Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2005-11-04

Jarosław Markiewicz

Samochód też jaskinia
Dlaczego ciało lubi jeździć samochodem?

Od lat jeżdżę samochodem, jeździłem jeszcze w czasach, kiedy naprawa samochodu to była wyprawa folklorystyczna do warsztatu (na Pradze),
najdziwniejsze opowieści tam zasłyszane od złotych rączek, mistrzów ustawiania gaźników na ucho, wtedy łatwiej było uwierzyć, że samochody mają dusze, oczywiste, że nie takie jak archaiczne żelazka do prasowania.
Niektórzy kierowcy rzeczywiście jakoś "dogadują się" ze swoją maszyną, ale to są ci, którzy obdarzają swój samochód uczuciami. I traktują maszynę mniej lub bardziej jako istotę żywą.
Oglądałem kiedyś świetny film rysunkowy, kosmici patrzą na planetę z góry i sądzą, że wiodącym gatunkiem jest samochód, który od czasu do czasu rozgniata coś takiego, co chodzi na dwóch nogach. Przygody samochodu jako istoty żywej są w tym filmie bardzo zabawne. Jak to-to się rozmnaża? Albo z nasienia, albo z jaja?

Przed podjęciem jakiejś ważnej decyzji, większość ludzi mówi - muszę się z tą myślą przespać.
Ale są też tacy, którzy mówią - muszę się z tą myślą przejechać samochodem.
Dlaczego? O co w tym chodzi?
Jazda samochodem z szybkością 100 km/godz. jest dla człowieka stanem nienaturalnym, człowiek o własnych siłach nigdy nie osiągnie tej prędkości, ale człek jest dziwny, wystarczy, że uświadomi sobie pilotów latających trzy machy - i te nędzne sto kilometrów wydaje się małe. Istnieje więc coś takiego jak wyobraźnia ciała,
a ciało łatwo wciela się w wyobrażenia, jeśli tylko umysł mu nie przeszkadza - i tym sposobem to co nienaturalne staje się naturalne.

Ta naturalność musi być skuteczna w działaniu, musi być zatem oswojona, a także w dużym stopniu zautomatyzowana. Odpowiednie automatyzmy ruchu zdobywamy na kursach jazdy. Ucząc się jeździć otrzymuję instrukcje z głowy lub za pośrednictwem głowy, następnie naciskam odpowiednie pedały, włączam i wyłączam urządzenia - jedziemy maksimum 30 km/godz i nie panujemy ani nad maszyną ani nad ruchami rąk, a jak jeszcze włączą się wycieraczki...

Nim przejdę do innych stanów psychofizycznych warunkujących dobrą, bezpieczną, pewną i satysfakcjonującą jazdę, omówię mechanizm przełączania uwagi,
takie przełączenia dokonują się pół-automatycznie, wystarczy że zrobię ze dwa podobne garnki na kole, (umyję kilka talerzy) w trakcie trzeciego najpierw widzę siebie w działaniu z zewnątrz, a później aparat percepcyjno-wykonawczy tu zostaje, a ja odpadam, albo jak się to mówi - łapię blusa (błogosławiony blus do zmywania talerzy), zaczynam bujać w obłokach, w spontanicznych przypomnieniach, przy okazji ciekawych rzeczy dowiaduję się o sobie, że mogę siebie zmywającego talerze zostawić samemu sobie, ciało wie najlepiej jak to robić,
ciało lubi jeździć rowerem, motorem, samochodem..

A więc właśnie, dlaczego ciało lubi jeździć samochodem?
Bo jeśli Twoje ciało nie lubi jeździć samochodem, to jeśli z jakichś powodów musi jeździć, to albo niech jeździ na siedzeniu pasażera albo niech uda się na psychoterapię, ale czy są samochodowi psychoterapeuci?

Ludzie różnie o tym mówią, najpopularniejsze jest chyba "złapanie blusa", w stanie blusa (napisy - nie rozmawiać z kierowcą) otwierają się jakieś zwykle nie używane, a może niedostępne kanały percepcji, w tym stanie udawało mi się unikać poważnych wypadków drogowych.
Uważaj na tych, co nie uważają!

Stan blusa jest to stan luzu, automat ciała zjednoczony z mechanizmem i wnętrzem samochodu.
Ćwiczenie dla jadących samotnie:
można przez pewien czas intensywnie, z brzucha, przez cały czas na luzie, mruczeć, buczeć najniżej jak można łapiąc mruczeniem melodię mruczenia silnika (jeżdżę dieslem).

A to wszystko po to, żeby "zjednoczyć się" z samochodem, kiedy jestem kierowcą muszę odczuwać zderzaki na skórze piersi i pleców, jeśli tego nie umiem, nie powinienem być kierowcą, tutaj nie chodzi o jakieś stany paranoiczne, moja uwaga musi automatycznie wziąć w posiadanie "ciało" samochodu, wówczas jest szansa, że będę jechał bezpiecznie, jak się to mówi - z czuciem.

Kiedy jestem już zjednoczony z samochodem, powoli w stanie blusa zaczynam się także jednoczyć z drogą, z jej powierzchnią i zakrętami, znakami drogowymi.

I nagle robi się coś takiego, że ma się na wszystko więcej czasu, ten czas reakcji to skarb, prawdopodobnie polega to na tym, że zjednoczenie z samochodem wyrzuca nas niejako poza samochód, uwalnia od wielu wewnętrznych problemów, pęd powietrza oczyszcza umysł, "to co ciało robi, nazywam umysłem" (John Dewey z Chicago), "doświadczenie jest płynne, ciągłe i nie ma na nim szwów ani przestrzennych ani czasowych"( James), jadąc samochodem osiągam prędkość jaskółki i powoli jednoczę się z szybko mijanym krajobrazem.

Nie wolno mi zapominać, że jako jaskółka ważyłem półtorej tony w bezruchu - w ruchu ważę wielokrotnie więcej i wszystko to zakumulowane jest na przednim zderzaku, tylny zderzak przy 90 km/godz waży tyle co piórko, chyba, że ktoś w niego przywali z prędkością 100,150 km/godz,. Osiągnięcie stanu jaskółki, oczywiście mądrej, nie widziałem w locie głupich jaskółek, przywodzi następną bardzo praktyczną refleksję:

kupiłem samochód i jeżdżę nim, bo to dostarcza mi jakiejś satysfakcji, te satysfakcje mogą być różne, szpanowanie, reperowanie własnego poczucia wartości, potrzeby zawodowe i jak się to mówi - czysta konieczność.
(czysta satysfakcja z czystej konieczności to dla misia prawdziwy miodek).

Zacznijmy od dziecinnej satysfakcji z jazdy, nie osiąga się jej zwiększając prędkość, chociaż głód tej dziecinnej, pierwotnej satysfakcji - jest zwykle powodem zwiększania prędkości, jeszcze nie osiągnąłem satysfakcji, dodaję gazu, i jeszcze trochę, aż nie mogę zapanować nad samochodem, przez chwilę czuję przypływ adrenaliny, która zwłaszcza z testosteronem tworzy swoistego szampana.

I potem mogę już zaskoczyć na dążenie do tego ekscytującego stanu, jeśli już w to wpadłem, to powinienem mieć świadomość, że jestem uzależniony, ciało i umysł odczuwają głód, a człowiek głodny jest bezwzględny (ma poczucie działania w słusznej sprawie) i szalony,

W stanie blusa bardzo wyraźnie widzę szaleńców na drodze, widzę ich z daleka, z przodu i z tyłu, bo zupełnie inaczej jadą ci, którzy gdzieś się spieszą, to jest zupełnie inny rytm jazdy, ci jadą szybko i posuwiście, omijają szerokimi łukami, ci na głodzie jadą bardzo nerwowo, przyspieszają i hamują, dobrze jeszcze jeśli jadą z tyłu, jeśli tylko mogę to ich puszczam, widzę wtedy, że są to zwykle mężczyźni przed pięćdziesiątką, a jeśli jeszcze obok siedzi zwykle młodsza kobieta, to wiem, że oni się popisują.

I to już jest szaleństwo mnożone przez szaleństwo, ci są naprawdę niebezpieczni, pomijam już sprawy techniczne, że jedna ręka zwykle błądzi na prawo, bo tam same przyjemności, a lewa na kierownicy nie jest tak sprawna (chyba że u leworęcznych, ale podobno leworęcznych o wiele rzadziej dopada ten rodzaj szaleństwa, gdzieś o tym czytałem).

Randka w samochodzie jest bardzo przyjemna, ale też bardzo niebezpieczna w czasie jazdy,
ciało kierowcy musi być zjednoczone z samochodem, a tutaj ciało zdradza pędzący samochód i skłania się ku jak najbardziej godnego tej szczerej skłonności - tu apel do pań wożonych, panie w swoim interesie (siedzą na bardziej niebezpiecznym miejscu) nie powinny swoich partnerów w czasie jazdy wzywać do boju, nie powinny się też z nimi nie daj Boże kłócić, mogą być ewentualnie rozpustne w wokalu, ale żeby nie odwracały uwagi ciała kierowcy, a oto w nagrzanej atmosferze samochodowego zbliżenia bardzo trudno, to już raczej zatrzymajmy się gdzieś, kochanie, będziemy mieli wolne ręce i nogi.

Istnieje też jeszcze bardziej satysfakcjonujące wyjście z tej niebezpiecznej sytuacji, ale to rzadko zdarza się na pierwszej, a nawet dziesiątej randce, kierowca jest zjednoczony z "ciałem" samochodu i podobnie zjednoczony jest z ciałem partnerki, a ideał osiągnięty jest wtedy, kiedy partnerka też jest zjednoczona z samochodem, wówczas osiągam nadsatysfakcję.
Osiągam ją, póki co, ze swoim synkiem, który jeździ na tylnym prawym siedzeniu, kiedy osiągam stan blusa, powoli jednoczę się z Jeremiaszem w jeździe, to jest trochę tak jakbym używał sztywnych złączy i poprzez nie poprawia się, odmładza(on ma 12 lat), wzbogaca moja percepcja zmysłowa, bystrość umysłu, polot, zakres skojarzeń. W miarę spokojne dziecko w samochodzie to prawdziwy skarb!

I następna sprawa, samochód jest klatką Faradaya, nie trafiają weń pioruny - odruchowo, przedświadomie coś o tym wiemy, nie zabieramy do samochodu kłótliwych sąsiadów, nie zabieramy wrogów - i sami nie powinniśmy się w samochodzie kłócić - a często się to widuje w mieście.

Nikogo nie chcę tu straszyć, przy miejskich pięćdziesięciu km/godz nasze siłą zjednoczone z samochodem ciało potrafi wybić dziurę w solidnej ścianie, ale w ostatniej chwili nasze ciało porusza się dalej z siłą wielu ton, nasze ciało nie wytrzyma zderzenia ze ścianą tak gwałtownie zatrzymanego samochodu.

W związku z tym nastrojem w klatce Faradaya samochodu, z jakimiś polami magnetycznymi naszych umysłów i ciał, sympatii i antypatii, współgrania i kakofonii, proponuję wprowadzić rodzaj rytuału, który niektórzy z nas praktykują w czasie mszy, rytuał wybaczania, nie chodzi o to, żeby to źle nastrajało, że niby zawsze memento mori, nie o to chodzi, ale pewna powaga wspólnego przedsięwzięcia (zawsze trochę w nieznane) powinna się pojawić w tym rytuale, to jest dobry wstęp do dalszych później zjednoczeń, rytuał ten może być zabawny i powinien być robiony na luzie, nieraz wystarczy przypomnieć, że cię kocham, to jest znacznie wyższe niż wybaczanie sobie, jeszcze milej jeśli nie mechanicznie usłyszę od kogoś to samo.

Jazda samochodem, jeśli wstępnie opanuje się tę sztukę, jest zawsze automatyczna. Istotna jest tu jednak jakość tej automatyki - i niestety nie zastąpi jej jakiś nowy system równoważnego hamowania kół - wszystko to jest bardzo pomocne, nie przeczę, zwłaszcza kiedy rzeczy dzieją się w nanosekundach - ale najważniejsze w tym jest nasze ciało i umysł,
chyba że już w całości zjednoczone komputery samochodu i drogi prowadzą samochód, wtedy wszyscy jesteśmy pasażerami i piosenka jest zupełnie inna.
Póki co, ciało, zmysły i umysł kierowcy - dokładnie - ale na luzie - złączone z masą i możliwościami samochodu - ale - kierowca w klatce samochodu - złączony jest i poddany wibracjom pasażerów - i tu znowu nie chodzi o to, żeby pasażerowie natężali się psychicznie i pomagali kierowcy, nie, niech wszyscy mają świadomość jednego celu i niech się temu celowi oddadzą przynajmniej połową swego serca, to zupełnie wystarczy, żeby atmosfera w klatce samochodu pełna była radości i optymizmu.

Bo samochód jest dziwnym miejscem samym w sobie. Sen, w którym śni się samochód, który rozkraczył się na drodze, bo zepsuły się jakieś przewody rozprowadzające ciecz, płyn hamulcowy, płyny systemu chłodzenia silnika - może sygnalizować problemy z krążeniem, zanim jeszcze ujawnią się w ostrzejszej formie. Mam sporą dokumentację tego typu snów, sporo jest na ten temat literatury. Na ogół świadomość dosyć łatwo identyfikuje rozrusznik z sercem, przegrzewanie się silnika z wątrobą. Skoro nasza podświadomość mówi do naszej świadomości takim przedstawieniowym językiem i używa do tego samochodu, to ta sprawa nie może mieć tylko stu lat, a od niepełna stu lat samochód jest w dosyć powszechnym użyciu, tutaj musi być przeniesienie z jakiegoś starszego, poprzednio używanego archetypu. Ale chyba nie wchodzi tu w grę ani rydwan, ani powóz konny, poprzednik samochodu. Archetyp jest chyba znacznie pojemniejszy. Na wschodzie mówi się o ciele i umyśle jako wehikule. Samochód wiozący nasze ciało i tak unerwiony naszym umysłem, najpierw w procesie produkcji a później jazdy - jest właśnie doskonałym uosobieniem owego abstrakcyjnego wehikułu. Jeśli w pełni zjednoczę się z tym wehikułem - samochód staje się miejscem magicznym.
Zdarzało mi się w takich stanach chwytać myśli pasażerów, nawet bardzo dokładne, wyrażane w cyfrach. Ale z powodu tej samej magii - depresja w samochodzie jest zaraźliwa. A przez to niebezpieczna dla innych.

Samochód jest też psychoterapeutą, poprzez to, że jest urządzeniem, które wymaga najwyższego skupienia automatycznej uwagi. Automatyczne i ciągłe, nieprzerwane skupienie umysłu na drodze, podobnie jak przy grze komputerowej - powoduje uwalnianie myśli, obrazów, urazów, obsesji. Bardzo wielu ludzi tego doświadcza. W samochodzie, podobnie jak na wojnie, nerwice łagodnieją lub znikają, zaczyna się ujawniać jakaś możliwość wewnętrznej przemiany.. Samochód jest miejscem, gdzie kierowca zmuszony jest oddawać się swoistej medytacji.

Ciało kierowcy po kilku godzinach jazdy przestaje być źródłem wrażeń. Uwaga ciała doskonale sprzężona z percepcją wystarcza sama sobie, tzn. bezpiecznie i płynnie prowadzi samochód. Wówczas - jak diabeł z pudełka - wyskakuje umysł, który myśli, że myśli, wysnuwa z siebie sny na jawie, przypomina sobie zdarzenia, projektuje, fantazjuje, boi się i robi wszystko, żeby się szarogęsić. Po kilku latach codziennej praktyki - umysł się najwyraźniej wyczerpuje w swoich szaleństwach, jest spokojniejszy i od czasu do czasu zaczyna widzieć coś, czego istnienia nigdy nie podejrzewał.

Samochód jest poniekąd urządzeniem lepszym dla medytującego niż jaskinia.
Bo tutaj dochodzi ruch, to nie jest medytacja w ruchu, to raczej medytacja ruchu, tego co było, jest w tej chwili i co będzie.
Myśl, pojawiająca się w formie językowej, obrazowej, mieszanej jak film dźwiękowy - jest produktem przeszłości. Myśląc, doznając stanów psychomentalnych - nie mogę być ani TU, ani TERAZ - jestem za szybą myśli lub doznawania, które ma swoje korzenie w przeszłości. Nigdy nie nadążam z byciem na bieżąco, bo zawsze coś myślę, zawsze coś się we mnie dzieje.
A teraz jadąc samochodem muszę być na bieżąco, tu i teraz. Niczym się nie różnię od rzuconego kamienia. Jestem obserwatorem, strażnikiem ruchu.


(Na wakacje wyruszyłem z Jeremiaszem samochodem i byliśmy świadkami, a często na siłę uczestnikami szaleństw jakie odbywają się na naszych drogach;
wiadomo, że drogi są nienajlepsze jeśli idzie o nawierzchnie, jazda więc tym bardziej i od samego początku wymaga dużego czucia.
Postanowiłem napisać praktyczny artykuł o jeździe samochodem. Ale z trochę innego punktu widzenia - bardziej ze środka tych, którzy podróżują samochodem, a także ze środka archetypu Drogi. Artykuł ten powstał też z rozmów z Krzysztofem Freislerem, kierowcą, który przejechał wiele razy planetę wzdłuż i wszerz, i na ukos, badaczem stanów psychomentalnych siebie jako kierowcy i zawodowym nauczycielem jazdy, który od bardzo dawna pisze książkę o tym jak jeździć bezpiecznie.)



Jarosław Markiewicz, 2004

Jarosław Markiewicz - poeta, malarz, filozof i wydawca. Mieszka w Warszawie.



P.S.
Przyszedł też do mnie taki przyczynek, wart zamieszczenia, od Norberta Kuleszy:


a propos Twojego artykułu o samochodach w Tarace:
"wiadomo, że drganie powietrza, nawet takie, które nie jest rejestrowane przez zmysł słuchu jako dźwięk, oddziałuje na organizm, i to nieraz bardzo silnie. Tak np. wibracje o niskiej częstotliwości, od 10 do 20 cykli na sekundę, wytwarzane niekiedy przez silniki samochodów, mogą wywołać symptomy euforii, braku rozwagi, co w rezultacie doprowadza czasem do wypadków drogowych. Ostrzegało przed tym, po przeprowadzeniu licznych badań, British Acoustical Society".
[Zygmunt Pikulski "Obietnice parapsychologii", str. 71]

JM



Jarosław Markiewicz

Komentarzy nie ma.