Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2012-03-11

dyskusja Taraki

Praca z bogami, obrót drugi

Dyskusja 6 marca 2012.


Jak bogowie ożywająCiało i łaskaŚwięta rzeczywistośćPraca z bogami... jako pracaJak wołać bogów

Jak bogowie ożywają

Jaczewski [Piotr Jaczewski] Ja bym działania z bogami określił jednym boskim słówkiem: inspiracja. Bogowie są po to, by inspirować. To odzwierciedla ich naturę oraz naturę kontaktu z nimi. Inspiracja może przyjść w dowolnej formie: wydarzenia, gotowego tekstu, zmiany uczuć, uzdrowienia - lub innej.

W wymienionej przez Wojciecha liście zabrakło mi dwóch spraw: (1) o bogach opowiada się historie i (2) bogów się podgląda. Chyba od tego rozpoczyna się praca z bogami: kiedy te opowiadane historie ożywają, i kiedy podglądane, czy wzywane postaci robią się autentyczne i ich własna natura zaczyna je animować, gdy odczuwamy ich żywą obecność... w czasie i przestrzeni.

Tu celowo dopisałem ten czas: jakoś instynktownie wyczuwam, że żadne pojedyncze doświadczenie czy objawienie nie jest "boskie". To sposób odnoszenia się do tych doświadczeń czy czerpania z nich w dłuższej perspektywie takowymi je czyni. I w tym widzę odróżnianie symulacji od czegoś autentycznego. Nie jestem pewien czy z zewnątrz daje się to stwierdzić: czy dany rytuał był autentyczny czy symulacją. Boskie oszustwo i triksteryzm tu się przejawia.

W obrębie kontaktu z bogami także z ludźmi coś się dzieje. Określiłbym to - z hawajskiego - jako szczególną, boską manę. Przy doświadczonych szamanach czy praktykach to się czuje. Wnętrze inaczej wchodzi w interakcje z zewnętrzem - coś się odbywa w przestrzeni wokół, pojawia się ulotna jakość, która zmienia percepcję. Pojawia się coś w rodzaju dodatkowej siły, która wciągają wszystkich. I podobna nieuchwytna jakość cechuje tych, co się oddają kontaktom z bogami.

Co do przygotowania do kontaktu z bogami - w naszej kulturze przydaje się "bufor". Przewodnik, postać wprowadzająca cię do boskiego świata i po nim oprowadzająca. Przynajmniej dopóki nie nauczymy się myśleć w innych kategoriach niż "kontrola" i "bycie", i dopóki nie wyjdziemy z paradygmatu "złej rzeczywistości" (patrz: O wzywaniu duchów). Ten pomysł zresztą przewija się przez wiele kultur: jest bóg czy bogini szczególnie zaprzyjaźniona i działa jako pośrednik-pośredniczka w kontaktach z resztą boskiej rodzinki.

Do kontaktów też przydaje się szczególna mieszanka cech: miłość, moc, humor. Jest ona potrzebna, żeby nie spłycać doświadczeń, ale też nie brać ich zbyt poważnie, aby nie odizolowały nas od świata czy nie uczyniły kukiełką powtarzającą boskie prawdy i żyjącą swoimi niezintegrowanymi inspiracjami...


Jozwiak [Wojciech Jóźwiak] Powiedziałeś, Piotrze, że "historie (o bogach) ożywają". Co to znaczy? Kiedy tak się dzieje? Kiedy tak się działo w twoim życiu, doświadczeniu? Co to w ogóle jest za zjawisko?


Jaczewski [Piotr Jaczewski] Mówię ściśle o zmianie jakości wizji: o tym momencie w którym postaci wizualizowane zaczynają przejawiać niespodziewane i niezaplanowane działania. Na przykład: wizualizuję Pele, wizualizuję Hinę i nieoczekiwanie jedna drugą policzkuje i gada "Ty dziwko"! Coś wymyka się ze świadomych planów i to na ostro łamiąc reguły, nieoczekiwanie zachodzi zmiana, budząc zdziwienie lub przerażenie. To się zdarza często. Od tego zaczęło się moje zainteresowanie pracą z postaciami.


Jozwiak [Wojciech Jóźwiak] Rozumiem. Właśnie zaciekawiło mnie, czy mówisz o tym zjawisku - o ożywaniu wizualizacji, czyli o tym, że najpierw coś usilnie celowo wizualizujesz, a nagle ta wizualizacja zaczyna dziać się po swojemu, przestaje zależeć od widza i należeć do jego EGO. (To jest to, co mnie bardzo interesuje!)

Dalej powiedziałeś, Piotrze: "Nie jestem pewien czy z zewnątrz daje się to stwierdzić: czy dany rytuał był autentyczny czy symulacją. Boskie oszustwo i triksteryzm tu się przejawia."

Otóż: da się. Powiem więcej: to jest konieczne. Musisz dać sobie prawo do własnego osądu. Komuś/czemuś musisz ufać - i tym czymś jest twój rozsądek. Musisz sobie dać prawo do orzekania, czy ten oto kapłan, lama, szaman lub trener robi coś naprawdę, czy udaje - a więc ciebie zwodzi. Musisz sobie dać prawo do własnego osądu, wliczając w to, że możesz się pomylić. Musisz sobie dać prawo do osądzania i do błędu.

Piszę "musisz" ale oczywiście nic nie musisz. Możesz pójść w bycie uwiedzionym, w syndrom sztokholmski. Możesz wraz z podobnymi "towarzyszami niedoli" uważać, że kto nie przeszedł wraz z tobą i resztą tej fali, to "nie zna życia". (Ale to już inny wątek.)

Wg mnie zdolność do odróżniania autentyczności od udawania, od symulacji, jest podstawowa. Bez tego nie ma sensu "bawić się" w doświadczenia religijne lub podobne.


Jaczewski [Piotr Jaczewski] Ja się nie bawię w doświadczanie religijne, ja się bawię w przeżywanie duchowe! Dla mnie jest to różnica pt. wewnętrzny i zewnętrzny punkt odniesienia. I dopóki nie potrafię przeżyć w ten wewnętrzny sposób świata, to kapłani, szamani, trenerzy to IDIOCI. I ja sam jak usiłuję kogoś, czegoś nauczyć jestem takim samym IDIOTĄ. Mój osąd i moje błędy to kwestia tego, jak sam siebie rozliczam, jak moje przeżywanie pozwala mi być spójnym w zachowaniach i przewidywać przyszłe doświadczenia. W drugiej kolejności jest świat zewnętrzny i kryteria społeczne. Sam przed sobą w zasadzie nie mogę ściemniać, czy symulować, co najwyżej ewentualnie będę autentycznie przeżywał napięcie pomiędzy tym, co chciałem robić a zrobiłem, jak chciałem, żeby zostało odebrane, a jak jest odbierane. Ale nie ucieknę przed samym sobą.

I tu to nie jest kwestia samego rozsądku, ale raczej długoterminowo budowanej ze sobą relacji. I włączam w to intuicje (boskie inspiracje), rozsądek, odczucia emocjonalne, zachowania, ale też (w dalszej kolejności) relacje z bliskimi, dalszymi i najbardziej odległymi postaciami -jakie sygnały dostaję i co decyduję się z tym zrobić.

Podsumowując: Moje życie to sprawa pomiędzy mną i moimi bogami! :)


Jozwiak [Wojciech Jóźwiak] Piotrze, wspomniałeś o tym, że w takich doświadczeniach potrzebny jest przewodnik, lub jak go nazwałeś: „bufor”. Czy tę postać „bufora” znasz z kultury Europy czy z Hawajów?

Po drugie, przykład, przykład proszę, bo nie wiem, o czym mowa! Znów nie wiem, czy mówisz o fikcji ("literackiej") czy o faktach czyli o doświadczeniu.


Jaczewski [Piotr Jaczewski] W naszej kulturze europejskiej. Tu gdzie JA jest wysunięte na pierwszy plan, a nie rodzina. Przydaje się praca z przewodnikiem, zobacz tu: Praca z Przewodnikiem (opiekunem). Przewodnik jest postacią symbolizującą naszą (moją) zdolność do obserwacji i do komunikowania moich doświadczeń. Tego zostałem nauczony gdy pracowałem wtedy z wizjami; myśląc bardziej w kategoriach jungowskich "aktywnej wyobraźni". I myślę, że w "boskiej” konwencji taka postać dla osoby z Zachodu jest bardzo potrzebna: przynajmniej na początku, kiedy jest dużo kontroli i napięcia pomiędzy JA a nie-Ja, nieświadomością. To już wynika z natury transu, w pierwszym momencie dla takiej psyche doświadczenia transowe mogą być i najczęściej są nieprzyjemne. Przy braku Przewodnika zwykle te nieprzyjemne, transowe doświadczenia urealniają w niekontrolowany sposób świat duchowy, są tworzone irracjonalne przekonania, pojawiają się przesądy i zaczynają one kierować życiem człowieka. Przykładowy "czarny kot przebiegł mi drogę".

Gdy podróżujesz z „Przewodnikiem”, możesz zaobserwować ten proces samonakręcania się i pozwolić mu być tylko jednym z doświadczeń. Przejść bezpiecznie ten etap, kiedy myśli się: "wewnętrzny świat to wrogie i groźne środowisko".

Ciało i łaska

AZ [Ann Zielińska] Spodobała mi się sfera OBCEGO. Jeśli bogowie mają mieć jakiś sens poza tym, który nadaje im ludzki umysł, to muszą ten umysł jednak przekraczać, przekraczać również słowa.

Praca z bogami jest byciem z nimi, spotkaniem. I ja postrzegam to spotkanie bardziej jako łaskę niż moje działanie.

Trochę nie dowierzam w możliwość uczynienia z „pracy z bogami” - metody. Ścieżka wyłania się z każdym krokiem. Nie ma jej. Jakby nie istniała „wcześniej”. Nie dowierzam, ale temat jednak kusi.

Najbardziej chciałabym podzielić się w tej dyskusji konkretnym doświadczeniem. Mówiąc o łasce, mam na myśli to, że nie planuję, ale że Się dzieje. Mój wkład w łaskę jest taki, że przyszłam w to miejsce, w którym spotkanie może się wydarzyć.

Przypominam sobie takie doświadczenie, było to spotkanie w ćwiczeniu terapeutycznym z krytykiem wewnętrznym. Praca przez ciało, metodami psychologii procesu. Postać krytyka wyłania się jako pewien niejasny obraz. Stoi nade mną i nagle wiem, co chce zrobić, chce mnie zabić, po prostu wgniata mnie w ziemię. Kiedy rozpoznaję moc tej Istoty, zaczynam w myślach nazywać ją z wielkiej litery. Nie jest ludzka. To jest God Destroyer, ten aspekt boskiej mocy, ten Ktoś, Kto potrafi zamienić cały świat w Nic. Oczywiście, że się boję. Boję się tak bardzo, że trudno mi się podnieść z podłogi, na którą upadłam. Jednak wstaję i zajmuję miejsce Destroyera, staję tam, gdzie go widziałam. Czuję To. Obecność. Jestem. JA Jestem. Oddycham tym bardzo długo, nie ma nic ważniejszego, w tej jednej chwili w ogóle nie ma nic innego.

To doświadczenie przekracza słowa. Stało się częścią „mnie”. Jeśli faktycznie spotkałam boga, to teraz On mieszka tu blisko. Blisko życia i śmierci. Spotkałam Go jeszcze wiele razy, przypomina mi, że nie ma nic ważniejszego niż oddech, niż istnienie.

Pomyślałam, że to jest jeden ze sposobów pracy z bogami – zmierzenie się ze strachem, z jakimś największym. Najlepiej strachem wobec własnej śmierci. Kiedy puścić wszystko, odrzucić, objawi się przestrzeń pusta, którą może wypełnić jakiś Ktoś.

To jest taka chwila, kiedy bóg może przyjść do człowieka. I może dokonać się przemiana.

Jednocześnie, w tym konkretnym doświadczeniu, nie było moim celem wyjściowym spotkanie boga. Było zmaganie się z konkretnym problemem, zmierzenie z poważną trudnością. Ta trudność niejako stała się bogiem, czy też objawiła. To „coś”, co nazywałam problemem, okazało się furtką do informacji, której nie mogłam wcześniej przewidzieć. Taki ukryty w problemie skarb. A może to nie furtka, tylko głos boga, który przemawia w taki sposób, wystarczająco mocno, żebym mogła go wreszcie usłyszeć.

Zaryzykowałabym stwierdzenie, że drogą do bogów jest ciało. Ono jest bramą. Właśnie raczej ciało niż umysł. Ciało, które wie. Moje ciało wie wtedy, kiedy pozwalam mu swobodnie śpiewać, tańczyć, czuć. Prawdziwie, bez kontroli.


Jozwiak [Wojciech Jóźwiak] Ann, mówisz: "łaska". Trudne i mylące słowo, bo od razu każe myśleć "łaska Boża" z tym katolickim Bogiem z dużej litery w roli głównej. Ja do książki Foxa/Sheldrake'a "Naturalna łaska" podchodziłem jak pies do jeża, ponieważ odbierałem, że tamto słówko natrętnie wciąga mnie w kościelność, w klękanie, w modlenie się. Z wielkim trudem i przy dobrym wczytywaniu się okazuje się w końcu w tamtej książce, że ta "łaska" to stan lub dyspozycja umysłu i może być ŁASKA w ogóle bez brania pod uwagę Boga (tego kościelnego).

Co do Strachów i Krytyków. Ważny temat! Ważna sprawa w "pracy". Jak się przyglądam swoim doświadczeniom, to widzę nie tylko STRACH. (oczywiście, miałem z nim do czynienia, głównie jednak to był strach, że w organizmie coś mi nie wytrzyma :) Widzę także WSTYD – wstyd jako poczucie, że zrobię coś głupiego, czym narobię sobie OBCIACHU. W ogóle w działaniach które prowadzę, wciąż obawiam się i unikam OBCIACHU. Najbardziej obawiam się nieautentyczności - która zawsze wygląda śmiesznie i żałośnie. Co to jest, OBCIACH? - To naruszenie dobrego smaku i jako brak autentyczności Ale to chyba osobny temat, na osobny obrót.

Podoba mi się to, co napisałaś Ann - jest w tym świeże spojrzenie, jakiś świeży duch :)


AZ [Ann Zielińska] Tak, słowo łaska faktycznie mieszka w innej baśni, pochodzi z religii moich dziadków. To słowo ma szczególne znaczenie w spotkaniu z nie-Ja. Często myślę o tym, w jakim stopniu ode mnie zależy, czy bogowie przyjdą na spotkanie, czy nie. Czy to ja przychodzę powodowana tęsknotą, czy to Oni przychodzą do mnie powodowani nie wiem czym. Może spotykamy się w pół drogi. Tęsknota za wymiarami świata poza zmysłami, poza rzeczywistością uzgodnioną, jest jak zawołanie w ciemność, w ciszę, w pustkę.

Tak sama dla siebie, nie używam pojęć: boginie, bogowie. Filozoficznie i bardzo głęboko we mnie blisko mi do szamanizmu, taoizmu. I jednocześnie nie przeszkadzają mi te pojęcia, powiem więcej, tęsknię za panteonem bogów. Może nawet Bogów, z wielkiej litery. Chciałabym, żeby byli dla mnie Kimś więcej niż intelektualną przygodą i podróżą przez mitologie. Ci tutejsi Bogowie mieszkają w świecie podziemnym, przykryci warstwą historii rozświetlonej przez chrześcijańskie stosy, na których płonęli ludzie, ci co nie bali się swojej Prawdy. Za takimi Bogami mogłabym tęsknić.

Zamiast tego mam, a raczej doświadczam świętości Siebie, Ciebie, Świata. Najwięcej mogę odkryć/spotkać/przekroczyć w ciszy, w tańcu, w śpiewie, kładąc się na Ziemi...

Wojtku, podoba mi się temat wstydu, czy też, jak to nazwałeś, obciachu. Ciekawi i bardzo przyciąga uwagę. Bycie nieautentyczną znam oczywiście, postrzegam to jako jeden ze sposobów ucieczki przed byciem obecną, opór przed wejściem w doświadczenie.


Jozwiak [Wojciech Jóźwiak] "Obciach" łączy się z jeszcze jedną sprawą: co robić z tą energią, którą się dostaje z wykonanych praktyk lub podczas tych praktyk? Powiedzmy, że przeprowadzam jakieś silnie ładujące energią działanie, np. szałas potu (u Ciebie to byłby taniec), dziesięć czy 20 osób wychodzą z tego przemienieni, promienni, lekcy, nie z tego świata... I co z tym zrobić??? Idziemy na kolację? Na nocne pogawędki, bo przecież spać się nikomu nie chce po czymś takim? To się oczywiście zdarza, dość regularnie, i zawsze mam wtedy poczucie OBCIACHU. Że to nie tak powinno być. Że coś innego powinno się zadziać. Tylko CO?


Fr [Foruser] Drogi Wojtku. Nie powinno się robić praktyk (jak piszesz - silnych) bez celu. U mnie powoduje to poczucie pewnego "rozmydlania tematu" oraz poczucie, że mnie nosi. I przeważnie wtedy para idzie w gwizdek! Oczywiście, przy okazji ładuje się tym akumulatory energetyczne, ale na krótki czas. To jest jakby się wbijało pinezkę 5-ciokilogramowym młotkiem. Energię wewnętrzną można uzupełniać (robić przepływ) mniej spektakularnymi praktykami. Przykładowo - oddechem. O ile jest prawidłowo ustawiony.


Jaczewski [Piotr Jaczewski] Odnośnie energii, ja mam inną interpretację: owa energia "ładująca" (przemiany, promienista, lekka) jest tylko uwolnieniem, rozładowaniem i dekonstrukcją dotychczasowego świata i jego napięć. To jest najtrudniejsza rzecz, żeby przy tym pobudzeniu potraktować je, jako „półprawdę”, niecałą prawdę: Właśnie wtedy przychodzi pora na praktykę, medytację, skupienie, integrację nowego wysokoenergetycznego obrazu świata. To nie jest łatwe, bo wydaje się przeciwne temu co by się chciało zrobić.

Tak samo jak samo bogów wołanie, jest "półpracą", bo choć sama ich obecność zmienia, to raczej zmaganie się z nimi, negocjacje, uczenie się: rekonstrukcja tego świata na nowo w boskiej obecności dla mnie wydaje się sednem tej pracy.

Przy okazji: praca poetycka, pisarska czy twórcza wydaje mi się też formą rekonstruowania świata, odbudowywania go za pomocą słów czy innego medium w który przelewa się tą uwolnioną energię i obleka ją w formę.

Do owego stanu wizyjnego wysokoenergetycznego stosowałbym zasady, które tu są spisane: Senne zasady kontroli snów Senojów - czyli, trzeba z tego stanu(wizji, która się wtedy usiłuje przejawić) wynieść jakiś dar.

Święta rzeczywistość

Jaczewski [Piotr Jaczewski] To bym powiedział o drodze do bogów, że bardziej niż ciało - drogą jest uświęcenie, ubóstwienie rzeczywistości. W ogólności ciało, czy rzeczywistość to metafora nieznanego, obcego, nie-ja. Stąd też by spotkać się z bogami potrzebne jest uświęcenie, ubóstwienie tego ciała, czy tej rzeczywistości (w odróżnieniu od obcej - nie-rzeczywistości, nie-cielesności bezcielesności).

Zastanawiałem się, czym się różni trans bez bogów od transu z bogami. Wyszło mi, że nasyceniem symbolicznych znaczeń. Znaczenia i Wglądu w ogóle, nowo powstającego zrozumienia otaczającego nas świata wewnętrznego lub zewnętrznego. Stąd POP (psychologia zorientowana na proces) tak mocno się ociera o szamanizm, bogów i duchy: zaczyna od osobistego znaczenia przypisanego wydarzeniom i często zdarza jej się rozwinąć to w pewną rzeczywistość mitologiczną. Dla odmiany "rzeczywistość szamańska" czy "rzeczywistość boska" jest a priori, z definicji "rzeczywistością mitologiczną". To jest owa odmiana w transie i jakości tego transu: zaczyna się od przeładowania umysłu świadomego mitologiczną rzeczywistością, lub od wytrwałego poszukiwania sygnałów i znaków tej mitologicznej rzeczywistości w tym co się dzieje. W momencie kiedy JA odpuszcza czy też tworzy przestrzeń dla nie-JA, wtedy właśnie Bogowie i Boginie, Duchy mogą się objawić. Przez ich pryzmat możemy NA NOWO spojrzeć na otaczającą nas rzeczywistość, odnowić jej świętość czy głębokie poczucie sensu jaki może ona nieść ze sobą. Rezultatem jest właśnie odnowiona, odświeżona świadomość tego, co poza nami, obcego, nie-Ja, nieznanego.

Jaka synchroniczność: wchodzę na stronę wydawnictwa Eneteia i w artykule „Biologiczna psychologia mitu Josepha Campbella” widzę cytat z Campbella:

>>> „(...) bogowie są personifikacjami energii przenikających życie” (Campbell, 1994).


AZ [Ann Zielińska]

Piotrze, kiedy przeczytałam Twoje słowa o konieczności uświęcenia ciała, by spotkać bogów, zdałam sobie sprawę, może nie po raz pierwszy, że trudno mi o podział na święte i nie święte. Święte jest dla mnie to, co ISTNIEJE.

Jednocześnie otwieram czasem świętą przestrzeń, przywołuję kierunki, ale zawsze mam poczucie, że to coś nadmiarowego. Że tak naprawdę nie potrzebuję już tego rytuału.

Ciało jest bramą - te słowa to jakaś moja mantra, która mówi mi w głowie od niedawna, pokazując coraz nowe znaczenia.


Jaczewski [Piotr Jaczewski] "Święte jest dla mnie to, co ISTNIEJE." - Ja też bym się pod tym podpisał, i dodał do świętego: zagadkowe, tajemnicze, ciekawe.

Jednocześnie wiem i widzę, o to nie trudno, że spora część świata, żyje w mało świętym istnieniu "złej rzeczywistości", dlatego to wyróżniam i podkreślam, że w takim uświęconym istnieniu bogowie mają sens i miejsce bytu. W "złej rzeczywistości" to już obowiązuje inna konwencja: tu poza jedynie słuszną drogą działają diabelsko-demoniczne siły gotowe do destrukcji i zepchnięcia psyche i świata w nicość.

W "świętej rzeczywistości" - destrukcyjna siła, dajmy na to Shiva, jest odnowicielem, wyrzucającym poza znaną wizję świata, odnawiającą jej obraz, odkrywającą życie przenikające wszystko co istnieje, nieustanną przemianę jednego w drugie. Bramą do czegoś.


Rogaliński [Tomasz Rogaliński] Kiedyś na portalu Rodzimego Kościoła Polskiego padło pytanie czy znane są dyskutantom przypadki pogańskiego objawienia. Pojawiła się jedna odpowiedź - Pośwista. O chwili, dotknięciu czegoś, co potrafi zatrzymać czas. Myślę, że nie musi się objawić coś. Wystarczy właśnie takie poczucie dotknięcia, chwili szczególnej, zatrzymania czasu. Właśnie wtedy zdarza się iluminacja, doznaje się inspiracji. Wie się, ma się głębokie przekonanie co do tego, co robić w przyszłości, na czym polega i jak oddziałuje się z otoczeniem. Znane stają się zasady.

Zdarzenie takie inspiruje do przekazywania nagle zdobytej wiedzy i zasad - innym. Porządkuje też własne studia tematu, własną twórczość. Oczywiście tę związaną z wyznaniem. Powstaje pytanie czy inspiracja może dotyczyć całkiem innych sfer życia i twórczości niż tylko te związane z wyznaniem. Myślę, że tak, pośrednio. Otóż wiara w Bogów i poczucie ich obecności są ujęte w jakiś schemat. Kulturowy, określony przez charakter Boga, specyficzny. W powiązaniu z Bogami istnieje jakaś, właściwa im, filozofia. I ta stanowi bądź inspirację, bądź ograniczenie ramowe dla twórczych działań. Jeśli ową filozofię przyjmujemy za własną to w jej ramach tworzymy. Przy tym w moim odczuciu owe ramy to bardziej porządkowanie niż ograniczenie.

Niezależną od powyższego jest kwestia Bogów - opiekunów twórczości. Wyspecjalizowanych. U Słowian wschodnich Weles jest uważany za opiekuna sztuk. (Między innymi, bo jego domena jest znacznie większa.) Ale jak On inspiruje, tego ja nie wiem. Należałoby zapytać właśnie Jego.

Praca z bogami... jako praca

Rogaliński [Tomasz Rogaliński] Cały czas czuję dyskomfort z powodu poczucia niestosowności określenia „Praca z Bogami”. Mimo przekonywujących wyjaśnień Wojtka co do rozumienia tej frazy mam wrażenie, że jest ono formą technicznego zaangażowania, bez mała przymuszenia do działania istot całkowicie wolnych, niezależnych od ludzkich pragnień i potrzeb. Założywszy jednak, że chodzi o niewymuszony kontakt, dzięki któremu dokonywana jest zmiana otoczenia (owa praca), to widzę trzy możliwości:

- Przekazane natchnienie. Można uznać, że jest to rodzaj opieki Bogów; pewnie celują w niej Bóstwa opiekuńcze sztuk lub dziedziny, której sztuka dotyczy: Dziewanna – wiosna, Łada – miłość, Lado lub Jessa – wojna, batalistyka.

- Inspiracja dziejami Bogów, ich postawą, charakterem, można rzec mitologią.

- Ostoja, wsparcie w działaniach - przy natchnieniu idącym z pozaboskiej sfery.

Zastanawiałem się czy praca z Bogami może polegać na udzieleniu przez nich człowiekowi części swej Boskiej natury. Myślę, że nie. Wszak Bogowie to Bogowie, a my to my. Skoro jednak rodzimowiercy wierzą, że Bogowie to część ich plemienia, że Ci wespół z ludźmi stanowią jedno plemię, to poczucie bliskości może dawać poczucie wspólnej pracy.

To moje domniemanie. Sam nigdy nie czułem potrzeby intencjonalnego wspierania się o siłę Bogów, nie zakładałem konieczności czy możliwości wspólnej pracy. Za to mam poczucie stania z nimi w jednym szeregu. Wspólnej, lecz nie szczegółowej a ogólnej dbałości o powodzenie społeczności. Nie zastanawiałem się w jakim sposobem owa dbałość się objawia i czy w ogóle. Wystarczy mi poczucie wspólnoty.

Zatem inspiracja (na wymienione sposoby) – tak. Poczucie wsparcia, wspólnoty – tak. Praca z Bogami, technicznie – nie. Przynajmniej ja takiej nie czuję i chyba nie potrzebuję.


Jozwiak [Wojciech Jóźwiak] "Praca z bogami" to jest skrót myślowy. Chociaż przyznaję, kiedy mi przyszedł do głowy, ucieszyła mnie przewrotność tego zestawienia słów, jak i to że u wielu osób będzie budzić sprzeciw! Bo to jest taki zestaw słów-pojęć, który nie pasuje chyba do żadnej (do większości?) religii. No bo niby jak miałoby się "z-bogami- ... -pracować"?

Ale przecież tradycyjni polscy (i nie tylko polscy) rolnicy na swoich polach, przy siewach lub żniwach, pracowali z Bogiem - a ich pogańscy przodkowie, zapewne pracowali z Bogami.

Więc jeden z sensów "pracy z bogami" to praca, taka jaką tu mamy na myśli, czyli praca z umysłem nad jego rozwojem, ale w obecności lub w towarzystwie bogów. Można to rozumieć konwencjonalnie, że np. ktoś czci Atenę i kiedy siada do medytacji, to jej się oddaje w opiekę albo przyciąga umysłem jej obraz. Ja akurat z Ateną nie pracowałem, ale z Avalokiteśvarą, Amitabhą, Vadźrasattvą - owszem.

Ale można te słowa "praca z bogami" rozumieć mniej konwencjonalnie (mniej zgodnie z ogólną umową, która obowiązuje w jakiejś grupie religijnej lub "para"). Wyobrażam sobie pracę z umysłem, która odbywa się w takim obszarze przestrzeni umysłu, gdzie należy liczyć się z aktywną obecnością bogów. Bogów, więc także duchów, dusz, zjaw, demonów, egregorów itd. W ogóle mieszkańców "anekumeny umysłu".

Jeśli wychodzisz poza matrix (czyli poza ochronną oponę umysłu), to jakiś bóg lub demon może cię zaskoczyć. Czasami może się zmaterializować :)

I to jest DOBRY temat naszych rozmów: co wtedy? Czego się trzymać, co puszczać, na co liczyć?

Co jeszcze to jest ważne: że tą drogą (poza ochronną otoczką umysłu) idziemy NIE PIERWSI. Bywali TU (lub TAM) szamani, bywali medytujący buddyści i jogini hinduistyczni. Zapewne bywali mistycy chrześcijańscy, tylko musiałby ktoś przełożyć ich pojęcia na nasze.


Jaczewski [Piotr Jaczewski] Jeśli chodzi o ścieżki medytujących buddystów, to tutaj nie mamy co się ekscytować. Akurat tutaj etapy, znaczenia, symbole, a nawet spontaniczne przeżycia są ściśle opisane, mają swoje przypisane do ścieżek znaczenie i przewidywalne efekty.


Jozwiak [Wojciech Jóźwiak] Tak, Piotrze, zgadzam się: buddyzm jest od dawna zbudowanym domem, i takim go znamy. Ale kiedyś był na etapie budowania domu, z próbami, błędami i pewnie budowniczowie tłuki sobie palce młotkiem. A drugie z czym się z Tobą zgadzam, to to, że buddyzm faktycznie bardzo ściśle zagospodarował przestrzeń umysłu, tak że w jego "świetle" ("planie"?) mało zostało tej anekumeny umysłu, nawet demony zostały oswojone jako dharmapalowie. Ale obecny stan buddyzmu to jest w dużym stopniu jednak konwencja czyli symulacja. Nie warto ciągnąć tu tego wątku, odciąga nas od ważniejszych rzeczy.

Jeszcze, Tomasz, coś n.t. twojej wątpliwości, że "praca", kiedy mówimy o "pracy z Bogami" oznacza jakieś techniczne przymuszanie ich do czegoś. To nie jest przecież praca koparką, piłą ani koniem. To jest praca z energią i z umysłem.


Rogaliński [Tomasz Rogaliński] Nie mam wątpliwości, wyjaśniłeś mi to już. To we mnie tkwi inna nomenklatura, mnie się trudno przestawić. Poza tym ja tak jak Piotr widzę możliwość tej pracy w inspiracji. Może nie posuwałbym się tak daleko by widzieć w inspiracji przyczynę istnienia Bogów ale jako sposób "pracy z nimi" tak. A materializacja poza matrix, w anekumenie? To chyba nie problem. Rodzimowiercy żyją ze swoimi Bogami jak z towarzyszami.

Zastanawiałem się trochę nad sytuacją, pracą, przy której chciałem by Bogowie tchnęli swą iskrę w dzieło. Myślę, że było to kucie, szlifowanie i oprawianie noży. Niby żartowałem na ten temat, na pokaz traktowałem lekko. Miałem jednak wewnętrzne poczucie, że moja praca jest zarazem rytuałem, powtarzaniem przekuwana świata przez boskiego kowala. Że moja praca jest w czasie jej trwania świętą. Ile z tego znalazło się w nożu? Tego nie wiem. Inni chyba też nie wiedzą (nie zauważą) bo nie jestem aż tak zdolnym rzemieślnikiem. Nie ośmieliłem się sprzedać żadnego z czterech noży własnoręcznie zrobionych. Wszystkie podarowałem.

Prosta, fizyczna praca, z ogniem i żelazem. Młotem na kowadle. To co czułem utwierdziło mnie w przekonaniu, że każdy kowal ma coś z kapłana.

Sądzę, że to było uczestnictwo z obu światów w pracy i do frazy "praca z Bogami" nadaje się wprost. Czuję zarazem, że nie o to Wojtku Ci idzie. Jednak doznania szamana są mi obce. Nie kontaktuję się z Bogami "w celu". To się trafia samo a chwila mistyczna, wyjątkowa, przydarzyła mi się raz. Nie pasuje mi do niej jednak termin "praca". Bo nic się nie działo. Więcej - zatrzymał się czas a ja w pół śnie spod przymkniętych powiek zobaczyłem inne miejsce, inny, dawny świat. Mnie to zmieniło ale to chyba nie była praca bo przez nią rozumiem zmiany wywołane w otoczeniu.


Jozwiak [Wojciech Jóźwiak] Tomasz, Twoje kucie noży jako powtórzenie dzieła Boskich Kowali to jest właśnie TO! Oczywiście nie całe "to", ale takie działanie właśnie należy do pracy z bogami tak jak ja ją rozumiem. To jest jeden z wariantów.

Po drugie, ja nie zaszedłem tak daleko, żeby kontaktować się z bogami "w celu". W moich poszukiwaniach jestem w skromniejszym miejscu: mam ileś "bliskich spotkań" z treściami transpersonalnymi (mówiąc terminologią Grofa), ale to są doświadczenia dla mnie dość zaskakujące i trudno mi się do nich przyłożyć "z celem", z jakimś moim celem.

I jeszcze coś: boscy kowale mi się też ukazywali :) Nawet o tym kiedyś napisałem: Otwieranie trzeciego oka tlenem.


Jaczewski [Piotr Jaczewski] Trafiliście na tummo, ogień, PELE, ciepło - jako oznakę tego transu kontaktu z bogami.

I to jeden z kilku elementów pojawiających się w zależności od przestrzeni (3 światy):

W niebiańskiej będzie to powietrze - medium ze względu na swoją ruchliwość, rozprzestrzenianie się, no i za bycie oczywistym nośnikiem świadomości-oddech.

W sferze ziemskiej, świecie środkowym to woda: doświadczenie wewnętrzne przypomina bycie pod wodą, ze względu na swoją początkową mglistość, niewyrazistość, wgląd jak przez taflę lodu czy wody.

W sferze podziemnej to ogień, doświadczenie ciepła-gorąca, energii ogarniającej ciało (ciepło rozlewa się po ciele), ale też przejrzystości, klarowności wszystkiego (odczuwane!).

Kontakt z bogami w trzech sferach, trzy opisy transu - trzy jego składowe. Rozmycie pola widzenia (woda), koncentracja na oddechu (powietrze) - rozprzestrzenianie i wzmacnianie się doświadczenia do wszechogarniającego, zaangażowanie i ciepło (ogień) wchodzącego w trans ciała (włączenie układu parasympatycznego).


Rogaliński [Tomasz Rogaliński] Przypomniały mi się jeszcze inne sytuacje. Nie tak ogniste :). Niektóre święte miejsca na szczytach polskich gór oddzielono od profanum wałami. Bywam tam często z innymi poganami. Wszyscy czujemy, że takie kręgi powinny zostać otwarte przed wejściem. Dopiero gdy pojawi się brama duchowa można wkroczyć na teren sacrum i kogoś w środku spotkać. Inaczej go tam nie ma bo i tego miejsca nie ma. Nie zostało otwarte. Nie ma sacrum

Choć prawie zawsze czuje się moc, tchnienie wieków (tak twierdzą turyści, z którymi także bywam w tych miejscach), to dopiero po otworzeniu ostrzem, najlepiej włócznią (i zamknięciu po wejściu) można poczuć się gościem podjętym przez gospodarza. To są spotkania intencjonalne z obu stron. Efektem jednak są jedynie przemiany duchowe – doświadczenie obecności Bogów, ukonstytuowanie swego stosunku do nich, bliższe zaprzyjaźnienie się z niektórymi więc i pewnie otrzymanie od nich wsparcia. Stworzenie jednego szeregu Bogów i ludzi. Wspólnota.


Jaczewski [Piotr Jaczewski] No to ja jestem nauczony, a raczej nauczyłem się pracować z bogami (akua) posługując się metaforami huny. Tj. ludzie z bogami tworzą o'hanę (rodzinę - sferę wspólnego dzielenia się energią życia, kontemplacji tych samych zasad). Akua - ma ten sens boga/bogini i ducha, wewnętrznej natury czegoś. I jednocześnie w tej mitologii, to źródło gdzieś tam wstecz ludzie są spowinowaceni z bogami, i pewna forma relacji wewnątrz rodziny: duchy zmarłych stają się aumakua, duchami rodzicielskimi.


Rogaliński [Tomasz Rogaliński] Gdyby nie inne imiona i określenia przodków – dziadów naszych, powiedziałbym, że to prawie to samo. Z zaskoczeniem, bo jestem daleki od komparatystyki.


Jozwiak [Wojciech Jóźwiak] Ważne: doszedł nam jeszcze jeden "gatunek" istot z tej samej rodziny, co bogowie: PRZODKOWIE! Tak, wariantem pracy z bogami jest praca z przodkami - z ich "energiami". (O tym jest w Tarace b. ważny artykuł Franka Hendersona "Przywrócenie naszych przodczych kości: odrodzenie szamańskich praktyk w nowym tysiącleciu".)

Jak wołać bogów

Jaczewski [Piotr Jaczewski] Opowiem o boskim transie, czyli jak wołać bogów.

Dla osób zaznajomionych z mitologią pierwszym sposobem na wołanie bogów jest przeładowanie świadomości treścią mitologiczną. Zajęcie świadomości treściami symbolicznymi: oznacza to, że gromadzę wokół siebie realnie lub wizualizacyjnie jak najwięcej symboli związanych z danym bogiem/boginią czy duchem. Narrację poświęcam imieniu i poszukiwaniu tego imienia - tj. oddaniu jak najlepiej istoty tego co ma się pojawić. Np.:

>>>Pele ty jesteś ogniem,
rozpoznaję twoje ciepło w sobie,
pamiętam o tobie spotykając się z płomieniami uczuć,
myślę o zmianie którą ze sobą niesiesz
przemieniasz jedno w drugie...

..Itd. Zdaję sobie sprawę z infantylności, dziecięcości tego języka - jednak na początek to zdziecinnienie, regresja to najłatwiejsza droga do transu czyli odmiennego stanu świadomości. Im bardziej zgodny z naszym symbolicznym-mitologicznym przeżywaniem jest ten opis, tym łatwiej ten stan osiągnąć. I im bardziej zgodny z naszym felt sense, mglistym wrażeniem, pierwszym niedookreślonym spostrzeżeniem tym lepiej, zob. w Tarace: „O właściwym imion znajdywaniu”.

W tej wersji znakiem boskiej obecności jest przeważnie zmiana odczuć, ale może też się przydarzyć, że w obrębie koncentracji przełamie się konstrukt świata (normalne postrzeganie tego, co jest dookoła), pojawią się halucynacje (oznaka głębokiego transu!) i pojawi się mniej lub bardziej wyraźna postać w TEJ rzeczywistości. Siłą napędową tego sposobu jest całościowe, pełne zaangażowanie w przeżywanie tej narracji i symboliki.

Drugi sposób to użycie najmniej zajętego kanału świadomości(świadomie zwykle jesteśmy w danej sytuacji osadzeni mocniej w jakimś kanale-zmyśle): czucia(lub działanie!) i jednoczesne zagłuszenie tego, który utrzymuje spójność świadomej narracji. Czyli Taniec, oddychanie, bębnienie. Tu chodzi o to, by owej narracji używać jak najmniej: streścić ją do krótkich, emocjonalnych wołań podkreślających INTENCJĘ czy WOLĘ spotkania(samą w sobie niewerbalną). Przy tym sposobie, albo zmieni się natura tego co się odczuwa - jakość działania, albo to jest kwestia umiejętności wchodzenie dzięki temu w wizyjny stan:

Przez wizyjny stan rozumiem postrzeganie peryferyjne, skupienie na przestrzeni za pośrednictwem miękkiej "drugiej uwagi", przyzwolenie na wyłanianie się spontanicznie wizyjnych treści.

Np.: "e Pele e, e Pele eee, Pele! płoń! płoń płoń! świeć! świeć! świeć!" - tu rozkazy, polecenia skupienie się na działaniu owego bytu i chaotycznym skandowaniu, intensywnym powtarzaniu jest kluczem do spontanicznego pojawienia się bardziej rozbudowanych doświadczeń.

To jest też punkt przejściowy do trzeciego sposobu, bezpośredniego dialogu z bogami/boginiami. Czyli do DRAMY wewnętrznej lub zewnętrznej. Jeśli w tym stanie prowadzi się ów dialog - spontanicznie dochodzi do uzupełnienia wypowiedzi, pojawiają się postaci dopasowane do przejawiającej się treści, bardzo często najpierw ten dialog nieoczekiwanie się zmienia. Bardziej zaawansowaną (trudniejszą do utrzymania) formą tego jest przysłuchiwanie się owemu dialogowi czy przyglądanie się boskiej interakcji.

Np.: "No ruda, Pele, co dzisiaj masz ochotę podpalić? Ostatnio trochę poszalałaś, co dzisiaj chcesz mi przynieść?"

Można też z łatwością zauważyć, że cechą szczególną narracji w tym przypadku jest zwracanie się do bogów, bogiń, duchów jak do odrębnie istniejących bytów. To dominujące założenie.



Ciąg dalszy nastąpi.

dyskusja Taraki

Komentarze: 2

[foto]1. Ancesors, czyli Przodkowie • autor: Mettanokit (2012-03-13 16:49:14)

Czytając dyskusję zastanawiam sie, czy przypadkiem nie można byłoby postawić znaku równości pomiędzy pracą z Bogami a pracą z przodkami??

Bowiem przecież pracując z przodkami pracujemy z formami i energiami, których obecność jest często dla Nas zagadką i nie wiemy do jakiego miejsca w czasoprzestrzeni nas zaprowadzi.

Idąc dalej tym tropem można zastanowić się czy czas w ogóle istnieje. Jaką ma formę teraz a jaką forma objawiał się w przeszłości naszym przodkom

[foto]2. Mettanokitowi o Bogach i Przodkach • autor: Wojciech Jóźwiak (2012-03-14 00:04:58)

Drogi Mettanokicie,
ja bym nie sklejał Bogów i Przodków w jedno. Proszę przeczytać w Trzecim Obrocie piękną opowieść Jacka Dobrowolskiego o tym, jak objawił mu się Raróg. Postać ta, czy energia, na pewno nie była jego Przodkiem - za to ewidentnie była Bogiem.
Wcześniej jest tam opowieść Czesława Białczyńskiego o tym, jak praca z Przodkami i ich linią energetyczną zaprowadziła go do Bogów. Na tych przykładach widać, że Przodkowie nie są tym samym co Bogowie, jakkolwiek jedni i drudzy należą do Transpersonalnych Postaci lub takichż Mocy, i jeśli używamy pojęcia bogów najszerzej, na wzór "kami, cheche", to oczywiście Przodkowie w tej grupie się mieszczą.

Przy okazji zauważę, że mogą być przypadki, kiedy ktoś pracując z Przodkami naprawdę natrafia na istoty różne od jego przodków faktycznych. Duchy są tak rozmaite, że jakiś ich "klan" może upatrzyć sobie pewnego człowieka i podając się za jego przodków, niejako przywłaszczyć go sobie. Z duchami nic nie wiadomo, ich nie obowiązuje ludzka-materialna etyka ani logika, nie można o nich np. powiedzieć, że "kłamią", trudno też jest uchwycić ich tożsamość. Nie należy zbyt wiele od bogów/duchów wymagać... O tym wszystkim i jeszcze więcej jest w 3 Obrocie.

Pozdrawiam
WJ