Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2016-08-12

Jarosław Bzoma

Rękopis znaleziony w Trapezuncie
Przestrzeń wypalona słońcem


Przestrzeń wypalona słońcem,

czyli co można zaobserwować w swoim wnętrzu, kiedy ma się trochę wolnego czasu

(Zdarzyło się to na rok przed rozpoczęciem przygody ze śnieniem, czyli zanim zostały zapisane pierwsze zdania „Krajobrazów mojej duszy, księgi o podróży nocnej”).


Leżąc - wygodnie wyciągnięty na ciepłym piasku, który już dawno zajął miejsce nieudolnie pielęgnowanej trawy, pod błękitnym niebem Trapezuntu, bujając myślami w nielicznych obłokach płynących znad Morza Czarnego - spostrzegłem ze zdumieniem, że miłość może w człowieku wezbrać bez żadnej wyraźnej przyczyny, co oznaczałoby, że nie ma związku z rzeczami, wydarzeniami czy nawet osobami.

To jest jeden ze sposobów, w jaki uczestniczymy w świecie, stopień zakorzenienia w rzeczywistości sięgający podstawy bytu. To jakiś rodzaj wewnętrznej wibracji, która powoduje, że wybraną relację odczuwamy jako miłość.

Świadomość przystępuje do oceny stopniowo, jak gdyby dopasowując narzędzie do przedmiotu działania.

Weźmy jako przedmiot analizy prozaicznego ziemniaka! Że co? Że niby kartofel w rozważaniach o duchowości? Nie bądźmy jak ci anglikańscy duchowni, którzy przed stuleciami, w czasie głodu ziemniaczanego w Irlandii, zanosząc modły do Boga o odwrócenie plagi niszczącej kartofle, zamiast słowa ziemniak; aby prośby zanoszone przed oblicze Pana brzmiały bardziej wzniośle - modlili się, aby coś uczynił dla „mięsistej bulwy”. Pozostańmy zatem przy kartoflu.

Można odbierać go jako przedmiot.
Jako pokarm.
Rzecz poznawalną dotykiem.
Rzecz godną naszej uwagi.
Rzecz, której się pragnie i zabiega o nią.
Rzecz zbawienną.
Można pragnąć jego ciągłej obecności.
Można nawet w pewnych okolicznościach pragnąć stać się kartoflem, aby już nigdy nie odczuwać braku jego obecności. Umiłować go całym sobą.
A przecież to wciąż my, a naprzeciw nas wciąż ta sama ziemniaczana bulwa.

Co powoduje, że zaczynamy go lubić, pożądać czy nawet kochać... Czy to tylko głód? Oczywiście, wydobywając ziemniaka na światło dzienne, stawiając go na piedestał, poddając obserwacji relację z czymś, co jest na zewnątrz nas, traktuję ziemniaka na podobieństwo wszystkich ziemskich tworów, które stają się lub nie obiektem naszej identyfikacji z nimi, bycia nimi lub bycia oddzielnymi od nich. Czyż nie przenosimy właśnie w ten sposób naszego Ja w ciele fizycznym - wciąż ulegającym przemianom swojej biologiczno-chemicznej struktury albo położenia w przestrzeni z chwili na chwilę, z godziny na godzinę - chcąc być wciąż sobą i bojąc się utraty indywidualnej tożsamości? Jak wielu fragmentów ciała trzeba by było nas pozbawić, abyśmy przestali myśleć o sobie JA?

Powracam do zagadnienia stopniowalności pragnień i miłości. Oczywiście, można by się zastanawiać, czy pragnienie jest tym samym co miłość, ale skoro nikt nie potrafi powiedzieć, czym jest miłość, możemy śmiało przyjąć, że jest największym, najbardziej wzniosłym z pragnień, które ze swojej definicji jest niezaspakajalne, a właściwie zaspakajalne jedynie asymptotycznie, ponieważ - jak każde z pragnień - jest jedynie iluzją wynikającą z ciągłej potrzeby wchodzenia w coraz bardziej rozległą, doskonałą, subtelną relację, w jaką mogłoby wejść nasze wiecznie wygłodniałe ja, z czymkolwiek na zewnątrz, aby móc to kolejne coś pochłonąć i rozszerzyć się o ten nowo zdobyty element nie ja.

Leżę zatem na ciepłym piasku, śledząc wzrokiem chmurę w kształcie kartofla.

Coś jednak zakłóciło tę beztroskę.

Moją uwagę odwróciła energia, która porusza się w moim ciele; w przebłysku świadomości zrozumiałem, jaki związek istnieje między najgłębszymi stanami emocjonalnymi a miejscami, w których one się rodzą. Jakby ciało było jednocześnie generatorem i miernikiem swoich wewnętrznych stanów.

Wystarczyło, że wyraziłem mentalnie chęć odczucia jakiegoś stanu świadomości (weźmy za przykład właśnie ten, nazwijmy go miłosnym, stan bezprzedmiotowej a nawet bezosobowej miłości), a już czułem jak wzbudza się w moim wnętrzu.

Jeszcze łatwiej powstawał, kiedy rozpoczynałem od uczucia bezprzedmiotowej wdzięczności. Pojawiła się na dodatek refleksja, że to tylko od nas zależy wobec czego lub kogo chcemy osiągnąć taką otwartość.

Jedyną barierą jest nasza osobista ocena, czy jej przedmiot ją doceni? Czy warto?

Mogłem doznać wręcz fizycznego odczucia, jak wdzięczność rodzi się w moim wnętrzu. Mimo że nie starałem się wcześniej określić lokalizacji jej źródła, za każdym razem powstawała kilka centymetrów poniżej pępka. Wzbiera, przepływa wyżej, nabierając coraz wyraźniej cech błogiego bezpieczeństwa, rozlewającego się przyjemnym ciepłem w splocie słonecznym a z czasem przeradzającego się w miłosne uniesienie odczuwane w okolicach serca.

Zainteresowany łatwym i dość ciekawym wynikiem prostego eksperymentu, rozpocząłem wytwarzanie stanu skupienia energii jeszcze niżej, w okolicy najniżej położonej w tułowiu. Poczułem dość przyjemny dreszcz. Teraz nieco wyżej, w okolicy spojenia łonowego – odczucie dziwne, jakby lekkiego niepokoju połączonego z napięciem mięśni ud, jakbym szykował się do ucieczki. Pewnie gdybym teraz otworzył oczy i zobaczył nad sobą jakiegoś Mustafę z nożem, to właśnie w tym miejscu powstałaby energia o sile i zabarwieniu – uciekaj albo walcz. Oczywiście ta energia, którą właśnie generuję, nie ma żadnego związku z agresją czy zagrożeniem, ale z oszacowaniem, czy mam jeszcze w sobie tyle energii aby żyć, czy tylko tyle, aby za kilka chwil umrzeć.

Wnioskuję z tego, że popęd (stąd pewnie właśnie takie określenie) seksualny rodzi się poniżej miejsca, w którym zlokalizowałem źródło wyboru życia lub śmierci. Dlatego do wyobrażenia jest sytuacja, w której mężczyzna, chcąc zaspokoić popęd seksualny, jest gotowy poświęcić własne życie. O stłumieniu lęku przed karą, obrzydzenia, o braku racjonalności wyboru - nie wspominając.

Przez lokalizację gonad mężczyźni odbierają seksualność znacznie poniżej poziomu zagrożenia swojego bytu. Jajniki zlokalizowane są powyżej centrum wyboru życia i śmierci, dlatego kobiety bardziej kontrolują moment, w którym decydują się na zbliżenie seksualne. Kobiece gonady są położone bliżej poziomu, gdzie rodzi się wdzięczność i poczucie bezpieczeństwa. Stąd prawie nie zdarza się agresja na tle seksualnym u kobiet; jeżeli kobieta jest agresywna, to ta reakcja pochodzi z wyższych ośrodków i dlatego nie jest związana z brutalną siłą, jak u mężczyzn, a raczej z oddziaływaniem na emocje związane z poczuciem wartości.

Odczucie agresji rzadko jest odczuciem jedynie z poziomu odczuwania seksualności czy z poziomu zagrożenia życia, częściej jest wybuchem energii, która pobudzona w tych dwóch najniższych ośrodkach, podnosząc się gwałtownie - uderza w blokadę na swojej drodze i rykoszetem rani obiekt agresji energetycznie na poziomie analogicznym. Blokadę takiego ośrodka nosimy czasem od urodzenia; czasem jesteśmy jej nieświadomymi autorami, ale bywa że potrafimy ją wytwarzać spontanicznie na potrzebę chwili.

- Pretensje, żale: na poziomie ośrodka wdzięczności.
- próba przestraszenia: na poziomie splotu słonecznego. Ośrodek  poczucia bezpieczeństwa.
- nienawiść: na poziomie, gdzie rodzi się odczucie miłości, okolica serca.
- agresja werbalna jeszcze bezrefleksyjna: na poziomie gardła.
-agresja na poziomie idei i myśli: na poziomie czoła.
Wszystko to można przetrenować leżąc, pozornie bezproduktywnie na plaży, z zamkniętymi oczami.

Miłość nie jest najwyższą z relacji, jaką możemy mieć z rzeczywistością, choć powszechna panuje właśnie taka opinia. Wyższą jest współczucie. Nie chodzi mi o to, że ubolewamy nad kimś kogo boli głowa, ale o współodczuwanie identycznego bólu we własnej głowie. Podobnie jest z współodczuwaniem szczęścia czy innych emocji.

Jeszcze wyższym stopniem relacji z rzeczywistością jest poczucie bycia jednością z czym lub kim wchodzimy w taką relację. Mamy jednak jeszcze zachowaną świadomość, że to jednak my jesteśmy jednym z tym lub z kim relacjonujemy. Jesteśmy już tożsami ze wspomnianym kartoflem, ale wciąż jeszcze jego ludzkim aspektem, świadomym tego faktu „człowieczym kartoflem”.

Najwyższym stopniem relacji jest utrata poczucia oddzielności, nasza relacja przestaje być nasza. Stajemy się w pełni obiektem, z którym się utożsamiliśmy! (Ale już przecież to nie my!). Słuszna uwaga. Zniknęliśmy jako ja. No nie, okazuje się, że znowu mamy ja, tyle że nie dawne a nowe. Po co zatem takie przejście, transfer, skoro nie mógłby być ostateczny, a byłby tylko wejściem w nową formę istnienia, w jakieś Ja płynne, w ruchu? Taki Ahaswerus? Świadomość wędrowna? Ponadto rodzi się jeszcze bardziej niepokojące pytanie Co w takim razie ulega transferowi, jaka nienaruszalna podstawa, skoro nie jest to nasze dawne ani nowe ja, ani żadne kolejne? Jakaś bezosobowa nie identyfikująca się z niczym Świadomość? Pozbawiony pamięci i osobistych planów na przyszłość Świadek tych zdarzeń?


Ten stan siedmiostopniowej relacji człowiek – byt do niedawna był mi jeszcze znany jedynie z literatury opisującej czakramy. Niektórzy kojarzą ich lokalizację z położeniem gruczołów dokrewnych. Ja sam traktowałem tę wiedzę raczej teoretycznie czy może symbolicznie. Warto polecić tu świetną pracę Junga: „Psychologia Kundalini-jogi”.

Aż tu nagle znowu, podczas kolejnego nic nierobienia, leżąc i myśląc o niebieskich migdałach, poczułem jak na dole brzucha, troszkę poniżej pępka, rodzi się... W pierwszym momencie trudno było mi nazwać to uczucie, ale tak, tak, to było poczucie wdzięczności. Potem fala zaczęła płynąć wyżej, ku górnej części brzucha i ogarnęło mnie poczucie bezpieczeństwa; jeszcze wyżej, ku mojemu sercu, zacząłem odczuwać wszechogarniającą miłość, a kiedy fala doszła do mojego gardła, zapragnąłem, aby wszyscy współuczestniczyli w tym szczęściu.

Nie próbowałem tego racjonalizować, chciałem to odczucie zatrzymać jak najdłużej. Próbowałem w tym stanie, podniosłej euforii, wstać i iść. Owszem, odczucie nie opuszczało mnie nawet po wyjściu na ulicę. Czułem, że jest w tym - ciągle jeszcze rosnącym uwzniośleniu - jakiś potencjał, ale zacząłem się obawiać, że mógłbym utracić kontrolę nad swoim zachowaniem. Przypomnieli mi się boży szaleńcy, jurodiwi i tańczący chasydzi, błądzący pomiędzy wsiami i miasteczkami dawnych kresów. To pewnie ten następny etap. Najdziwniejszym dla mnie było to, że nie prowokowałem tego stanu ani medytacją, ani modlitwą. Powstał jedynie pod wpływem symulowanej, nieukierunkowanej wdzięczności.

Co dziwniejsze, od momentu tamtego zdarzenia potrafię z lepszym bądź gorszym skutkiem wzbudzać ten stan własną wolą w jakiś nieokreślony, łatwo powtarzalny, trudny do przekazania sposób.

To tak jak w snach, kiedy schodziłem po onirycznych schodach wpadłem któregoś razu na pomysł uniesienia się w powietrzu i już zaraz po wyrażeniu tej woli zaczynałem się unosić ponad schodami. Pierwszy raz, w przypadku tego rodzaju przeżyć, jest zawsze łatwy, tak jak by na nas został zesłany. W kolejnych snach opracowałem więc technikę, która umożliwiała mi lot we śnie w wybranym przeze mnie momencie. Polegała ona mniej więcej, jak to we śnie, na bezwładnej jak woda w miednicy - woli. Na jakimś specyficznym emocjonalnym napięciu wewnętrznych struktur dna jamy brzusznej, w połączeniu z fizycznym napięciem mięśni ud i odepchnięciem się od podłoża palcami stóp.

Jakiś czas po tym zdarzeniu przeczytałem, u Junga właśnie, że są to sny zwiastujące przebudzenie kundalini.

Najbardziej zdziwił mnie w opisanych doświadczeniach brak jakichkolwiek odczuć powszechnie uważanych za religijne, nie miało to doświadczenie również charakteru objawienia. To raczej odczucie jakichś normalnych dla ludzkiego ciała stanów, które do tej pory albo były zablokowane, albo nie odbierałem ich z odpowiednią uważnością.

Doświadczyłem właśnie, jaka jest różnica między książkowym opisem a własnym odczuciem. Prawdą jest, że nie było to pierwsze tego rodzaju moje doświadczenie, ono było jedynie po raz pierwszy spontaniczne. Podobny błogostan, ale o dużo mniejszej rozległości, odczułem już wcześniej: w czasie medytacji kundalini z nagraniami medytacyjnymi, ale tamten stan był jakiś taki... suchy, mimo że przyjemny, to bardziej sprowokowany i mało mój, na tych poziomach percepcji to ogromna różnica. Ten spontaniczny, na plaży w Trapezuncie, był pełen soczystej ekstazy i co ważniejsze - ta ekstaza była związana w swoim ostatecznym wymiarze z odczuciem obecności jakiegoś bytu ponadzmysłowego. Dziś powiedziałbym, że odczucia Świadomej Podstawy Wszelkiego Bytu.

Jeszcze nie odważyłem się na podniesienie tej fali na najwyższy poziom, trochę się jeszcze boję, czuję że mam tam jakiś zamęt i nie do końca jestem otwarty na to doświadczenie. W tej chwili mam dopiero czterdzieści dziewięć lat.

Aldous Huxley opisał to bardzo ciekawie w „Drzwiach do percepcji”.

Ten stan osiągnął jednak dopiero po zażyciu LSD. Swoje pełne postrzeganie z poziomu czakry czołowej opisał jako doświadczenie zacierania się kształtów, ale w sensie zacierania granicy pomiędzy bytami materialnymi i zupełnie inny sposób wpływania ich na jego świadomość. Bardzo ciekawy, choć z konieczności trudny do uchwycenia słowami stan.

A więc ja nie podniosłem tej energii do poziomu, który opisuje Huxley, ale już potrafię rozpoznać szczypiący w czubek języka przyłożonego do przedniej części podniebienia, szczypiąco-wodnisty smak energii podnoszącej się coraz wyżej. Z moich obserwacji wynika, że kundalini nie podnosi się (przynajmniej tak się tego początkowo nie odczuwa) wzdłuż Suszumny - kanału kręgosłupa i spiralnych naprzeciwległych kanałów oplatających kręgosłup – Idy i Pingali, ale i ja to tak odczułem wzdłuż, a właściwie bliżej przedniej powierzchni tkanek brzucha, klatki piersiowej i szyi. Z czasem nauczyłem się podnosić tą energię również wzdłuż kręgosłupa, a opuszczać przednim kanałem; to wydawało się najbardziej właściwe, ponieważ podnosząc ją z tyłu, miałem wrażenie uwznioślenia, jakbym podążał ku jakiemuś duchowemu wyższemu bytowi, natomiast opuszczając energię przodem, miałem odczucie spływającej łaski, błogosławieństwa. Energię mogłem kierować również z czakry serca do rąk i koniuszków palców, czułem wtedy jakiś delikatny wiatr ulatujący z ich końców. Mogłem kierować energię przez palce do wnętrza ciała. Podobnie przez nogi a właściwie stopy. Poprzez peryferyjne części ciała – stopy, dłonie, czubek głowy - kiedy wyraziłem taką wolę, miałem wrażenie, że jakaś energia napływa z zewnątrz.

Wiedza o istnieniu tych kanałów przetrwała nie tylko w kulturze wschodu, ale i w Europie; symbole takie jak: wąż kusiciel owinięty wokół drzewa, laska Hermesa z dwoma wężami (medyczny eskulap), cud uzdrowienia uczyniony Żydom na pustyni, wąż owinięty na lasce - przekazują pewną myśl, nie tylko o energii podnoszącej się wzdłuż kręgosłupa, ale i o tym, że niewłaściwie kierowana może przynieść nam ruinę. Aby była pożyteczna, musi być kontrolowana przy pomocy istoty nadprzyrodzonej albo jej reprezentanta, czyli kogoś, kto się na tym zna a nie eksperymentuje metodą prób i błędów. Czyżby zatem ktoś po tamtej stronie mną się zajął?

Wracając do przerwanej myśli. To odczucie bezpieczeństwa, błogości, pełni i potrzeba przylgnięcia do wszystkich i wszystkiego - to coś najwznioślejszego, co do tej pory przeżyłem.

Z relacji osób, które nieprzygotowane duchowo eksperymentowały z narkotykami wynika, że pojawiły się konsekwencje wymuszania tych stanów, zapewne wynikające z braku przygotowania samego organizmu i ich indywidualnej świadomości na przepływ aż takich energii, co powoduje po otrzeźwieniu zaburzenia osobowości, których nie daje się z oczywistych względów niekompetencji doświadczającego zintegrować wewnętrznie (to wynik przebicia blokad w ich podświadomości w sposób brutalny). Ja w najmniejszym nawet stopniu nie odczułem zachwiania integralności swojej psychiki, wręcz odwrotnie - poszerzyło się pole mojej percepcji na stałe. Co ciekawe ten uwznioślony stan mogłem utrzymywać przy bardzo niewielkim wysiłku (!) bardzo długo, wymagał on jednak niewielkiego udziału mojej świadomości i kiedy zaczynałem kierować swoją uwagę ku rzeczywistości materialnej - łagodnie wygasał. Dlatego sądzę, że taki stan jest naturalnym stanem naszej bardzo głębokiej, niezaangażowanej w materialne otoczenie warstwy świadomości.

Nie wiążę tych odczuć z jakimś szczególnym stanem oświecenia, bo podobnie jak moje dawniejsze kościelne wizje (Opisałem je w pierwszej księdze „Krajobrazów mojej duszy”) nie wyłoniły się z żarliwej pobożności, a jedynie wynikały z wcześniejszych, kilkudniowych ćwiczeń podczas kursu Silvy.

Czemu przypisuję pojawienie się tych odczuć? Czy coś znacząco zmieniło się w moim życiu?

Od wielu lat interesowałem się tymi zagadnieniami z większą lub mniejszą intensywnością, ale przypominało to raczej kolekcjonowanie informacji, zatem to nie ja wybrałem ten moment!

Reasumując wszystko, co dotychczas tu zapisałem, przenosząc to na relacje ludzko–duchowe, widzę to teraz wyraźniej.

Religie są podwieszanym niebem, udrapowanym parawanem; często są wykorzystywane do sprawowania władzy nad społeczeństwem i jednostkami. Za tym parawanem jednak, gdzieś w bezkresnej głębi, trwa rzeczywiste przedstawienie z udziałem niepojętych aktorów, subiektywnych tworów naszej świadomości w roli głównej. To tak jak powietrzny pokaz lotniczy, a czasem bitwa powietrzna, spektakl dla nas stojących z zadartymi głowami. To my skonstruowaliśmy te maszyny, my dostarczamy im paliwa, my powierzyliśmy stery tym, którzy twierdzą, że potrafią samodzielnie latać i zrobią to za nas lepiej. Ale to my, stojący twardo na ziemi, poniesiemy osobiste konsekwencje dalszego rozwoju sytuacji. Dlaczego by zatem nie wziąć sterów we własne dłonie?

Nasz brak samodzielności, czy nawet odważnej ciekawości w eksplorowaniu własnego wnętrza, nie jest przypadkiem. Wynika z tego, że przekonano nas już w dzieciństwie, aby nie zabierać się za to własnoręcznie, zaufać licencjonowanym nauczycielom awiacji.

Po części nie jest taka postawa pozbawiona racji, bo nie każdym z nas kierują intencje podniosłe, ponadto dużo więcej osób ma skłonności do destrukcji.

Należy jednak mieć świadomość, że nie wszystko zależy od nas, że przeskoki w poziomach świadomości indywidualnej i zbiorowej następują gwałtownie, a ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy gromadzone latami doświadczenia osiągną masę krytyczną,  należy wciąż prowadzić samoobserwację i starać się znajdować odniesienia do normy społecznej w danym zakresie.

Na dodatek próby przebudzenia są często karane, szczególnie przez tych, którzy najbardziej nas kochają. Bo oni najczęściej nadal, niech ich Bóg ma nadal w swojej opiece, śpią. Wydaje im się, że każdy, kto się obudzi lub nadal śpiąc, zda sobie sprawę, że to co uważane jest za prawdziwe, jest jedynie iluzją percepcji, rodzajem transu, wpada w szaleństwo. Dlatego podejdźmy do tego zagadnienia spokojnie.

Na naszej ludzkiej drodze przemian wewnętrznych istnieją prawdy wyłącznie pomostowe, nie byłoby w tej konstatacji nic odkrywczego, gdyby nie odkrycie kolejnej prawdy o lojalności do jakiej czujemy się zobowiązani wobec wcześniejszych prawd. Nową prawdę smakujemy kawałkami, trzymając się wciąż starej; boimy się zawisnąć pomiędzy nimi, będąc pozbawionymi jakiejkolwiek z nich. Pamiętajmy jednak, że jest gdzieś głęboko w nas Prawda Uniwersalna, która jest podstawą naszej świadomości. Nie da się nam poznać, bo to Ona poznaje wszystko poprzez nas, a my i nasze prawdy pomostowe jesteśmy jedynie jej narzędziami. Nie powinniśmy zatem tych naszych ludzkich prawd ani hołubić, ani się ich wstydzić, ani też obawiać. Kiedyś i tak zostaną zastąpione innymi.


Sierpień 2008 r. Trapezunt

Jarosław Bzoma

Komentarze: 4

[foto]1. intrygujące • autor: Arkadiusz (2016-08-16 11:56:41)

Ciekawe spostrzeżenie dotyczące konsekwencji innego położenia gonad męskich i żeńskich w relacji do czakr. Nie przyszło mi do głowy wcześniej, a wydaje się takie oczywiste. W ogóle cały tekst ciekawy ;-)

2. niesamowite • autor: (2016-09-05 17:02:54)

Smakuję ten tekst już chyba trzeci raz... za każdym odnajdując inną myśl. Odnalazłam w nim być może zagubienie mojego kuzyna... oraz własną blokadę w kręgosłupie. Opis położenia gonad i ich odniesienie do punktów decyzyjnych również został świetnie przedstawiony. Dziękuję :) 

3. @Jarosław • autor: (2016-09-07 10:06:00)

W takim razie czekam na dalsze obserwacje - tymczasem cofnę się do poprzednich tekstów. Pozdrawiam :) 

[foto]4. Dziękuję bardzo ale... • autor: Jarosław Bzoma (2016-09-06 18:02:19)

Dziękuję bardzo ale to właściwie był dopiero początek mojej przygody :)