Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2007-09-02

Wojciech Jóźwiak

Przeznaczenie, fatum, karma czyli astrologia jako praca z umysłem
Przegląd poglądów na przyszłość i przeznaczenie

Tekst zamieszczony jednocześnie jako pierwszy w roku 07/08 wykład dla Kursu Astrologii przez Internet, www.kursastro.net


Tym, co najczęściej chyba przyciąga ludzi do astrologii i (także) sprawia, że chcą się jej nauczyć, jest potrzeba znania przyszłości, a więc pytanie: "co będzie?", "co się stanie?" - ze mną, z moimi bliskimi, z moim światem. Z astrologią zrośnięta jest pewna legenda - a może prawda? - iż jest to system wiedzy, który pozwala poznać przyszłość. Że astrologowie "wiedzą"... Że znają przyszłość. Nie wnikam na razie, jak z tym jest naprawdę.

Zanim dojdziemy do tego, jak to jest w astrologii, zobaczmy, jak to jest z poznawaniem przyszłości i w ogóle z możliwością poznania przyszłości. Zauważmy, że zarówno nasza wiedza potoczna jak i naukowa nie dostarczają tu jednoznacznych odpowiedzi. Z jednej strony wydaje się, że przyszłość jest z gruntu niepoznawalna. Żeby przewidzieć przyszłość, na przykład co się wydarzy za dziesięć lat 2 września 2017 roku, należałoby przebadać przyszłe życiorysy żyjących dziś ludzi (bardzo wielu), a także być może tych, którzy się dopiero urodzą. Zapewne niektórzy ludzie są ważniejsi dla określenia przyszłości świata, np. obecni prezydenci wielkich państw, ale także ważni są ci, którzy dopiero w przyszłości się nimi staną. Ale nawet gdyby jakiś prognosta skupił się na owych możnych tego świata, to przegapiłby tych, którzy na razie są nieznani i mali, ale w przyszłości właśnie od ich decyzji, często podejmowanych z sekundy na sekundę, zależą lub zależeć będą losy świata. Takich jak Gabriel Princip, który w 1914 roku strzelił do Ferdynanda Habsburga prowokując I Wojnę Światową, albo jak członkowie owej tajemniczej grupy, która uprowadziła samoloty pod Nowym Jorkiem 11 września 2001. Ponadto warto by wziąć pod uwagę zwierzęta (tamte samoloty mogły się zderzyć, powiedzmy, ze stadem gęsi...) - i kaprysy pogody. A już prognozy pogody są czymś, co astrologów i innych prognostów uczy pokory. Ogromny wysiłek koncepcyjny i finansowy włożony w przewidywanie pogody pozwala z grubsza określać ją na tydzień naprzód. Dalej już to, co "uchwycają" w procesach mas powietrza najszybsze komputery i to, co faktycznie w nich się odbywa, "rozłazi się". Komputery nie nadążają za przyrodą.

Zresztą, zwykłe codzienne potoczne doświadczenie uczy nas, że przyszłość jest nieznana i nieprzewidywalna. Każdy niespodziewany telefon, każda niezapowiedziana wizyta, każdy opór świata, kiedy coś nam poszło niezgodnie z planem, każda (chociażby) choroba - o tym nas przekonuje.

Z drugiej strony od tak dawna chyba, jak istnieje ludzkość, przychodziły wiadomości sprzeczne z tym, niby oczywistym, doświadczeniem nieprzewidywalności przyszłości. Zdarzały się zawsze przypadki, kiedy ktoś trafnie przewidział, przepowiedział to, co się potem faktycznie wydarzało. Bywali też ludzi, którzy czynili tak częściej od innych - i tych uważano za "wiedzących" i liczono się z ich opinią albo, bo i tak bywało, prześladowano: gdy zapowiadali przyszłość niewygodną dla kogoś. Więc skoro są ludzie, którzy potrafią trafnie przewidzieć przyszłe wydarzenia, to może jednak ta przyszłość jest przewidywalna?

W różnych miejscach na świecie rozwiązano te sprzeczność jak następuje: uznano oto, że ludziom nie jest dana wiedza o przyszłości: ludzie, istoty ułomne i niekompletne, wiedzą tyle, ile widzą i pamiętają, natomiast dostęp do przyszłości mają istoty od nich wyższe i doskonalsze, mianowicie bogowie i demony. W Indiach i w kręgu buddyjskim dodawano do tego, iż także ludzie znają przyszłość, mianowicie ci (raczej nieliczni) z nich, którzy osiągnęli oświecenie. W doktrynie jogi znajomość przyszłości uznawano za siddhi, czyli niedostępną "zwykłym śmiertelnikom" władzę umysłu, która u zwykłych ludzi pozostaje uśpiona, natomiast budzi się w procesie jogicznego rozwoju. W starożytności greckiej, rzymskiej, "barbarzyńskiej" (celtycko-germańskiej) i bliskowschodniej, dokąd joga nie dotarła, znajomość przyszłości przez niektórych ludzi i właściwy im dar wieszczenia, uznawano za przejaw i wynik ich kontaktu z bogami. W religiach monoteistycznych podobnie dar proroczy uznawano za dar Boga, i wierzono, że to nie człowiek sam z siebie głosi przyszłe wydarzenia, ale to bóg przemawia przez niego. Pogańskie wyrocznie też zresztą umiejętności swoich pytii przypisywały nie im samym, co temu, iż działały one jako tuba Apollona. Jak widzimy, była to w miarę spójna koncepcja: dla człowieka świat kończył się ścianą niepoznawalności pomiędzy "teraz" a "później", natomiast doskonalsze odeń umysły bogów i istot im podobnych postrzegały tego świata całość, łącznie z tym, co z punktu widzenia śmiertelników ma dopiero nastąpić i co jest im zakryte.

Ciekawe przy tym, że przed śmiertelnikami zakryte są dwa obszary: to, co przyszłe i to co po śmierci. Przyszłość i życie pozagrobowe. I tak samo jedno i drugie ma być znane bogom i im podobnym. Co dziwnie zgadza się z tym, że ludzie, którym dane było, częściowo i niedoskonale, bo jednak inaczej im nie wolno, przejść na drugą stronę śmierci - mam na myśli tu tych, którzy przez czas pewien byli umarli klinicznie, a także tych, którzy wzięli mocne środki transportujące, jak LSD lub ayahuasca - relacjonowali wśród innych doświadczeń także to, że w jakimś stopniu "oglądali" przyszłość.

Wróćmy na łono nauki. Pierwsza nowoczesna teoria budowy i działania świata, dynamika Newtona, okazała się mieć tę szczególną właściwość, że wynikał z niej jako konsekwencja doskonały determinizm: ze stanu świata w chwili t0 wynikał, na mocy równań dynamiki, jednoznacznie stan świata w dowolnym przyszłym momencie t1, czyli cała przyszłość świata. Pierre Simon de Laplace podczas pewnego wykładu mówił o istocie, która poznawszy położenia i pędy (czyli kompletne stany) wszystkich cząstek świata i umiejąc przeprowadzić odpowiednie rachunki, znać będzie stan świata w dowolnej chwili w przyszłości. Demon Laplace'a, bo tak przyjęło się nazywać ową istotę z tamtego eksperymentu myślowego, zawładnął wyobraźnią filozofów na długo - jako że głównym problemem nowożytnej filozofii było tak zwane "zagadnienie psychofizyczne" czyli kwestia, jak to jest, że człowiek może mieć wolną wolę (co mu się nieustannie subiektywnie wydaje) podczas gdy świat jest ściśle, niby szwajcarski zegarek w swoim biegu zdeterminowany. Oraz w jaki sposób ów wolny umysł może pozostawać w styczności ze sztywno, jak cała materia, zdeterminowanym ciałem. O ile wiem, nikt zadowalająco na te pytania nie odpowiedział. Zapewnie były błędnie postawione.

Tymczasem nowa fizyka znalazła wyłomy w powszechnym determinizmie mechaniki klasycznej - i to przynajmniej dwa. Jednym jest nieprzewidywalność zawarta w mechanice kwantowej. Chodzi tu o to, że w świecie kwantowym dzieją się procesy dwóch rodzajów. Jedne są zdeterminowane, "gładkie" i mają tę właściwość, że jednako możliwy jest proces postępujący w czasie w jedną stronę, jak i proces (na osi czasu) jemu przeciwny. Roger Penrose nazwał te procesy zwięźle "U" - unitarnymi. Drugie zjawiska (procesy) są nieprzewidywalne, nieobliczalne, można określić zaledwie prawdopodobieństwa ich zajścia i dzieją się tylko w jedną stronę czasu. Penrose nazwał je "R" - redukcyjnymi. Te drugie stanowią właśnie wyłom w determinizmie wcześniej uprawianej fizyki.

Drugim wyłomem było odkrycie dynamiki chaosu. Dawna deterministyczna mechanika zaniedbywała procesy, w których energia jest tracona, czyli takie, w których działają siły tarcia. Okazuje się jednak, że tam, gdzie jest tarcie, wkrada się też chaos, który przejawia się jako nieprzewidywalność rozwoju i niepowtarzalność przyszłych cykli ruchu. Zachowanie układów chaotycznych można przewidzieć tylko "z grubsza" - ale często ta "zgrubszość" nie wystarcza, jak widać choćby po prognozach pogody, które dotyczą chaotycznie zachowującej się atmosfery. Chaos zresztą jak i tarcie jest przejawem, w skali makro, kwantowych procesów "R" - przejawem łamania ładu i harmonii panującej na poziomie unitarnych atomów.

Kiedy jednak myślimy o przewidywaniu przyszłości, mamy wrażenie (przynajmniej ja takie mam), że wiedza i ustalenia fizyków niewielkie mają zastosowanie w tym przedmiocie. Starożytne rozpoznanie, że przyszłość JEST niepoznawalna (w czym utwierdza dzisiaj mechanika kwantów i chaosu) a zarazem mimo to NIEKTÓRZY ją (wyrywkowo i czasami) znają - pozostaje wciąż w mocy.

Do ujęcia związków między człowiekiem a przyszłością wynaleziono kilka pojęć. Najłatwiejsze do zrozumienia jest fatum. Czyli, najkrócej mówiąc, to, co się stało i się już nie odstanie. Coś, co jest i zmienić się tego nie da - jak i wszelkie wynikające z tego konsekwencje. To, że się urodziłeś: to jest dla ciebie fatum. To, że urodziłeś się właśnie wtedy, kiedy się urodziłeś, np. w roku 1976 a nie 2208 albo minus 5745 - bo przecież miałeś (niby) do wyboru prawie wieczność. To że się, idąc dalej, urodziłeś człowiekiem, a nie powiedzmy, żyrafą lub muchą lub sosną. Polakiem i w tej epoce, a nie Amerykaniem wiek później. Kobietą a nie mężczyzną. Z tych oto rodziców a nie ich sąsiadów. (Tu uwaga dla astrologów: to wszystko, co tu wymieniam jako fatum, jest przedmiotem szczególnej admiracji dla ludzi ze znaku Raka, a ściślej, dla tych, którzy mają silny udział tego znaku w swoich urodzeniowych kosmogramach.) W powyższym przepastnym sensie także układ planet w momencie twojego urodzenia należy do owego fatum - bo żadna siła go nie zmieni i jest on istotowo dany raz na zawsze.

Fatum ma swoje konsekwencje, też nieodwołalne: skoro amputowano ci nogę, nie zrobisz kariery w sporcie. (Choć to się zmienia i słychać o atlecie, który nie mając nóg biega na sprężynowych protezach szybciej niż kompletni. Ale jednak to nie jest "zwyczajne" zdrowie.) Urodziwszy się mężczyzną nie urodzisz dziecka. Skoro miałeś stosunek płciowy, nie będziesz już dłużej dziewicą. Itd.

Zwykle ludzkim myślicielom wydaje się, że skoro przyszłość jest dla niektórych (np. boskich lub demonicznych) umysłów znana, to w istocie jest ona zdeterminowana raz na zawsze równie ściśle jak klasyczno-mechaniczny świat demona Laplece'a. W tym ujęciu świat wydaje się Jedną Wielką Całością, którą boskie (lub demoniczne) umysły postrzegają właśnie jako niezmienną całość, zapewne jawiącą się im w czterech wymiarach: trzy wymiary przestrzenne, czas jako wymiar czwarty. (Ja wprawdzie ten pogląd uważam za naiwny antropomorfizm i przypisywanie bogom ludzkiej percepji.) Poza tym, w czym by ta całość miała się zmieniać, skoro czas został właśnie zamrożony jako wymiar numer cztery? No więc skoro dla bogów i demonów świat wraz z przyszłością jest ustalony, to i taki jest w istocie. Niepewność ludzi co do przyszłości okazuje się być złudzeniem, ich (na pozór) wolna wola wydaje się też złudzeniem, ich wysiłki o zmienienie czegoś w przyszłości też są złudne. Światem "rządzi" - w myśl tego poglądu - przeznaczenie.

W tym miejscu myśl ludzka wielokrotnie natrafiała na trudność i pokusę: skoro wszystkim rządzi przeznaczenie, to czy i sami bogowie jemu podlegają? Skoro tak, to zarówno nie są wszechmocni jak i ich moc jest mocno ograniczona, właściwie prawie tak samo jak ludzka! Próbowano ten paradoks rozwiązać, domyślając się, że bogowie przeznaczenia chcą. (Niby ów wolny mędrzec wg Hegla, którego wolność polega na tym, że chce tego, co jest konieczne; także Nietzsche głosił coś podobnego, nazywając to "amor fati" czyli ukochanie tego, co nieuchronne.) Usiłowano też wybrnąć z logicznego kłopotu inaczej, mianowicie twierdząc o bogach, że wśród nich są bardziej potężni od innych, którzy sami ustanawiają przeznaczenie, są więc ponad nim i jego wyrokami. (Co jak mi się zdaje nijak tego paradoksu nie rozwiązuje.)

Dla astrologa najciekawsze jest - także starożytne czy w ogóle archaiczne - wyobrażenie, iż przeznaczenie nie działa jednoznacznie, lecz tylko z pewnym przybliżeniem. Jak owa śmierć z bajki, która raz przez bohatera przechytrzona (a mu "pisana") czyhała nań, skutecznie, za kolejnym zakrętem drogi. Lub jak w poemacie "Pani Twardowska" Mickiewicza, gdzie diabeł powiada: "Ale zemsta, choć leniwa, Nagnała cię w nasze sieci: Ta karczma 'Rzym' się nazywa...": bo przeznaczenie, iż Twardowski da duszę diabłu w Rzymie, zrealizowało się oto nie w mieście Rzym, lecz w karczmie tejże nazwy. Owa zbieżność nazw jest godna uwagi, gdyż w wierzeniach na temat przeznaczenia powtarza się wątek, iż przeznaczenie działa z dokładnością do pewnych ram, a te ramy są wyznaczone znaczeniem. Przeznaczenie realizuje się wtedy i w ten sposób, kiedy zbiegną się pewne składniki, budujące pewne szczególne dla tej sytuacji znaczenie. Podkreślam owo znaczenie: że ono tu jest ważne, a nie jakieś parametry fizyczne. Jeśli mówimy o przeznaczeniu, to mamy na myśli pewną "inną fizykę" w której ważne są znaczenia. Jest to herezja na gruncie nowożytnego przerodoznawstwa, gdzie za dogmat stoi, iż znaczenia nie maja żadnego znaczenia dla świata i nie wychodzą poza ludzki umysł i poza kościane puszki naszych czaszek - tam pozostając dla świata zamknięte.

Determinizm wyobrażamy sobie jako jednowymiarową sztywną linię biegnącą w przyszłość - ta linia to tor układu który będzie po nim dalej wędrował. Skoro jednak przeznaczenie pozostawia istotę (ludzką lub inną) w pewnych ramach, to ów tor nie jest już linią tylko raczej rurą! A jeśli rurą mającą sztywne ścianki, to może lepiej wyobrazić sobie ów "kanał w przyszłość" jako mający miejsca bardziej dla wędrującej nim istoty właściwe i mniej właściwe? Miejsca środkowe i wygodne oraz poboczne i niewygodne? W tym ujęciu nie byłoby już "ram" w których trzyma nas przeznaczenie, co raczej rozległe pobocza naszego losu, w które im dalej się brnie, tym są one mniej zgodne z naszą naturą...

Także skoro przeznaczenie nie jest ani linią ani rurą, lecz jakimś szlakiem, w jednych miejscach bardziej dla nas właściwym w innych mniej, to może też jest coś (lub Ktoś) co (lub kto) pilnuje każdą istotę, żeby trzymała się bliżej przeznaczonego jej środka? Najciekawsze, że wielokrotnie w kulturach pojawiała się wiara w takie istoty strzegące czyjegoś losu, "ucieleśniające" jego przeznaczenie, tak jakby człowiek puszczony sam sobie miał skłonność zachowywać się przypadkowo, dowolnie lub samowolnie i niezgodnie ze swoim losem, natomiast owa los uosabiająca istota ściągała go uporczywie na przeznaczoną mu drogę. Słowianie nazywali tę istotę dola, Persowie daena, Rzymianie genius. Niekiedy, jak u Persów, istota owa miała sens moralny: reprezentowała to, co w człowieku istotowo dobre, podczas gdy on sam miał skłonność schodzić na grzeszne manowce.

Skąd się brało przeznaczenie? Różnie próbowano tę kwestię rozwiązywać. Mogła je wykreować klątwa potężnych czarowników - i tak do dziś bywa wierzone. Mógł je wykreować Bóg, albo i któryś z bogów nienajwyższych - jak diabli u Mickiewicza. Rozwiązanie uderzające swoją logiką i racjonalnością znaleźli Hindusi, wśród nich twórcy buddyzmu: oto źródłem przeznaczenia jest karma, czyli nieusuwalny (albo nieusuwalny łatwo) zasób nawyków, które istota (ludzka lub inna) nagromadziła w sobie w toku całej swojej historii, a do historii tej należy także to, co działo się z nią przed jej obecnym żywotem - jako że w ten wątek myślenia nieoddzielnie wpisane jest przekonanie, iż nie ma żadnego "początku", a narodziny (oraz następująca po nim i porzedzająca je śmierć) są tylko fizycznym wypadkiem na niezaczynającej się i niekończącej się drodze.

Tu dygresja: zarazem wierzono, że niektórzy wyzwalali się od swojej karmy, na tym wszak polegało Wyzwolenie - moksza czy nirwana, co budziło kolejną logiczną trudność, bo przecież tym, co doprowadzało do wyzwolenia mogła być tylko karma. Wyrazem tej sprzeczności było pojawienie się herosów, którzy wyzwalali się sami, wbrew swojej karmie, i o takich powiadano, iż dostąpili wyzwolenia w jednym żywocie, przykładem najsłynniejszy z nich Milarepa, zrazu zabójca, który stał się buddą.

Wracając do tytułowego tematu, czyli astrologii rozumianej jako praca z umysłem. W czym nam może tu pomóc horoskop? Trzeba zacząć od tego, że dziś, mimo postępu naukowej wiedzy i mimo przyswojenia sobie poglądów z wielu kultur starszych od naszej, w znajomości tego, jak to jest z tą przyszłością, stoimy wciąż na początku wiedząc niewiele. Nasza potoczna, wynikająca z codziennych doświadczeń wiedza o tym, mało różni się od poglądów starożytnych. Jesteśmy gotowi zgodzić się z poglądem, że istnieje jakieś przeznaczenie, gdyż dowodem na to jest, iż drogi poszczególnych ludzi są różne i zwykle do pewnego stopnia przewidywalne: ktoś kto pędził dotąd przez 30 lat życie szarej myszy raczej nie zostanie w ciągu roku gwiazdą, a ktoś, kto oszczędzał swój umysł i poprzestawał na minimum wiadomości koniecznych do przeżycia nagle nie odkryje nowej teorii. To banały - ale jeśli ktoś chce "pracować z umysłem", chce "rozwijać się duchowo", albo przynajmniej chce usprawnić swój umysł jak usprawnia się materialne narzędzia, powinien w jakimś stopniu poznać czynniki pchające go przez życie w tym lub innym kierunku. I tu okazuje się, że horoskop dostarcza całkiem wiernej mapy, w której zapisane są nasze preferencje. Dlaczego tak jest i czy są jakieś prawa fizyki, które ową mapę czynią wiarygodną, o tym może napiszę innym razem. Niech na razie wystarczy stwierdzenie, że ktoś, kto zna swój horoskop (i konieczną do jego zrozumienia astrologiczną teorię), wie o sobie więcej niż ten, kto go nie zna.


Wojciech Jóźwiak
adres
2 września 2007




Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.