Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2020-05-05

Jan Krabat

Przepowiedział mi Astrolog

Było to bardzo upalne sierpniowe popołudnie, któreś z kolei lato stulecia. Wilgoć parująca z rzek przepływających przez miasto powodowała tropikalną duchotę. Do willi na peryferiach, gdzie przyjmował Astrolog, dotarłem spocony i oszołomiony smrodem wysychającej kanalizacji.

– Czy mogę nagrywać? – spytałem Astrologa – jestem tak przymulony, że zapomnę wszystko zaraz po wyjściu.

– To android? – zerknął na mój telefon – wolę nie, po co służby mają wiedzieć o naszej rozmowie? Uruchomił swojego zabytkowego netbooka, na ekraniku rozpoznałem logo jednej z super bezpiecznych dystrybucji linuksa.

– Poproszę datę, godzinę, miejsce urodzenia oraz co pana do mnie sprowadza? Mamy czas na dwa konkretne pytania – uruchomił program do rysowania kosmogramów, wiatrak komputerka podkręcił obroty.

Podałem dane urodzeniowe i zacząłem się zastanawiać. Co jest najważniejszym problemem mojego życia? Co popchnęło mnie do umówienia się na spotkanie? Wiedziałem jeszcze parę minut temu, ale upał i emocje spowodowały pustkę w głowie.

– Pieniądze... – zacząłem, ale uciszył mnie gestem.

– Pan, drogi panie, nie jest przeznaczony do robienia wielkich pieniędzy – chciałem sprostować, że nie chodzi o wielkie pieniądze tylko o podstawowe potrzeby, o mieszkanie, że pieniądze są głównym źródłem moim problemów małżeńskich, ale nie dał mi dojść do słowa – pański Neptun wyraźnie pokazuje, że musi pan podążać za jakąś Ideą.

– Jestem nihilistą, nie wierzę w żadne idee...

– A ma pan w ogóle jakieś zainteresowania? – popatrzył ganiącym wzrokiem sponad okularów, w soczewkach odbijał się wykres mojego kosmogramu.

– Fotografia...

– Niech Pan sobie da spokój – powiedział pobłażliwie – nie będzie Pan drugim Cartier-Bressonem, nie ma Pan takiego zmysłu obserwacji. Przecież nawet nie widział żadnego zdjęcia mojego autorstwa! Poza tym nie lubiłem Cartier-Bressona i fotografii ulicznej! Nie miałem jednak sił na kłótnię.

– Piszę do szuflady takie tam...

– Dobrze, niech pan pisze, może coś z tego będzie. Ale nie teraz, najwcześniej za 10-15 lat. Teraz musi pan znaleźć dla siebie jakąś Ideę, w przeciwnym razie... – zawiesił znacząco głos – ... w przeciwnym razie najpóźniej za dwa lata czeka pana jakaś ciężka choroba.

– Ale jak? – przestraszyłem się – jak mam ją znaleźć ? Jakieś medytacje? Przecież nie zmuszę się do czegoś, co mnie nie interesuje?

– Następne pytanie – uciął.

– Małżeństwo? – westchnąłem.

– Proszę o datę ślubu i dane urodzeniowe małżonki. Datę ślubu miałem wygrawerowaną na obrączce, ale nie znałem godziny urodzin żony. Astrologowi to nie przeszkadzało, studiował w milczeniu kosmogramy, po czym westchnął ciężko.

– To dziwne, że ten związek się jeszcze nie rozpadł... Stchórzył Pan w kwietniu...

– Nie stać mnie na adwokata – odciąłem się – moim zdaniem to zdrowy rozsądek nie tchórzostwo.

– I tak się samo zawali lada dzień, czeka tylko na popchnięcie – powiedział z wyraźnym politowaniem.

* * *

Przestraszył mnie skutecznie wizją choroby, zacząłem chodzić po lekarzach, miałem robione EKG, EEG, tomografie, rezonanse, analizy krwi. Specjaliści orzekli nadciśnienie i za wysoki poziom cholesterolu, kamicę nerkową, kamicę żółciową, dyskopatię i krzywą przegrodę nosową – nic z tego jednak nie zagrażało życiu. Posłusznie zacząłem łykać pigułki na nadciśnienie, ograniczyłem kawę, alkohol i cukier, zwiększyłem aktywność fizyczną. Z nihilizmu się jednak nie wyleczyłem.

Moje fotografie zostały zauważone w lokalnych konkursach, w mediach społecznościowych zyskałem grupkę niezbyt licznych, ale wiernych fanów. Niektórzy nawet zwracali się o porady, co z jednej strony mile łechtało próżność, z drugiej wprawiało w zakłopotanie.

Moje finanse zaczęły się stabilizować, regularnie spłacałem długi, przestałem żyć od wypłaty do wypłaty. Stać mnie było nawet na adwokata, ale nie było takiej potrzeby. Małżeństwo się nie rozpadło, żadne z nas w głębi duszy tego nie chciało. Czasem trzaskały talerze, czasem nie wytrzymywała rama łóżka, ale najgorsze było chyba za nami.

* * *

Minęły dwa lata. Nie dostałem zawału ani wylewu. Nie rozwiodłem się. Nadal miałem w dupie idee. Chciałem pójść do Niego i powiedzieć: „myliłeś się we wszystkim Astrologu”. Nie zdążyłem, w kwiecie wieku zmarł na powikłania po banalnej grypie. Do te pory zastanawiam się – czy On to przewidział?

Jan Krabat

Komentarzy nie ma.