby przetłumaczył „how do you do”, albo używać komputera do dodawania liczb od jeden do dziesięciu.

Problemem, który tam istniał i który mnie interesował, było życie miejscowego ekosystemu, ponieważ pewna liczba roślin, zwierząt i drobnoustrojów przystosowała się do życia tam, były albo sprowadzone tam celowo albo przypadkowo, albo zostały specjalnie wygenerowane przez tamte „sztucznie-naturalne” procesy budowy planety. Zastanawiałem się też (treść tej myśli trudno jest przełożyć „na nasze”), czy to co ja tam robię - moja rola, zadanie lub zawód – także jest wynikiem prowadzenia mnie przez tamte procesy.

Oczywiście jak to zwykle w snach, nie nazwane było w jaki sposób i skąd tam się wziąłem.

Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 2

[foto]1. Wizja czy sen? • autor: Nes W. Kruk (2011-02-22 17:44:43)

Wojtku, czy to był sen-wizja, czy eksploracja własnej podświadomości?

[foto]2. Czy sen? • autor: Wojciech Jóźwiak (2011-02-22 18:06:36)

Nes, to był sen, a ściślej przebitki jakie miałem po obudzeniu się i wyjściu z tego snu lub sennego stanu. Usiłowałem zapamiętać więcej szczegółów, ale wiekszość była poza słowami. Sen był taki, że w samym tym śnie wiele myślałem i analizowałem na bieżąco, zadawałem w myślach pytania, na które przychodziły odpowiedzi. Chwilami było tak, że "robiłem" ten sen.* Poza snem taki stan świadomości miewałem parę razy w saunie - w szałasie potu.

*Również uswiadamiałem sobie (w tym śnie) lub przypominałem, że o czymś podobnym gdzieś czytałem - gł. u Lema, ale i coś z Penrose'a było. Od Lema (z powieści "Obłok Magellana") był np. zapożyczony wynalazek, że widok za oknem jest elektroniczną inscenizacją. W tym śnie było tak, że widok przez pewne okno był wirtualną rzeczywistością, ale tam można było wejść.