Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2004-06-12

Wojciech Jóźwiak

Rodzime, słowiańskie i polskie odpowiedniki działań core-szamanizmu
Ślady szamańskich praktyk w polskim języku i obyczaju

Szamanizm, czy raczej to, co się dzieje pod tą rozciągliwą nazwą, składa się z dwóch przynajmniej przeplatających się wątków: po pierwsze, jest tu wątek etniczny, czyli praktyki i obrzędy zapożyczane od "ludzi ziemi", a więc z tradycji ludów mniej lub bardziej pierwotnych (kiedy się wchodzi na tematy szamańskie, zadziwia nieadekwatność niemal każdego używanego słowa... każde by właściwie należało brać w cudzysłów...) - po drugie jest to neoszamanizm czyli, po angielsku, core shamanism, czyli szamanizm Białych, odarty z etnograficznych dodatków (nieuzasadnionych przecież w tym-naszym kręgu kulturowym), tak aby reprezentował tylko goły rdzeń (core) tego, co właściwie określone jest ogólnoludzką fizjologią i psychologią ludzkiego umysłu jako takiego. No więc, etno kontra core. To, co robię na swoich warsztatach nie należy - co oczywiste - do żadnej tradycji etno, musi więc być core, i nigdy nie próbowałem udawać, że jest inaczej. Tak nakazuje choćby elementarna przyzwoitość, bo praktyki, które czynię i przekazuję, których nauczyłem się od Thomsona i Sancheza, dalekie są przecież od swoich indiańskich pierwowzorów niby siódma woda od kisielu. Prowadząc szałas potu lub pogrzeb wojownika przypominam zawsze o pochodzeniu tych działań i od kogo się ich nauczyłem, staram się jednak nie czynić uczestnikom złudzeń, że oto biorą udział w czymś indiańskim, bo nie biorą. Z drugiej jednak strony jak się dobrze przyjrzeć, to można spostrzec, że te praktyki, które okrężną drogą poprzez kilka ogniw przekazu przywędrowały z Ameryki (tej indiańskiej, "natywnej") mają jednak pewne umocowanie w naszej tradycji rodzimej, słowiańskiej i polskiej. Każda indiańsko-szamańska ceremonia zaczyna się od okadzenia uczestników dymem, zwykle z szałwi gatunku white sage, Salvia appiana. Ale ta sama nazwa sage bywa używana dla określenia innych aromatycznych ziół, także o żywicznym zapachu, choć nie spokrewnionym z szałwią, należących do rodzaju Artemisia czyli bylica. U nas najbardziej aromatycznym przedstawicielem bylic jest piołun, Artemisia absinthum, od zawsze używany przez Słowian jako ziele magiczne trzymające z dala złe moce. W baśni Leśmiana "Majka" bohater, chłop Marcin Dziura, spotykając się z tytułową boginką pilnie dba, by mieć gałązkę bylicy za połą, bo inaczej jego ukochana wciągnęłaby go bez powrotu w głębiny swego jeziora. Podobieństwo funkcji do indiańskiego zastosowania dymu z szałwii jest pełne: oba zioła budują ochronny krąg, utrzymujący uczestnika rytuału w stanie czystości. Bylica-piołun była też rekwizytem w najbardziej pogańskim (w sensie: niemożliwym do zaakceptowania i znienawidzonym przez kler) obrzędzie Słowian, mianowicie w Nocy Kupalnej. Chodzenie po ogniu, o ile mi wiadomo, nie ma indiańskich tradycji, a jako obyczaj New Age'u zostało wykreowane na wzór różnych etnicznych pierwowzorów, głównie, jak się wydaje, choć nie tylko, hawajskich. Chodzenie po ogniu istnieje do dziś w słowiańskim obszarze kulturowym - w Bułgarii jako nestinarstwo. Nie jest to chyba obrzęd, który przywędrował ze Słowianami, gdyż brak go gdzie indziej, więc raczej wygląda na tradycję miejscową, bałkańską - może o trackich źródłach? Rzecz warta dowiedzenia się. Ale jednak to niedaleko od nas! Szałas potu ma odpowiedniki wschodnioeuropejskie, jest przecież ruska bania, mało różniąca się od słynnej fińskiej sauny. Wydaje się, że są tu dwie tradycje: jedna północna, którą reprezentują łaźnie fińskie i z północnej Rosji, a druga bałkańska, gdzie nazwa banja (łaźnia) wywodzi się od greckiego słowa balaneion (nazwa okrągłego naczynia do grzania wody). Ta nazwa - u nas bania - jest wielce tajemnicza. Andrzej (nomen omen) Bańkowski w swoim "Etymologicznym słowniku języka polskiego" czyni prawdziwe śledztwo, co do początków tego słowa. Wyprowadza je ze wspomnianego greckiego balaneion, które to słowo przeszło do łaciny i do pochodzących od niej języków romańskich, Słowianie zaś przejęli je z ludowej łaciny Panonii (czyli naddunajskiego pogranicza Państwa Rzymskiego, które zaczęli kolonizować od około 500 r. n.e.) - w znaczeniu (jak pisze dalej prof. Bańkowski) "kopulasty budynek małej łaźni". I tu jest problem. Czy faktycznie kopuła była stałym i charakterystycznym elementem budynków prowincjonalno-rzymskich łaźni, zwłaszcza małych? (Pytanie też, czy jeszcze te łaźnie działały, kiedy przyszli tam Słowianie?) Dlaczego słowo to u jednych Słowian zaczęło znaczyć tylko "łaźnia", a u innych - w tym u nas - "coś kopulastego lub kulistego"? Przeszło przecież na tak różne przedmioty, jak owoc dyni, zamykany pojemnik na płyny i szklaną czarkę do "stawiania baniek". Dodatkową zagadkę wnosi węgierskie (i z pewnością wzięte ze słowiańskiego) znaczenie tego słowa, bo tam banya (czytaj "bańa") to "kopalnia"; jakby wspomnienie tego, że z tym przedmiotem wiąże się coś zagłębionego w ziemi. A dlaczego polskie (i u innych Słowian) słowo "łaźnia" pochodzi od "łażenia", czyli - etymologicznie - powolnego pełzania jak u gąsienic? Przecież jedyną "łaźnią", w której i do której się faktycznie "łazi", jest prymitywny szałas potu, zbyt niski, żeby się wyprostować lub wejść nie na czworakach! A jego niskość i ciasność wynika z oszczędzania gorącego powietrza. Bańkowski wprawdzie pisze: "Praca w pierwotnej (prymitywnej) łaźni parowej wymagała ustawicznego łażenia po drabinkach, to na sam dół, by podtrzymać płonący tam ogień, to z tego dołu wyżej, by polewać wodą grzane od spodu kamienie, to stąd w górę na piętra, gdzie leżeli na półkach ludzie wymagający usług łaziebnika (...)" Widać, że w tym fragmencie autor "Słownika" wyobraża sobie łaźnię jako całkiem spory kombinat, jako instalację świadczącą usługi dla ludności, więc raczej urządzenie miejskie, wcale nie prymitywne! Szałas potu tym bardziej zasługuje na nazwę "łaźnia". Czy dawni Słowianie znali to urządzenie? Nic o tym nie słyszałem, choć ślady palenisk powinny się były zachować w archeologicznych wykopaliskach. Jednak uporczywe skojarzenie łaźni z kopułą, czymś okrągłym lub kulistym, przemawia za tym. Być może oba słowa, żartobliwie brzmiące "łaźnia" i obce-wołoskie "bania" były świeckim zastępnikiem właściwej nazwy, która była tabu i została, jak podobnie stabuizowany niedźwiedź, zapomniana. Szałas potu jest właściwie jedynym przedmiotem, w którym łączą się znaczenia "miejsce do kąpieli", "miejsce, gdzie się chodzi na czworakach" (łazi), "kopuła lub coś kulistego", "coś zagłębionego w ziemi". (To ostatnie znaczenie zachowane w węgierskim banya.) Dowód jest poszlakowy, ale chyba przekonuje, że kopulasty szałas potu znany był dawnym Słowianom. Jeśli chodzi o coś podobnego do Pogrzebu Wojownika, praktyki, o której słyszał Castaneda, a rozwinął Sanchez, to ludowa tradycja znała zakopywanie do ziemi ludzi rażonych piorunem. Być może stosowano zakopywanie lub obkładanie ziemią także w innych chorobach, należałoby o tym poczytać. Rażenie piorunem jest znaczące, bo to choroba święta. Piorun był ogniem boskim, z nieba, ziemia miała za zadanie moc tę zneutralizować, "wyciągnąć". Rażenie piorunem należy do szamańskiej inicjacji; stad podejrzenie, że być może również zakopanie do ziemi wzięte zostało z innego fragmentu szamańskiej inicjacji? W każdym razie tutaj powierzenie ciała żyjącego (jak się ma nadzieję w przypadku pioruna) człowieka ma zamysł taki, że ziemia posłuży do zneutralizowania nadmiernej tabuistycznej mocy. O innym przypadku zastosowania ziemi donosi przekaz zachowany w mojej rodzinie. Otóż mój zmarły w 1960 roku dziadek opowiadał - a ja znam jego opowieść raczej nie bezpośrednio od niego, co od jego zięcia a mojego ojca, bo dziadka mówiącego o tym nie pamiętam - o tym, jak pewien chłop nazwiskiem Palmer (lub Palmir) zabił podczas kłótni, bodaj w karczmie, drugiego, Gradowiaka. Zachowała się pamięć narzędzia zbrodni: zabił go odważnikiem od wagi. Po jakimś czasie ów zabójca pokutował za swój czyn w ten sposób, że za swoją wsią, z dala od ludzi, wykopał sobie dół w ziemi przykryty słomą, i w nim siedział, nie wychodząc. Kiedy to było? Dziadek urodził się w 1884 roku i na pewno nie był tego świadkiem, bardziej prawdopodobne, że opowiadano mu o tym. Jeśli Palmera jako zakopanego w dole pokutnika znało poprzednie pokolenie, to cofamy się do lat 50-tych XIX wieku. Niewykluczone, że było to jeszcze dawniej; być może zapiski tej historii zachowały się w archiwach sądowych i parafialnych; trzeba szukać gdzieś miedzy Nieborowem a Łowiczem, pewnie też opowieść o Palmerze znają inni moi krajanie. Domyślam się, że ów Palmer zanim wszedł do swej ziemianki, odpokutował był już zbrodnię dwa razy: odsiedział w wiezieniu, zapewne nieduży wyrok, bo wtedy za zabójstwo podczas wiejskich bijatyk zbyt dotkliwie nie karano, oraz odbył pokutę kościelną. Jednak widać jego sumienie nie zostało uspokojone, skoro po wielu latach - do ziemi zakopał się dopiero na starość - zadał sobie własną pokutę i obmyślił ją sobie tak, że - jak się domyślam - doszły w niej do głosu jakieś niemal już wówczas zapomniane, kołaczące się gdzieś na peryferiach zbiorowej pamięci wierzenia o leczącej (także) dusze mocy ziemi. Pójście do ziemi z udręką duszy jest dokładnie tym, co o Pogrzebie Wojownika pisze Sanchez! Wina zabójstwa ma też coś z naładowania złą mocą, tabu: jest więc podobieństwo do leczonego ziemią rażenia piorunem.

Wojciech Jóźwiak

Tekst najpierw w zarysie wygłoszony jako mowa w szałasie potu, 12 czerwca 2004 w Pniewie

Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.