Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-06-16

Marcin Hładki

Na przystanku

Musiałem pojechać autobusem na drugi koniec miasta, ale nie tego, w którym mieszkam, miasto w którym byłem wyglądało trochę na Śląsk, albo podobnie, było to niezniszczone wojną miejsce, jednak zniedbane, pełne starych kamienic, brukowanych, stromych ulic i tłoku. Neapol? nie, bo w Polsce.

Było ciemno i chłodno, jak w listopadzie, spotkałem kogoś znajomego i pozwoliłem odjechać mojemu autobusowi, a teraz, jak na złość nic nie jedzie. Czekam pod murkiem, niestarannie pomalowanym na biało, na przystanku zbiera sie coraz więcej ludzi, autobusu wciąż nie widać.

Naciskany przez tłum przesuwam się wzdłuż muru do jego narożnika przy rogu ulicy i tam, z jakiegoś powodu postanawiam wejść na murek. Jest on niewysoki, po pierszym kroku w góre widzę, że na placu za nim nie ma nic specjalnego, troche śmieci i gruzu, jak po rozebranych garażach czy barakach. Cegły w narożniku są troche nierówne, zwłaszcza na dole łatwo znajduję oparcie dla stóp.

Wchodzi mi się trudno, jestem sztywny i słaby, ale jednak nie chory. Kiedy tak się gramolę na górę, patrzę na swoje buty i zauważam, że są z innych czasów: sznurowane, skórzane trzewiki z waskimi noskami ozdobionymi dziurkowanym wzrorem. Teraz orientuję się, że całe otoczenie jest niedzisiejsze, ludzie wygladają jak w latch sześćdziesiątych, ale nie kolorowo i hipisowsko, tylko w ten zmęczony, zgrzebny, szary gomółkowski sposób.

Siedząc na szczycie murku widzę, że nie nadjeżdża żaden autobus, patrzę na ulicę pełną samochodów, one też wyglądają na zmęczone i zużyte. Tymczasem ludzi na przystanku wciąż przybywa, atmosfera staje się pełna pośpiechu, napięcia i oczekiwania, jak kilka dni przed Wigilią.

Wrescie, w perspektywie ulicy pojawia sie autobus, podobny do Jelcza-ogórka, któym jeździłem do szkoły, ale większy. Chcę zejść ze swojego miejsca na murku i przepchnąć się do krawężnika. Murek tymczsem stał się jakby niższy, tak, że kiedy pojawia się przede mną rozgniewany dwudziestolatek, niezbyt nad nim góruję. Widzałem go już przed chwilą, coś krzyczał, ale nie zwracałem na niego uwagi.

- Do ciebie mowię! - woła i popycha mnie tak, że obawiam się, że spadnę na drugą stronę.
- Mówilem ci, żebyś ją zabrał do domu! - wykrzykuje do mnie.

Nie rozumiem o co mu chodzi i starając się zachować równowagę, mówię coś, że nie wiem kim jest, nie znam go i o co w ogóle chodzi. W tej awanturze jednak też jestem słaby i nieprzekonywujący, orientuję się także, że młody człowiek nie jest agresywny, tylko wzburzony.

Widzę, że ludzie juz zaczynają wchodzić do autobusu, jestem zły, że ucieknie mi kolejny, nie mam z tą sprawą nic wspólnego, ale nagle postanawiam, że muszę pomóc tej dziewczynie. Zeskakuję z murku i ide za awanturującym sie młodym człowiekem, dosłownie dwa lub trzy kroki, znajdujemy sie jednak nie na przystanku, ale w bramie, w otwartych drzwiach na schody. Młody człowiek coś do mnie mówi, nie rozumiem o co mu chodzi, mówi chaotycznie. W końcu odwraca się i odchodzi, pokrzykując coś jeszcze w moją stronę.

Dziewczyny nawet jeszcze nie widziałem dokładnie, jest przestraszona, a teraz schowała się za na wpół zamkniętymi drzwiami jakiegoś składziku, widać jego tylną ścianę i kartonowe pudła. Nie chcę jej bardziej niepokoić, mówię więc przez drzwi, że odprowadzę ją do domu. Odpowiada coś, drzwi zniekształcają słowa, nie rozumiem zbyt wiele, i bardziej z przerażenia w tonie głosu niż ze słów domyślam się, że absolutnie nie chce iść do domu.

Nagle czuję, że bardzo chcę jej pomóc, ale nie wiem co zrobić. Mówię więc, że nie zrobię niczego wbrew niej, pytam, co dalej zamierza. Odpowiada, ale ciszej, tak, jakby poszła gdzieś dalej, ale w tym składziku nie ma dokąd. Tej odpowiedzi też nie rozumiem, teraz juz zupełnie.

Budzę sie zdezorientowany, nie wiem, gdzie jestem i z kim rozmawiam, ale po chwili, z ulgą, wyzwalam sie z tej sytuacji.

Marcin Hładki

Komentarzy nie ma.