Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2013-07-07

Wojciech Jóźwiak

Powrót Castanedy

Pisząc z mozołem i uporem kolejne odcinki „Naszych zwierząt mocy” doszedłem do niewątpliwego progu, którym jest orzeł. Bo ptak ten należy do wielkiej czwórcy super-archetypów naszej zbiorowej pod- i nad-świadomości, którymi są, prócz niego, jeszcze lew, wąż i kruk. (Prócz nich też koń, byk i pies, ale jako domowe, inną stanowią parę kaloszy.) Więc zbierając materiały i siły do przesadzenia orlego progu, jąłem przypominać sobie Castanedę, który orła, lub raczej byt, który określał tym słowem, kreował na super-bóstwo, tło świata i stwórcę czujących stworzeń, i ich ostatecznego Pożeracza, istną zarazem natura naturans i tenebrae exteriores.

Od śmierci Carlosa Castanedy minęło tej wiosny równe 15 lat. Nie przestaje jednak ciekawić i fascynować, i chyba wybaczono mu, że jego mistrz Don Juan Matus, Indianin Yaqui, nie istniał, a jego dzieła niewątpliwie należą do ciemnej literatury, czyli do przekazu, który jest czymś innym niż to, za co się podaje.

Lecące lata pokazują w Zjawisku Castaneda głębsze warstwy. Tu konieczna dłuższa dygresja i analogia. Hans Jonas, w napisanej w 1958 roku, po polsku 1994, książce „Religia gnozy” napisał we wstępie, że po tym, jak Aleksander podbił Bliski Wschód i sprawił, że Mezopotamia, Syria, Palestyna, Egipt, a przejściowo Iran zastały zalane władzą, kolonizacją i kulturą Greków, przez około 300 lat, do mniej więcej początków „naszej ery” tamte kraje milczały. Stare kultury i religie upadły, żadna znacząca twórczość przez ludzi stamtąd nie jest produkowana. Greczyzna ich zagłuszyła. Po czym właśnie około początków „naszej ery” kraje Lewantu zaczynają się odzywać – głosem, który wprawdzie nie jest ich dawnym, ale i nie jest grecki. Więcej, jest radykalnie i do bólu nie-grecki! Jest obaleniem wszystkiego co greckie, chociaż pisany jest w greckim języku. Tym nowym głosem zduszonego dotąd Lewantu była GNOZA: światopogląd, który dzisiaj jaskrawo nam się kojarzy ze stanem umysłu enneagramowej Czwórki Tragicznego Romantyka, mianowicie: świat jest z gruntu zły i nie ma w nim szczęścia ani nadziei, i nie ma sensu chodzić z nim na kompromisy; jedyne, co może wzbudzić w sobie mędrzec, to nieugięta wola ucieczki z tego świata, który jest więzieniem dla duszy, zmajstrowanym przez złego boga i chronionym jak więzienna jama-pułapka, istna „dziura potencjału”, posiódmnym zasiekiem planetarnych strażników. Nigdzie sprzymierzeńca, każdy prędzej zdrajcą, wraz z własnym ciałem i uczuciami. Co może uratować, to asceza i wiedza (czyli gnosis) – a wiedzę wołając na pomoc, Czwórka Tragiczny Romantyk przesuwa się w stronę Piątki Obserwatora... Po kolejnych 300 latach Lewant i jego gnoza zwyciężają biorąc tryumfalny (a dla niektórych, w tym piszącego te słowa, koszmarny...) odwet na świecie greckim i rzymskim: zalewają go i kasują swoją zwrotna falą. Gdyż jedna z odmian gnozy miażdży i obezwładnia Zachód: Greków i Rzymian, zmusza ich do stania się nie-sobą: stania się chrześcijanami.

Otóż podobieństwo to odnosi się do współczesnej Ameryki. Pół tysiąca lat temu z okładem, od lądowania Kolumba na Karaibach, zaczął się proces podobny do Aleksandrowego zalania Lewantu przez Greków, tyle, że znacznie dłuższy, brutalniejszy i skuteczniejszy: zalanie Ameryk przez Europę. Ale oto obserwujemy, jak podnosi się kontr-fala. Duch ujarzmionego kontynentu budzi się. Bo zarówno neo-szamanizm, jak i ruch wyzwolenia przez enteogeny, jak i New Age in gremio to zjawiska (a) AMERYKAŃSKIE i to (b) takie, których nie byłoby bez ich TUBYLCZEGO substratu. Zrazu budzicielami ducha tubylczej Ameryki byli potomkowie przybyszów, do nich należał Castaneda, bo choć urodzony w Kajamarce, Perú, to przecież Biały. Ale im dalej lecą lata, tym bardziej i głośniej rdzennie-amerykańskie treści wyrażają sami Rdzenni-Amerykanie; zresztą samo pojęcia „tubylca”, „native” ma sens tylko w tamtejszym, amerykańskim kontekście. (Plus Australia, N. Zelandia, Hawaje, Płd. Afryka.) U nas sensu nie ma, my w Europie sami jesteśmy tubylcami, co nie znaczy, że jesteśmy wolni od napięć podobnych do tych, jakie w Ameryce szaleją na linii natives - non-natives – ale przecież są to inne napięcia.

By może – lata lecą coraz szybciej – już teraz jest ten moment, żeby stara Europa zaczęła zastanawiać się, jak tu nie dać się zalać tej zwrotnej fali, kulturowej indiańszczyźnie? Jak ją filtrować, by służyła naszemu zdrowiu, ale nie wystawiała na tamtejsze szaleństwa?

Zanim dowiemy się, czytajmy Castanedę i o nim.


O Castanedzie w Tarace nowe:


Serdecznie dziękuję Wydawcom stron percepcja44.republika.pl i infra.org.pl za udostępnienie nam swoich znakomitych tekstów.


Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.