Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2019-11-13

Paweł Droździak

Różne przejawy tej samej sprawy


Warto skomentować choć kilka ostatnich politycznych wydarzeń, które wydają się bardziej od innych znaczące. Uczynię to skrótowo, w kolejności od najmniej moim zdaniem istotnego, aż do tego które wydaje mi się najważniejsze.

Oto więc pierwsze ze zdarzeń – Tusk nie będzie kandydował na prezydenta. Rezygnacja z kandydowania motywowana była wynikami sondaży, z których wyczytano, że ma Tusk wielu wrogów. Czemu to jest ciekawe, prócz tego, że w ogóle świat w którym fakt posiadania wrogów zniechęca kogoś do uprawiania polityki jest ciekawy sam w sobie? Oczywiście nie jest to ciekawe z powodu pytania kto będzie kandydował, lub nawet kto zostanie prezydentem, nie ma to bowiem wielkiego znaczenia w sensie personalnym, czego komentatorzy zdają się nie zauważać. Polski i nie tylko polski spór polityczny i społeczny w tym momencie nie jest wojną osób, ani nie jest wojną rozwiązań ustawowych, ekonomicznych, bądź konstytucyjnych. Te rzeczy to szczegóły i elementy dekoracji, które w zasadzie w ogóle nie powinny być dyskutowane i jeśli cokolwiek jest od tego mniej istotne, to chyba tylko ulubiony temat wszystkich mediów głównego nurtu, czyli „kto z kim personalnie”. Nic nie jest dalej od sedna niż to. Tymczasem w Polsce i nie tylko toczy się wojna odmiennych hierarchii wartości i odmiennych obrazów świata. Istnieją tu dwie i tylko dwie liczące się opcje – etniczna i uniwersalistyczna – i walka toczyć się będzie po prostu między nimi.

Czy w obliczu tego faktu ma jakiekolwiek znaczenie, kto personalnie będzie startował z opcji etnicznej, a kto z opcji uniwersalistycznej? Żadnego. Liczy się opcja, nie osoba. Ważne tylko, by startujący z ramienia danej opcji był jeden. Personalnie można wystawić kogokolwiek, czego koronnym dowodem jest Andrzej Duda. Napisano od czasu jego wyboru całkiem sporo zabawnych przemądrych analiz w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, jakież to jego właściwości doprowadziły go do elekcji, co samo w sobie pokazuje, w jak straszliwym intelektualnym rozkładzie jesteśmy, bowiem istnienie takich rozważań dowodzi tylko jednego. Komentatorzy widzą drzewa, ale nie umieją zobaczyć lasu. Widzą pojedyncze zdarzenia i osoby, przeżywają oderwane od siebie epizody wstrząsów estetycznych, ale kompletnie nie są w stanie zobaczyć świata idei, które toczą śmiertelne zapasy pod powierzchnią tych nic nie znaczących zdarzeń. Nie umieją tych idei sformułować, a jeśli wyczuwają je jakkolwiek, to jedynie właśnie na poziomie różnicy estetyk.

Jakież to zatem „właściwości Dudy” dały mu prezydenturę? No oczywiste jest przecież, że żadne. Został wybrany, bo był z PiSu. Nie było innego powodu. Ważne w praktyce jest tylko to, by w ramach danej opcji nie było dezorientacji kto właściwie jest od nas. Jeśli wiadomo, kto to jest, personalnie może to być Telesfor, Kazushi Sakuraba, Andrzej Fredro, bądź Andrzej Gołota. To nie ma absolutnie żadnego znaczenia, liczy się bowiem wyłącznie konflikt podstawowych wartości i manichejskie starcie Uniwersalizmu z Etnizmem. W opcji etnicznej dotąd dezorientacji nie było, gdyż kandydata jasno i jednoznacznie określał Kaczyński i z chwilą ogłoszenia, kogo wyznaczył, poparcie dla tego kandydata stawało się w pełni przewidywalne, cokolwiek kandydat ów by mówił, lub robił. Teraz może być inaczej, strona etniczna wyłoniła bowiem z siebie opcję nowego typu, co dla PiSu może stać się pewnym problemem. W miarę bowiem, jak jego przemiany przestały być tylko marzeniem, a stały się realne, oczywistym się stało, że nie przyniosą one żadnego cudu. Tak jest zawsze. Marzenie zawsze jest lepsze niż rzeczywistość i nie darmo się mówi „chroń mnie przed tym czego pragnę” skąd jednak ludzie mieliby to wiedzieć? Za krótko żyjemy i wiedza ta przychodzi zwykle za późno. Tak i tym razem. Choć niby spełnił się sen, nie zmieniło się nic istotnego. Biznes globalny w dalszym ciągu ma przewagę nad lokalnym, najsprawniejsi na rynku w dalszym ciągu mają bez porównania więcej od tych, którzy sobie na rynku nie radzą, rodzina w dalszym ciągu jest w kulturowym rozpadzie i nic tego powstrzymać nie może, a prowadzący jednoosobową działalność facet z małego miasta w dalszym ciągu jest przygnieciony przez ZUS, bity i kopany przez chiński import i zachodnie know how, w dalszym ciągu dręczony polityczną grą o dzieci z byłą żoną i awanturami z obecną o to, że dzieci ze swych różnych związków traktuje nierówno. I w dalszym ciągu nikt mu w tym ani nie pomoże, ani go w tym nikt nie zrozumie. Żaden cud się nie zdarzył. Etniczność, na którą tak wielu liczyło, zawiodła jako dystrybucyjne centrum prestiżu i powoli z samego jądra tej etnicznej opcji wyłaniać się zaczyna forma nowa i nowa nadzieja, która się oczywiście okaże tak samo płonna. Mowa tu o wszystkim tym, co wiąże się z Konfederacją.

Przesunięcie akcentów jest jasne. PiS proponuje sytuację, w której człowiek jest częścią narodu, a emanacją narodu jest państwo, które za człowieka tego odpowiada. Przynależność daje więc godność, a grupa, do której się przynależy dodatkowo daje ochronę. Posłuszeństwo wodzowi nie wydaje się szczególnie wysoką ceną za te korzyści, jednak w praktyce okazuje się, że grupa nie ma do zaoferowania aż tak wiele, jak to zapowiadano. Konfederacja proponuje więc inne rozwiązanie. Nie jesteś nikomu nic winien i nie odpowiadasz za nikogo. Narodu nie potrzebujesz, gdyż tylko ci ciąży i doskonale poradzisz sobie sam. Jasna rzecz, że się narodu tutaj nie odrzuca. On jest, jako dodatkowe wzmocnienie prestiżu i mitologii rodziny, która tak orientowanemu mężczyźnie ma dawać życiowe zaplecze, jednak obietnica jest odmienna od narodowo-socjalistycznej obietnicy PiSu. Nie będzie o ciebie naród dbał, bo i tak nie zadba, sam o siebie lepiej zadbasz gdy będziesz musiał dbać tylko o siebie i nic nie będziesz musiał dać, jeśli sam nie zechcesz. I ta nowa obietnica wydaje się mieć nową siłę, PiSowi grozi więc to, że z partii „dla wszystkich” stanie się partią tylko dla potrzebujących pomocy, każdy bowiem, kto będzie czuł się na siłach samemu sobie poradzić, przesunie się z czasem w kierunku sił podobnych do Konfederacji.

Jak to się jednak stało, że mowa tu o podobnej ludzkiej grupie, której obraz świata jakby się przekształcał? Może nazwa „etnizm” nie jest już w takim razie właściwa? Jest właściwa, ale z innych powodów, niż wcześniej. Wystarczy uświadomić sobie, co od zawsze było podstawą wszelkiej etniczności, by to pojąć.

W opcji uniwersalistycznej dezorientacja była, jest i będzie, gdyż stan dezorientacji jest tej opcji cechą immanentną. Ostatecznie jednak, o ile wybory nie skończą się w pierwszej turze, w turze drugiej stanie naprzeciw siebie dwu kandydatów. Kandydat PiSu i kandydat NiePiSu i tam, gdzie wcześniej był chaos zdezorganizowanych cząsteczek, istnienie PiSu zorientuje prostą polaryzację, bowiem w obecnej rzeczywistości dialektycznej tym właśnie jest opcja Uniwersalistyczna. NiePiSem. Który tym się właśnie od PiSu odróżnia.

Z tego dalej – czy jest problemem to, ze Tusk ma wielu wrogów? No właśnie dlatego ma wielu wrogów, że cała opcja etniczna jest mu wrogiem. Dlaczego? Bo słusznie wyczuwa, że jeśli Tusk wystartuje, to cala opcja uniwersalistyczna będzie miała jasność, że „ten od nas” to Tusk. Czy zatem powinien startować? Oczywiście. Czy wygrałby? W żadnym wypadku. Oczywiście, że by nie wygrał, ale nie z powodu słabości własnej kandydatury i nie z powodu posiadania wielu wrogów, ale nie wygrałby dlatego, bo generalnie cała opcja uniwersalistyczna umiera. Miałby 40/60. Owszem, jest to argument, żeby wystawić Kidawę (wynik ten sam) i później bredzić, że „Polacy nie byli gotowi na kobietę” a Tuska oszczędzać bez końca na te magiczną chwilę, kiedy uniwersalizm powróci. Jak Turcy oddadzą nam Konstantynopol. To wtedy. Tusk jednak zrezygnował, co jest o tyle fatalne, że pokazuje, iż w obozie uniwersalistycznym nikt nie odróżnia drzew od lasu. Nikt nie rozumie, że to nie jest ani spór osób, ani spór programów, ani wojna na wpadki z aferami. Nikt nie rozumie, że to jest manichejskie starcie dwu zasadniczo odmiennych obrazów całej realności ludzkiej i społecznej. Totalnie całej. I nikt tu nie zmieni zdania pod wpływem niczego, bo o byciu po tej, albo tamtej stronie nie decydują tu względy praktyczne, ani interesy, a najgłębsza istota osobowości. Uniwersalista może stać się etnistą i odwrotnie, ale to nie dlatego, że zmienią się jego opinie. To on musi się zmienić, by tak się stało. On jako człowiek. Żaden gazetowy fakt tego nie zmieni. Nikt jednak tego nie rozumie i dlatego jako kandydatkę Uniwersalistów będziemy mieli Kidawę.

Czy ma ona jakieś zalety? Nikt na świecie nie ma pojęcia, co Królowa sądzi o czymkolwiek – mawia się o Elżbiecie II i to akurat niezmiennie mawia się z podziwem. Nieprzeniknioność osądów Królowej jest oczywistą zaletą, kiedy się jest królową Anglii, przynajmniej do czasu, kiedy reprezentuje ten kraj jeszcze jakieś wspomnienie po dawnym imperium. Jednak w przypadku Kidawy ta sama cecha nie jest już zaletą, ponieważ w odróżnieniu od Elżbiety II Kidawa nie ma za sobą niczego. Brak opinii o czymkolwiek nie jest jednak wadą. Podobną cechę miał Duda i w jego przypadku działało to na korzyść elekcji, nie zachodziło bowiem żadne ryzyko omyłki. Głosowało się za opcją etniczną, której szefem jest Kaczyński i jasne było, że żadnych zakłóceń w realizacji planów Kaczyńskiego powodowanych czyimiś osobistymi ambicjami nie będzie, kandydat bowiem jest doskonały w tym sensie, że całe sterowanie państwem przez Naczelnika będzie przebiegało bez zbędnych zakłóceń. W przypadku Kidawy jest o tyle gorzej, że nie stoi za nią żaden Kaczyński, ani nikt w ogóle, zwolennik opcji uniwersalistycznej jest więc w takiej samej sytuacji, jak zwykle. Nie głosuje na „coś” gdyż jego punktu widzenia jako takiego nie ma, ale głosuje na „nie-coś”, konkretniej na NiePiS. Który może w zasadzie równie dobrze mieć twarz Kidawy. Ważne, żeby było wiadomo, o kogo chodzi. O co chodzi, wiadomo nie będzie, będzie jednak jasne, o co NIE chodzi. Żeby nie PiS.  Żeby NiePiS.

Zdarzenie drugie

Trump powiedział publicznie, że przywódca ISIS zginął jak tchórz. Lawina kretyńskich komentarzy jaka się po tej wypowiedzi rozległa pokazuje tylko to, co i tak wiadomo i o czym już tu wyżej pisałem dwukrotnie. Kali Yuga. Kończymy się duchowo i intelektualnie, bo ci z nas, którzy powinni mówić rzeczy najmądrzejsze, ci właśnie mówia rzeczy najgłupsze. Tak monstrualnie głupie, ze opadają ręce.

Oczywiście Trump powiedział dokładnie to, co należało. To pierwszy prezydent który w ogóle może wygrać wojnę z ISIS. Raczej nie wygra, ale to jedyny który ma na to choćby cień szansy. Dlaczego mówi to, co mówi i dlaczego to właśnie mówić należy pisałem prawie cztery lata temu. Pracownicy amerykańskiej administracji do tego stopnia utracili już jednak kontakt z rzeczywistością, że po słowach Trumpa, idealnie dobranych z punktu widzenia toczonej z ISIS nierównej walki po prostu ośmieszyli mówiącego zaprzeczając, by mógł wiedzieć, jak dokładnie przywódca terrorystów zginął. Wiele ludzkich istnień poświęcili przez te swoje słowa.

Zdarzenie trzecie

Wiceprezes Konfederacji powiedział publicznie w wywiadzie, że globalne ocieplenie jest faktem, że zachodzi w dużej mierze z winy człowieka i że może w przyszłości stać się przyczyną poważnych problemów. Czemu to jest ważne, wymaga kilku zdań wyjaśnienia.

Emisja dwutlenku węgla z paliw kopalnych zdaniem naukowców może destabilizować wymianę cieplną planety i prowadzić do niebezpiecznych, globalnych zmian temperatur i klimatu. Na chwilę obecną emisja CO2 cały czas rośnie, a przewidywane są dalsze, poważniejsze wzrosty. Nigdy i w żadnym kraju nie udało się uzyskać trwałego spadku emisji. Mimo wielu porozumień międzynarodowych żadne wspólne umowy nie zmieniły tej sytuacji. W chwili obecnej ludzkość zna tylko trzy sposoby uzyskiwania energii, które działając samodzielnie, tj. bez wspomagania przez inną technologię mogą energię dawać nie emitując dwutlenku węgla. Są to elektrownie wodne, energia geotermalna i energia atomowa. Absolutnie żadne inne metody nie istnieją. Reklamowane szeroko elektrownie wiatrowe i słoneczne nie są samodzielnym źródłem energii, ponieważ działają tylko wtedy kiedy jest wiatr i świeci słońce, nie spełniają zatem w ogóle definicji „źródła energii”, o ile nie będziemy ich rozumieć jako elementu działającego tak jak teraz, czyli we współpracy z turbinami spalającymi gaz. Które oczywiście emitują CO2 jak najbardziej. W chwili obecnej nie ma żadnej możliwości przechowywania energii z wiatraków i paneli słonecznych na czas, gdy nie mogą działać, nie są więc te technologie w żaden sposób rozwiązaniem problemu emisji dwutlenku węgla. Tymczasem w szaleństwie planetarnym doszliśmy już do tego, że ekolodzy przejęci fobiami z czasów Zimnej Wojny walczą o zamykanie elektrowni jądrowych i roją o istnieniu innych źródeł energii, którymi je można zastąpić dwutlenku węgla nie emitując. Prowadzi to oczywiście do jeszcze poważniejszych wzrostów emisji i dzieje się tak, że w efekcie ekolodzy przyczyniają się do katastrofy bardziej, niż wielki przemysł.

To jednak tym razem wątek poboczny. Istotne jest to, że generalnie dla nikogo problem emisji CO2 i klimatycznych zmian nie jest problemem realnym, który należałoby rozumieć literalnie i dosłownie. Dla każdej siły politycznej i gospodarczej w tym momencie sprawa ta jest jedynie okazją do forsowania jakiejś własnej agendy, lub dla tej własnej agendy wydaje się na tyle dużym zagrożeniem, że cała wiedza naukowa o sprawie jest negowana i odrzucana. I tak wielkie frakcje ekologów, lewicowców i postępowców kulturowych eskalują scenariusze zagrożeń, ponieważ w problemie globalnego ocieplenia widzą swoją szansę na udowodnienie, że kapitalizm jest złem. Nie interesuje ich, jak nie emitować dwutlenku węgla i mieć energię. Interesuje ich, jak wykorzystać fakt, że przemysł ma kłopot ze znalezieniem bezemisyjnych źródeł energii do tego, by dowieść, że kapitalistyczny przemysł jest złem sam w sobie i należy go zlikwidować. Tak przemysł, jak i kapitalizm. Ponieważ problem emisji jako taki, w jego najbardziej dosłownym sensie tak naprawdę niewiele ich obchodzi, wspierają rozwiązania energetyczne oparte na fantazmatach, a im bardziej dane rozwiązanie prowadzi w swych logicznych konsekwencjach do niemożności prowadzenia jakiejkolwiek działalności gospodarczej, tym takie rozwiązanie wydaje im się bardziej obiecujące w ich celach. Jasna rzecz, że problemu zmian klimatu z takim nastawieniem rozwiązać się nie da.

Frakcja wolnorynkowa nie jest tu wcale lepsza. Odrzuca całą naukową wiedzę o problemie, ponieważ uznanie tej wiedzy oznaczałoby, że być może w samej przyrodzie istnieje hamulec wzrostu, a wzrost jest dla nich religią, ponieważ religią jest dla nich rywalizacja. W ich świecie suma poszczególnych rywalizacji prowadzi do korzyści dla wszystkich. Która wyraża się właśnie we wzroście. Co jednak, jeśli wzrost jest niebezpieczny? Odpowiedź wolnorynkowców jest tylko jedna. Nie jest niebezpieczny, żadnego problemu emisji CO2 nie ma, a naukowcy kłamią.

Stosunek do globalnego ocieplenia jest po prostu przedłużeniem stosunku do rywalizacji. Niczym więcej. No może jeszcze z wyjątkiem tej coraz liczniejszej grupy beneficjentów olbrzymich transferów kapitałowych z kas państw, na wspieranie fantazmatów w rodzaju gigantycznych farm wiatrowych i słonecznych. Pod naciskiem ekologów państwa wydają na te rzeczy olbrzymie pieniądze, zamiast inwestować w jedyne skuteczne rozwiązanie. Nie prowadzi to do spadków emisji CO2, ale z pewnością jest dla wielu firm źródłem ogromnych zysków, których na wolnym rynku z pewnością by nie osiągnęły, a w każdym razie nie taką metodą.

Tak było do dziś. Wydaje się jednak, że pod naciskiem faktów gdzieś tam na zapleczu opcji etnicznej ktoś zaczyna mieć wątpliwości i zaczyna się zastanawiać, czy może nie dałoby się wdrożyć jakichś rozwiązań i pogodzić wizję wolnego rynku z wizją jakiegoś odgórnego zarządzania metodami produkcji energii. Wyłom w doktrynie. Ponieważ to właśnie ta doktryna będzie w nabliższych latach w Europie wiodąca i to ona, jako jedyna pozostała na placu boju konkurować będzie z wizją państwa opartą na szariacie, warto obserwować, w jaki sposób koncepcje te ewoluują.

Na obrazku jedna z wersji opowieści o siedmiu ślepcach oglądających słonia.

Paweł Droździak

Komentarze: 6

[foto]1. Cyt: • autor: Mirosław Czylek (2019-11-13 23:10:43)

Cyt: "wielkie frakcje ekologów, lewicowców i postępowców kulturowych eskalują scenariusze zagrożeń, ponieważ w problemie globalnego ocieplenia widzą swoją szansę na udowodnienie, że kapitalizm jest złem. Nie interesuje ich, jak nie emitować dwutlenku węgla i mieć energię. Interesuje ich, jak wykorzystać fakt, że przemysł ma kłopot ze znalezieniem bezemisyjnych źródeł energii do tego, by dowieść, że kapitalistyczny przemysł jest złem sam w sobie i należy go zlikwidować".

Można to sprawnie odwrócić: "wielkie frakcje liberałów, demokratycznych demokratów i miłośników kapitalizmu eskalują scenariusze zagrożeń związanych z łamaniem konstytucji i zagrożeniami dla demokracji. Leszek Balcerowicz pomstuje, jak młodzież może robić strajki klimatyczne, zamiast protestować, gdy reżym Kaczaffiego zniszczył już tak wiele. Nie interesuje owych kapitalistów fakt konsumpcji mięsa (wolnosć zabrania zaglądania komukolwiek w talerz), słowa oburzenia powodują jakiekolwiek reformy dotyczące przemysłu samochodowego w miastach (obniżenie prędkości, większe mandaty, zmniejszenie ilości spalin), za infantylne uważają wiele ekologicznych akcji i przy okazji podśmiechują się z Grety Thunberg, która robi za ekologiczną Joannę d’Arc dla infantylnych eko-oszołomów. Finalnie ma to dowodzić, że ekologia jest przereklamowana, jest próbą zahamowania wielkiego rozwoju cywilizacji, zaś motyw zagrożenia związanego z przemysłem jest fałszywy i należy go dla dobra kapitalizmu ograniczyć, bo więcej szkodzi niż pomaga.
Ładnie?

P.S. Wciąż mnie intryguje, co to jest ta idea solidarności zawarta w tekjście "Bób, hummus, włoszczyzna". Polacy są solidarni? Gdzie? Jak? 

2. Kaczyński i etnizm? • autor: JSC (2019-11-14 17:22:28)

Kiedyś może i zgrabnie udawał nacjonaliste, ale po poprzedniej kadencjii chyba wszyscy widzą, że król jeet nagi... bo przecież nie po to brali wszystkie istotne organy władzy prawem TKM, po to żeby nie wprowadzić nawet rozwodnionego zakazu aborcji. Swoją drogą... ciekawego co czuli prolife’fojcowy, gdy Kaja Godek przyjęła synekure w PGZ, bo mi cisnely mi się mocne słowa. 

3. może ekologizm zwycięży i zbierze ofiary • autor: Jerzy Pomianowski (2019-11-15 18:30:45)

Coś się dzieje, ale raczej nie idzie o starcie etnocentryzmu z uniwersalizmem. Chyba nadchodzi  kolejna rewolucja po rewolucji protestanckiej i komunistycznej. Rewolucje są organizowane wówczas gdy dotychczasowe metody gromadzenia majątku dochodzą do ściany, i trzeba stworzyć coś całkiem nowego. Nowe trendy, nowe potrzeby ludzkie, nowe rynki, nowy styl życia, najlepiej stworzyć nowego człowieka. Ile można sprzedać ciągle takich samych samochodów na paliwo ciekłe. Przełom to np rewolucja w sposobie odżywiania, blokowiska zamiast domku pod lasem, rezygnacja z dotychczasowego modelu rodziny który nie sprzyja mobilności pracownika, itd.
Rewolucja wymaga ofiar niestety.

[foto]4. Jeśli • autor: Mirosław Czylek (2019-11-16 20:11:43)

Jeśli "ofiarą" miałyby być zamykane oddziały banków, które kiedyś wyparły z moich ulic miejskich cukiernie, księgarnie, małe punkty usługowe, lub wielkie molochy hipermarketowe, które skupiły wokół siebie "życie miejskie", degradując i ograniczając ruch w innych ciągach komunikacyjnych, to jakoś "ofiar" szczególnie mi nie żal. Jeśli ofiarami mają być papierowe prasówki, które już dawno przestały zatrudniać redaktorów, to także nie płaczę po nocach, mniej drzew się wytnie. Jeśli ofiarami staną się damskie szafki, w których będzie zaledwie 20, a nie 40 par butów, to kobiety podobać mi się będą nadal. Mam nadzieję, że innym też.

Zobaczymy. 

5. @Up Sprawa tych ofiar ma II dno • autor: JSC (2019-11-17 09:00:00)

Jeśli wypchniesz proces kupowania do netu to będziesz musiał walczyć z kwestią logistyki... centra logistyczne w każdej gminie i dostawczaki jeżdżące od domu do domu, a do tego fryzjerzy itp.
Prasówka i ta papierowa i ta netowa potrzebuje redaktorów czy innych generatorów contentu (już teraz coniektóre proste notki o sformalizowanej formie takie jak pomeczowe są generowane komputerowo). Przy czym trzeba zauważyć, że model biznesowy oparty na reklamach przyczynił się do postania patologii tzw. clickbaitu itp. Mam nadzieję, że ACTA 2 to ukróci, przez wycięcie tzw. blogerów, którzy kopiują inne media i prawpodobnie trollopodbijaczyklika.

6. strefa rozrodu, strefa produkcji, strefa konsumpcji. Polska gdzie trafi? • autor: Jerzy Pomianowski (2019-11-17 20:43:03)

Banki jako ofiary rewolucji?? Przecież one zwykle  je organizują. Ofiarą obecnej rewolucji będzie lud prosty skazany na podłą pracę najemną, syntetyczne pożywienie (dla dobra Matki Ziemi oczywiście), nie mnożący się drogą płciową a przez adopcje i import siły roboczej z krajów strefy rozrodczej.