Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2016-12-03

Wojciech Jóźwiak

Regiony


Dlaczego w ogóle zauważamy regiony? Przy okazji mojego tekstu o „dwóch Polskach”, „Bipolska”, pojawił się temat regionów Polski i regionalnego zróżnicowania. Temat nienowy, także w Tarace wracający, patrz np. Włodzimierz H. Zylbertal, „Dłużej regionalizmu niźli globalizmu”. Natrafiłem nawet na projekt polityczny przerobienia Unii z unii państw narodowych na unię regionów; pogląd ten głosi Ulrike Guérot (Niemka z nazwiskiem po francuskim ex-mężu), zob. np. wywiad „Europa to nie integrujące się państwa. Prawdziwym źródłem tożsamości europejskiej są miasta i regiony”, lub wcześniej też w „Respublice”: „Europa jako republika”.

Ale do regionów tęsknią-tęsknili nie tylko liberałowie kontr-narodowcy; niedawno znalazłem mapę przyszłej wielkiej II Rzeszy ze stolicą w mieście „Germania”, jak miał być przemianowany Berlin. Uderzyło mnie, z jaką troską wykreślono na tej mapie prowincje lub regiony – chociaż gdy przyjrzeć się szczegółom, to w wielu miejscach były one od bani i bez związku z historyczną tradycją. (Mapa nie ma metryki; nie wiadomo, czy jest oryginałem z II wojny, czy współczesną podróbką-rekonstrukcją. Ale komu by się chciało teraz produkować bezużyteczną mapę z takimi szczegółami? Z trzeciej strony, grafika jest zbyt gładka, by była skanem druku sprzed 70 paru lat... – więc zagadka.) Ale zapewne było tak, że wielką Tysiącletnią projektowano wraz z jej regionami.


Cała mapa: 1blomma.deviantart.com

Co znów nas wraca do początkowego pytania:

Po co nam regiony? Dlaczego je zauważamy, dlaczego zaprzątają nasze umysły?

Istnienie regionów jest dość widmowe. W Niemczech, jako tamtejsze landy, mają one pewną autonomię, zdaje się, że np. programy szkolne są ustalane przez landy, a nie centralnie. Landy mają swoje parlamenty i rządy. Regionalną autonomię miały prowincje w Austrii w ramach Austro-Węgier i w Lwowie, stolicy prowincji Galicja, był Sejm Krajowy. Podobną autonomię miało Województwo Śląskie w Polsce II-ej Rzeczypospolitej. Ale gdzie indziej, w tym w Polsce obecnie, jednostki podziału, u nas województwa, autonomii nie mają, uprawnienia samorządów są niewielkie, a prawo w całym państwie jest takie samo. Być może dałoby się wydzielić w Europie dwie tradycje: „ciepłą” niemiecką federacyjną z wysoką odrębnością i autonomią regionów (landów), które mają wyraziste historyczne i wizerunkowe „twarze” – i „zimną” francuską, gdzie państwo dzielone jest mechanicznie (i apriorycznie jakby powiedział Feliks Koneczny) na jednostki bez twarzy. (Jest trzecia tradycja brytyjska, której nie rozumiem i nie streszczę.)

Amerykańskie stany co do istoty można by zaliczyć do „niemieckiego” ciepłego autonomizmu. Jednak z powodu ich rozmiarów – wiele jest większych niż europejskie państwa – trudno je uznać za „małe ojczyzny”. Ich granice są dla mieszkańca Europy rażące: cięcie terenu równoleżnikami i południkami najbardziej przypomina jakieś łowiska na oceanie i widać w tym optykę żeglarzy (orientujących się przy pomocy sekstansu) przeniesioną mechanicznie na nieznany ląd brany w posiadanie. Dziwne, że tak tam zostało.

Po co nam regiony? Co sprawia, że odruchowo szukamy na mapach państw ich podziałów regionalnych? Na co są one nam potrzebne? Dlaczego tak troskliwie są rysowane na mapach podziały na prowincje, landy, departamenty, województwa, obłastie?

W jakimś sensie regiony należą do archeologii Europy. Ich granice, bardziej niż granice współczesnych państw narodowych, pokazują przeszłość, lub raczej idealizowaną przeszłość, kiedy ludzie żyli w bardziej dostępnych zmysłowo i bardziej zrozumiałych „małych ojczyznach”. Francuscy rewolucjoniści-modernizatorzy uznali je za zawadę należącą do „prze-eszłości, której ślad dłoń nasza zmiata”.* Niemieccy romantycy przeciwnie uznali je za ukochane dziedzictwo. We Francji dawne regiony-prowincje zeszły do sfery nieoficjalnej, w Niemczech posłużyły za budulec formalnych struktur. W Polsce widać coś pośredniego: usiłuje się dopasować formalne województwa do historycznej tradycji, pogodzić w jakimś stopniu historyczność z „urzędową dowolnością”: tak było w II Rzplitej, w PRL przed Gierkiem i obecnie od reformy 1999 r. Wyjątkiem była reforma za Gierka, 1975-1999, kiedy ówczesne województwa wykreślono z totalną agresywną dowolnością, całkiem jak departamenty Rewolucji Francuskiej.

W końcu wychodzi na to, że regiony mają dziwny status, że tak powiem, ontyczny. Są bliższe mitom niż rzeczywistości. Istnieją bardziej na mapach, więc w domenie zapisanej wyobraźni, niż w faktycznej organizacji ludzi i instytucji w terenie. Myśli się o nich nie tyle jak o czymś co jest, a raczej jak o czymś, co było, mogło być lub być może kiedyś będzie. Niektóre regiony nigdy nie zaistniały formalnie i raczej odsyła się je do mistycznej mgły, do folkloru, do „czuwania ludu” – takim jest u nas Podhale, a chyba jeszcze bardziej w Litwie Auksztota, drugi litewski człon do pary ze Żmudzią, która w W. Księstwie była podzielona na dwa województwa, Trockie i Wileńskie, które oba wychodziły poza nią, a sama przeważnie mówiła nie po litewsku, a po polsku; Litwini mówiący po polsku oczywiście tamtej nazwy nie znali. Są regiony-enklawy, nazwane i świadome siebie, które pływają w masie mniej określonego sąsiedztwa; takim jest Spisz w Słowacji, lub takim był. Są kraje lub całe państwa, które nie mają potrzeby dzielenia się na regiony, bo historycznie były jednym regionem, takim są Czechy, jeśli przez moment zapomnieć o Morawach. Z tego przeglądu widać też, że geograficzna uchwytność regionów jest słaba i nie da się jednoznacznie podzielić Europy lub jej fragmentów na regiony w jakimś wszędzie jednakowym sensie. To by odsyłało je do sfery przed-urzędowego i przed-kartograficznego chaosu. W tym sensie byłyby one dopiero jakimś chaotycznym materiałem, częściowo przeszłym, częściowo obecnym, częściowo „jasnym”, częściowo podświadomie ciemnym – materiałem na formy bardziej oficjalne.

Z drugiej strony, regiony wydaja się czymś bardziej trwałym i bardziej pewnym niż formalne podziały administracyjne i bardziej nawet niż granice państw. Granice państw zmieniają się w wyniku wojen i traktatów, podziały administracyjne bywają kreślone dowolnie („apriorycznie”), podczas gdy regiony trwają, właśnie dlatego, że nie są formalne, lecz organiczne i zakorzenione nie w tym, co urzędowo jawne, lecz właśnie raczej w sferze pamięci, wspomnień, sentymentów i mitów.

Ale to wszystko stosuje się do Europy zachodniej. W krajach prawosławnych nie było regionów takich jak prowincje zachodniej Europy. Co poznać po tym, że nie ma ich nazw. Terytoria nazywano tam od miast. Ważne były centra, gdzie za murami kremli chroniła się władza, teren pomiędzy nimi był „pusty” – dowolny, nienazwany, nienacechowany.

Po tych wycieczkach wracamy do pytania: po co nam regiony? Dlaczego uważamy je za ważne? Dlaczego rysujemy je na mapach lub chcemy by były rysowane? Jaką psychiczną potrzebę załatwiają nam regiony? Może jednak w przyszłości, w innej Europie, staną się mięsem, federalną realnością? Co by to zmieniło w porównaniu ze stanem obecnym i dzisiejszymi identyfikacjami?

Najbliższym formalnym odpowiednikiem regionu jest teraz województwo. Patrząc praktycznie, jest to taki dziwny twór, z którym się w ogóle nie kontaktuję i nie mam z nim do czynienia. Nie ma żadnej sprawy, z którą bym „jeździł do województwa” lub nawet dowiadywał się o nią na internetowej stronie urzędu wojewódzkiego lub innej instytucji obejmującej „moje” województwo. Podatki płacę... ale część gminie, a większą część w urzędzie skarbowym, który jest w mieście powiatowym i chyba z zasady US pokrywają się z powiatami. Gdybym skutkiem jakiejś reformy podpadł pod inną gminę lub powiat, nic by nie zmieniło się prócz adresu US, który ceremonialnie wpisuję w deklaracjach, które nie są konieczne, bo przy lepszym zorganizowaniu nie pisałbym deklaracji ani nie podawał US'u, bo jedno i drugie wynika przecież z adresu. Województwa np. zarządzają drogami, ale przecież drogi mają być sprawne, a nie „mazowieckie” czy „śląskie”. Itd. Jak biurokracje podzieliły sobie teren, dla mnie, obywatela korzystającego z ich usług (lub „usług”) nie ma żadnego znaczenia.

Z tego punktu widzenia wydawałoby się, że regiony należą do zupełnego decorum, do sfery pustych gestów, ceremonialnych ozdobników. Ktoś, kto szuka autentyczności, zakorzenienia, nie-matriksu, powinien ich nie zauważać lub pomijać. A jednak tak nie jest. Raczej wydaje mi się, że wyczuwamy w nich środek, medium, takiego zakorzenienia. Nie jest jasno z regionami.

Wojciech Jóźwiak

Komentarze: 5

[foto]1. Lodomeria, która mogłaby być • autor: Wojciech Jóźwiak (2016-12-04 09:29:13)

Przykładem regionu, który mógłby być, który już zabierał się zaistnieć, ale zgasł w zarodku lub został zgaszony, była kraina równa dorzeczu górnego i środkowego Bugu, której ślad został w austriackiej nazwie "Galicja i Lodomeria" -- właśnie Lodomeria, od Księstwa Włodzimierskiego.

[foto]2. Regiony • autor: Radek Ziemic (2016-12-04 09:54:20)

nie mają nic wspólnego z matrixem. Przynależą do pamięci, trochę jak zmarli. Niby ich nie ma, ale bez nich rzeczywistość byłaby... nierzeczywista albo mniej rzeczywista. (Paradoks realności: funduje ją i to, czego już nie ma. Czasoprzestrzennie ISTNIEJE tylko teraz, ale to POTEŻNE TERAZ może być (dla nas) mniej lub bardziej realne. Regiony to obrona przed nagim TERAZ, niezgoda pamięci na samo istnienie.)
---
A może regiony to duchy miejsca? :-) Dotyczyłoby to nie tylko regionów, ale i dawnych dzielnic i ich nazw, wcielonych do miast wsi i miasteczek itp., itd.

[foto]3. Królestwo Galicji i Lodomerii • autor: Radek Ziemic (2016-12-04 09:56:31)

wraz z Wielkim Księstwem Krakowskim i Księstwami Oświęcimia i Zatoru jest czy mogło było być regionem, ale jest, wygląda na to, że nadal - MITEM.

[foto]4. Regiony duchy • autor: Wojciech Jóźwiak (2016-12-04 09:57:52)

No właśnie, czytałem Ulrikę Guérot, która chce zrobić Unię Eu. z regionów, i jakoś dziwnie mi to zaczęło wyglądać, że superpaństwo, ale z duchów...

[foto]5. Pamiętajmy • autor: Radek Ziemic (2016-12-04 10:03:14)

że mogą istnieć też regiony w sensie administracyjnym, regiony "realne", OBECNE...