Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2014-06-21

Katarzyna Urbanowicz

Powrót do domu

We śnie jestem mężczyzną i wracam do domu z jakiejś delegacji (mam walizkę z jakimiś ciuchami). Mieszkam na małej uliczce podobnej do uliczki jakiegoś Starego Miasta. Moje mieszkanie jest zamknięte i nie mogę się do niego dostać, bo nie było tam mojej żony. Błądziłem po uliczce nie wiedząc co z sobą zrobić. Na środku wąziutkiej uliczki siedzi mały jazgotliwy piesek. Potem pojawia się następny. Omijam je wielkim łukiem bo się ich boję. W końcu pojawia się sfora małych ujadających piesków i odbiega gdzieś. Spotykam sąsiadkę, która mówi mi, że żona wyjechała do Gdańska lub Gdyni i oferuje mi nocleg. Przebieram się w piżamę wyjętą z walizki (w realu nie sypiam nigdy w piżamach) i kładę się na wersalce. Nagle z sufitu zaczyna padać gęsty deszcz (możliwe że to burza z deszczem za uchylonym oknem przebiła mi się do snu — słyszałam deszcz gdy się obudziłam), założyłam więc przezroczysty płaszcz przeciwdeszczowy na piżamę ale było mi bardzo zimno, nie miałem się czym przykryć i wyszedłem z mieszkania sąsiadki.

         Idę ciemną ulicą będącą skrzyżowaniem dwóch realnych miejsc:1) ulicy Marymonckiej na Bielanach na odcinku od parku do pętli tramwajowej, z czasów mojego dzieciństwa, gdy nie jeździły tamtędy tramwaje i była zwykłą szosą, 2) Ulicą Dolinka Służewiecka z czasów obecnych od skrzyżowań z Wilanowską do skrzyżowania w Wałbrzyską, jednak tamtędy nie jeżdżą tramwaje. Konglomerat tych dwóch miejsc ostatnio śni mi się dość często. Na tej ulicy ze snu nie ma latarń, po prawej stronie jest głęboka, ciemna dolina z przecinającą ją ścieżką, wzdłuż chodnik ale nie ma żadnych domów (podobnie jak po lewej), za to po lewej stronie jest linia tramwajowa. Tramwaje jeżdżące po torach mają różne dziwne kształty dachów, nie zaokrąglone, a kanciaste bryły. We śnie wiem, że w tych dachach mieszczą się zapasy złota i innych drogocennych metali. Świadomość tej wiedzy budzi we mnie strach, ponieważ jest to tajemnica i o niej nikt nie wie. Przemykam się więc między ludźmi, którzy są jak cienie chyłkiem, aby jak najszybciej wydostać się stamtąd. Właściwie każdy człowiek, który się do mnie zbliżał stanowił zagrożenie — nie wiem, czy ta tajemnica którą posiadałam w związku z tramwajami była tak istotna, w każdym razie bardzo się bałam. Inni ludzie też się boją i szybko przebiegają unikając spotkań. Jakaś kobieta nawet w lęku przede mną biegnie ścieżką w cień doliny. Wszyscy się chyba boimy siebie nawzajem ale nie wiadomo czemu. Oddycham, kiedy skręcam w przecznicę i przenoszę się niespodziewanie do mojego domu, który we śnie jest w Gdyni albo w Gdańsku (nie wiem czemu). W tym domu otwierają się drzwi i stają przede mną moja żona i moja córka (orientuję się wtedy, że mam córkę). Obie są niesamowicie do siebie podobne, prawie identyczne, różnią się tylko wzrostem. Nie są to jednak kobiety ze wszystkimi szczegółami, bardziej przypominają uproszczone zarysy kobiet. Mają na twarzy po lewej stronie identyczne czarne myszki. Nie jestem z nimi związany uczuciowo, czuję do nich respekt i nieufność. Traktuję je jak kogoś podejrzanego o to, że nie ma wobec mnie dobrych zamiarów i że chcą mnie skrzywdzić.

         Pytam je, dlaczego nie mogłam wejść do domu, a one mi tłumaczą, że przecież sytuacja była jasna. Skoro byłem w domu i widziałem rząd okryć na długim wieszaku, to powinienem się zorientować że one mają gości i w związku z tym jakieś obowiązki. Miało to też oznaczać, że obie grają w karty czy uprawiają inny hazard i w zasadzie ja nie powinienem nic więcej wiedzieć. Ja im odpowiadam, że wprawdzie to widziałem, ale gdy wstałem rano, to zobaczyłem, że na tych wieszakach zostało tylko jedno futro i że one zniknęły gdzieś i mnie o tym nie powiadomiły. Na to one odpowiedziały, że to jedno futro, to była właśnie wskazówka dla mnie i że i moje pretensje są dziwne i niezrozumiałe, ponieważ ja powinienem wiedzieć, co mam robić i wtedy obudziłam się.

Katarzyna Urbanowicz

Komentarzy nie ma.