Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2019-02-10

Alina Michalik

Porwana przez Indian

Oryginalnie pod tym samym tytułem w blogu Autorki 6 lutego 2019. W Tarace za uprzejmą zgodą.

Indianie wielu plemion zaglądali do mojej kołyski, kiedy jeszcze śliniłam kciuki. Jęki czerwonoskórych pieśniarzy, okraszone rytmem bębnów stymulowały powstawanie mojego pierwszego uzębienia. Ze ścian rodzinnego domu, zamiast wąsatych hrabiów, patrzyły na mnie groźne twarze skośnookich wodzów. Rodziny się nie wybiera. Dorastając nawet w najdziwniejszym domu, długo wierzysz w to, że jest on zupełnie przeciętnym miejscem na świecie i tylko złośliwe komentarze innych dzieci uświadamiają ci, że może być inaczej.

Chciałam być zwyczajną dziewczynką, nosić zgrzebny fartuszek, jaki Polska Ludowa zaprojektowała dla każdej grzecznej uczennicy, mieć normalnych rodziców, których podziwia się za dużego fiata przed posesją. Rodzice, co prawda pracowali jako nauczyciele, ale na tym chyba ich normalność się kończyła. Ojciec miał długie włosy i był „Indiańcem”, a Mama wyglądała jak Cyganka i w dodatku była Niemką! Niezły tygiel.

Kuchnia wegetariańska w naszym domu pojawiła się na długo przed odkryciem glutenu i glutaminianu, wakacje w lesie spędzaliśmy w czasach, kiedy boreliozy jeszcze nie było, a śniadzi goście uczyli się u nas „idącej dzieweczki”, zanim jeszcze zaczęto bać się cudzoziemców. Okadzanie szałwiowym dymem było naszym „dziękuję” dla świata - o tym, że jest też „trendy” dowiedziałam się dopiero z internetu!

Rodzice przetaczali mi swoje pasje wraz z pouczeniami o niegarbieniu się przy stole. Robili to codziennie i od święta, w sąsiedztwie swoich ideałów i uprzedzeń. Mój młodszy brat też nie miał wyjścia i nasiąkał. W towarzystwie licznych „wujków” i „cioć” obozowaliśmy tygodniami na dzikiej łące, wiodąc sobie w środku Polski, skromne indiańskie życie. Widziałam, że można z naturą żyć w zgodzie, uczyć się jej nastrojów i zrozumieć prawa, brać z niej tylko tyle, ile się naprawdę potrzebuje. „Wujkowie” pokazywali nam tropy na piasku i pozwalali postrzelać z łuku, „ciotki” uczyły rozpalać ogień i przyrządzać zupę jagodową. Wieczorami umorusani sadzą, z różowymi od podsłuchanych opowieści policzkami – zasypialiśmy wciśnięci w głąb zatłoczonego tipi. Mając 15 lat widziałam więcej męskich przyrodzeń i damskich biustów, niż szatniarka na basenie! Bardziej niż ten statystyczny fakt, cenię wspomnienie oszołomionych nagusów, wypadających nocą z Szałasu Pary, by potem popędzić przez pół łąki i pacnąć wreszcie z wrzaskiem w czeluść chłodnego stawu. A i ta myśl jest tylko ilustracją czegoś o wiele głębszego. Tym czymś jest pierwotne, a zarazem wielopoziomowe przeżywanie rytuału, we wspólnocie i przede wszystkim - w naturze.

Podobnie, jak większość tzw. prymitywnych ludów ziemi, rdzenni mieszkańcy Ameryki Północnej nie dzielą świata na ludzki i nie-ludzki. Dla nich zwierzęta, kamienie czy woda, podobnie jak my, stanowią komplementarną jedność i są tak samo święte. Indianie widzą życie w kręgu, z jego cyklami, porami roku, etapami wzrostu i obumierania. Wszystko, co żyje jest ze sobą połączone. Plemienne różnice dotyczą najczęściej sposobu obrazowania tej wizji, odrębnej rytualności, czy mitologii. Tymczasem, w tej części Europy niewiele pozostało żywych przekazów o duchowości przodków. Nasze korzenie odcięto wielką łopatą historii, a cywilizacyjny postęp zasypał starą wiedzę na dobre.

Tak więc czy chcieli, czy nie chcieli, „Czerwoni” podarowali mi spójną i elastyczną zarazem wizję świata, z dość precyzyjną instrukcją, jak się z nim porozumiewać.

Przyznaję, w okresie „Sturm und Drang” broniłam swoich chrześcijańskich fascynacji, tocząc z ojcem zaciekłe boje o uznanie mojego maryjnego ołtarzyka w krzakach. Potem jednak powróciłam do źródeł, jak dziki człowiek, który bez puszczy usycha.

Nigdy nie czułam się Indianką, choć z Indiankami po indiańsku pląsałam. Nie zostałam też ekspertem od wszystkich Indian, choć znam takich, co o Indianach więcej wiedzą, niż oni sami o sobie. Nie lubię indiańskich kiecek, uważam, że hinduskie sari jest bardziej seksi!

Jednak kultura i duchowość rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej stały się dla mnie czymś więcej, niż egzotyczna rodzinna przygoda. Przekazano mi wiedzę o ścieżkach lisa i pokazano, czego mogę się od niego nauczyć. Dowiedziałam się, jak mówić, by opowieść żyła. Zaproszono mnie do tańca ze swoją kobiecością. Zapisano receptę, jak leczyć to, czego oko nie rozpoznaje.

I wreszcie - dostałam od Indian klucz do świata przyrody, który zwyczajnie jest moją chałupą. A tamtejsi wizjonerzy mówią, że pod chałupą gówien się nie zakopuje, na ogień się nie pluje, a ptak to sąsiad i mówi się „dzień dobry”!

wozem
Foto z oryginalnego bloga Autorki.


Alina Michalik

Komentarzy nie ma.