Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2009-05-24

Wojciech Jóźwiak

Rozwój duchowy: popularność, śmierć, ranga
Po pierwszym spotkaniu dyskusyjnego klubu Taraki

Przede wszystkim, stało się tak, że po paru miesiącach rozmów o tym, że warto by było spotykać się w realu, doszła do skutku pierwsza odsłona dyskusyjnego klubu Taraki: 14 maja (2009) zebraliśmy się w kawiarni Kafka w Warszawie, na skarpie na tyłach uniwersytetu, było nas 26-cioro, wypowiedzieliśmy się - i rozeszli z przekonaniem, że warto będzie robić to dalej.

Tematem było, czy rozwój duchowy jest "dla wszystkich" - czy może tylko "dla wybranych" i czy czasem ci wybrani nie są tylko "nawiedzeni". Czyli, inaczej, czy ćwiczyć rozwój ducha może każdy, czy tylko nieliczni, i jak ci nieliczni mają obchodzić się z nierozwijającą się większością. Jednak dyskusja rozwinęła się w nieoczekiwanym kierunku i, ciekawe, nie tyle w realu w Kafce, co na zapleczu, czyli w wirtualu na naszej liście dyskusyjnej Taraka-panel, a i trochę poza listą. Ważniejsze od nominalnego tematu okazały się dwie inne sprawy.


Rozwój duchowy a śmierć

Jeden z autorów pisujących do Taraki stwierdził w mailu - streszczam tu bardzo... - że skoro (kiedyś) umrze, co w pewnym momencie uświadomił sobie z wielką jasnością, i wtedy wszystko, całe jego życie, świadomość i doświadczanie się skończą, to żadne praktyki "rozwoju duchowego" nie mają sensu, ponieważ one jak i cokolwiek innego nie wyprowadzają poza materię, a najwyżej budują złudzenia. Praktykujący RD męczą się tylko, a na ich wysiłku żerują guru, kapłani i inni "duszpasterze", ciągnąc z tego kasę i pijar. Rozwój duchowy jako pojęcie jest fałszem, ponieważ "duch" jest złudzeniem, mózgowym epifenomenem. Zajmowanie się wszelkimi "technikami" RD jest marnowaniem tych nielicznych cennych chwil życia, które jeszcze mi przed śmiercią zostały.

Więc mamy temat do dyskusji: czy to, że umrzemy, czyni praktyki duchowe bezsensownymi?


Rozwój duchowy a ranga

Drugi kontr-wątek (wobec nominalnego) pojawił się już na spotkaniu w Kafce, wypowiedział go Robert Palusiński, który wkrótce zamieścił w "Tarace" artykuł o tym: Ranga i rozwój duchowy. Autor twierdzi, iż kiedy ktoś rozwijający się duchowo, czyli praktykujący którąś ze ścieżek, spotyka się z osobą "zwykłą" tj. niepraktykującą lub w ogóle niewiedzącą, o co chodzi, to jest to szczególny przypadek ogólniejszej relacji przedstawiciela większości z przedstawicielem mniejszości. Jest regułą, że ci z większości uważają swoje poglądy za jedyne właściwie i normalne, własny obraz świata uważają za ogólnoludzki i nawykowo dają sobie prawo do przemawiania w imieniu wszystkich. Jako "większościowcy" mają wyższą rangę, a wyższa ranga ma to do siebie, że działa jak czołg: miażdży i to jeszcze nieświadomie, bo przedstawiciele większości, pewni swoich racji, literalnie nie wiedzą, co czynią. Relacja rozwijającego się (należącego do większości, mającego wyższą rangę) i nierozwijającego się (należącego do mniejszości, mającego niższą rangę) przypomina podobne pod względem nierówności rang spotkania Białego z Czarnym, mężczyzny z kobietą, kogoś wykształconego z niewykształconym, heteroseksualisty z homoseksualistą. Zawsze większość (z lewej strony powyższych porównań) odruchowo, uporczywie i naturalnie nie rozumie mniejszości (tych z prawej strony pow. porównań).

Czytałem tekst Roberta z uczuciem bardzo mieszanym. Z jednej strony widziałem, że sprawa jest ważna i coś ważnego mówi o nas i świecie, z drugiej strony wiele mi się nie zgadzało. Oto co:

Czy "większość"? To co pisze Robert, inspirowane jest wykładami Arnolda Mindella, twórcy Psychologii zOrientowanej na Proces (POP). Być może coś tu narabia przekład z angielskiego. W każdym razie polskie słowa "większość" i "mniejszość" odnoszą się tylko do liczby. Większość to są ci, których jest więcej. Mniejszość to ci których jest liczebnie mniej. Jeśli trzymać się tego dosłownego znaczenia, to poglądy Mindella, a za nim Palusińskiego, nie sprawdzają się w tak wielu przypadkach, że aż trzeba je nazwać po prostu nieprawdziwymi! Szlachta w dawnej Polsce miała wszystkie cechy i przewagi Mindellowskiej "większości" (nad chłopem, mieszczaninem i Żydem), a była liczebnie w mniejszości. Tak samo komuniści w dawnej PRL i w innych Demoludach - i tak samo każda rządząca kasta. Znowu "rozwijających się" jest nie tak wielu i w społeczeństwie są zdecydowaną liczebną mniejszością. A kobiety liczebną większością, chociaż Robert podaje je jako przykład mniejszości.

Ten logiczny zgrzyt znika, jeśli umówimy się, że trochę zmienimy sens słów "większość" i "mniejszość": niech oto "większość" przybierze znaczenie tych, którzy są więksi (np. więcej mają, więcej mogą) - a "mniejszość" niech oznacza tych, którzy są mniejsi. Teraz się zgadza! - tzn. zgodzę się z Robertem Palusińskim i z Mindellem.

Milczące i mylące przyjęcie, że większość jest "większa", więcej może, więcej znaczy itd., wydaje mi się nieświadomym niedopatrzeniem Amerykanina, który przywykł do swojej odwiecznej demokracji i odruchowo pomija inne stosunki społeczne. - Skądinąd, gdyby mój domysł był słuszny, byłby to ciekawy przykład tej arogancji większości, o której twórca POP pisze i wytyka.

Może nie "większość" tylko "centrum"? Wczorajszy (23 maja 09) "Dziennik-Europa" poświęcony jest prof. Jadwidze Staniszkis, w której rozpoznaniach zasadnicze znaczenie mają pojęcia centrum i peryferii. Peryferie to te kraje, okolice świata, gdzie idee, stosunki społeczne, polityczne rozwiązania i opisujące je pojęcia nauki przychodzą z opóźnieniem, trafiają na niegotowy grunt - nie są zsynchronizowane z własnym tempem rozwoju tych krajów (stąd okresy zastoju na przemian z popychaniem historii). Centrum jest pewne (pewne swego, pewne tego co głosi) - peryferie są niepewne; centrum istnieje silnie, podczas gdy peryferie nie są pewne nawet swojego istnienia, ich byt jest skażony tymczasowością, prowizorką. Co najgorsze, peryferie nie mają sposobów, aby same siebie właściwie poznać i docenić, ponieważ sam rozum (z jego pojęciami, metodami itd.), jako powstały w Centrum, temu centrum służy i je chwali, a peryferie używając rozumu (w postaci np. nauki) chwalą i wzmacniają centrum, nie siebie. W końcu okazuje się, że od peryferii nic nie zależy, w szczególności ich własny byt, ich własna historia: pozostaje im tylko bardziej lub mniej fortunnie (zwykle: mniej!) reagować na bodźce i decyzje idące z Centrum.

Właśnie tak bym widział układ-ranking rang, o którym pisze Robert. Wyższą rangę ma ten, kto stoi bliżej centrum. (A nie ten, kto należy do liczniejszej grupy.) Bliżsi centrum, bardziej centralni, mają wyższą rangę, która pozwala im narzucać wartości i normy. Dopiero centrum - istnienie tego rango-twórczego centrum - tłumaczy, dlaczego w Polsce nie wystarczy urodzić się białym, mężczyzną, heteroseksualnym i wykształconym, żeby czuć i mieć w sobie tę pewność siebie, którą mają Amerykanie o tych samych cechach. Nie wystarczy! Bo Amerykanie są w centrum, a Polacy nie są. Jesteśmy z peryferii, co działa tak, jakby nasza skóra nie była całkiem White.

Powyższe rozpoznanie potwierdzałoby to, że silnym czynnikiem podwyższającym - wśród Polaków - rangę, jest biegłość w języku angielskim. Może nie?

Robert Palusiński pisze, że odrzucający stosunek, jaki mają "większościowcy" do osób z "mniejszości", łączy się z podobnym odrzuceniem "mniejszościowych" stron naszej psychiki, łączy się z represją wobec pewnych aspektów własnego "ja" (np. własnej uczuciowości, traktowanej przez większościowego mężczyznę jako coś "babskiego"). Przypadek mieszkańca peryferii na tym tle wyglądałby tragicznie: jego wewnątrz-psychicznym korelatem byłaby represja wcale nie jakiejś swojej części, tylko własnej całości!

Widok z New Yorku. Gdy przez taki pryzmat popatrzeć na świat, obraz jest przerażający: oto drobna grupka dobrze się mających, bo zaliczających się do "większości": są w niej biali wykształceni i zamożni heteroseksualni mężczyźni mieszkający w wielkich miastach USA i kilku innych krajów, głównie angielskojęzycznych; tej niby "większości" jest może 10 milionów - a poza nimi są miliardy ludzkich istot tak lub inaczej ułomnych: kobiet, gejów, nie-białych, niezamożnych... ale przede wszystkim nie zaliczających się do Anglo-Sasów i nie władających angielskim biegle lub wcale.

Większość też. Na problem rang i większości, trzeba, myślę, popatrzeć tak: nie zawsze ranga wynika z należenia do większości; są inne źródła rangi, a powodów podwyższających (i przeciwnie: obniżających) rangę jest wiele. Należenie do większości jest jednym z nich! Do większości liczonej liczbą lub rozgłosem, jaki czyni - dodajmy. Palusiński i Mindell uczulają na istnienie i siłę rangi wynikającą z należenia do większości.

Czy ten rodzaj rangi stosuje się do rozwoju duchowego? Tu pies pogrzebion... Liczebnie praktycy RD są przecież w mniejszości... Żeby poczuć się mieszkańcem większości, trzeba wykonać jakieś mentalne wygibasy: np. uwierzyć, że zazen, bębnienie lub wizualizacja jest "przyszłością świata", "nową erą", albo że "buddyzm jest przyszłością Zachodu" - czyli uwierzyć, że chociaż dziś i faktycznie twoja sekta jest drobną mniejszością, to kiedyś w świetlanej przyszłości zawładnie rządem dusz na skalę większości. Czyli trzeba wmówić sobie, że jest się w większości - na kredyt! Taki wątek istnieje w New Age'u, być może właśnie tu jest linia graniczna, kryterium, pozwalające odróżnić New-Age'owców od wszystkich innych. Ale fakt faktem, zbiorowisk ludzkich, w których uprawiający RD byliby liczebnie w większości, jest niewiele, może na wizytach lamów lub pow-wowach indianistów.

Czy RD podwyższa rangę, czy obniża? Co na to opinia publiczna? Czy jesteśmy postrzegani jako Cenne Jednostki, czy jako Dewianci? Tego przecież wciąż nie wiemy i nie dodyskutowaliśmy się tego.

Para-rangi. Zajmowanie się RD (w różnych jego odmianach) jest okazją do tworzenia rang lub raczej para-rang. Tak jak astrologia lub feng-shui są para-naukami. (Pseudo-nauka, jak mówi sam termin, to nauka fałszywa. Para-nauka, to nauka uprawiana obok nauki "właściwej", przez tamtą nieuznawana.) Dziedziny działalności dalekie od centrum (stanowionego w tym przypadku przez naukę) tworzą swoje własne układy rang, własne rankingi. W astrologii, szamanizmie, feng-shui, jodze tworzone są układy rang, które nazwać można para-rangami, bo są równoległe i poboczne względem uznanych rankingów. Zwykle nazywamy je raczej gettami... Czy do tych rang startują (i czy głównie?) ci, którym nie udało się w rankingach bardziej oficjalnych, bardziej centralnych, czyli nieudani naukowcy, biznesmeni, księża, artyści lub politycy? Jak interferują ze sobą para-rangi z rangami uznanymi? Czy można sięgnąć po nobilitację zaczynając od pararangi, jak Lemowi udała się nobilitacja w literaturze, chociaż działał w para-literaturze czyli w getcie science-fiction? Wielkie a nieznane pole obserwacji dla socjologów.


Wojciech Jóźwiak


Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.