Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-07-29

Wojciech Jóźwiak

Polska Atlantyd i odrzuconych kamieni

Kamień, który odrzucili budowniczowie, Stał się kamieniem węgielnym. (Ps. 118, 22)


(...) Dziewięć tysięcy lat minęło, odkąd /.../ królowie wyspy Atlantydy, o której mówiliśmy /.../, że była większa od Libii i od Azji, a teraz się skutkiem trzęsień ziemi zapadła i zrobiło się z niej błoto nie do przebycia /.../ - drogi już nie ma tamtędy. (Platon, Kritias)


Do napisania zainspirowały mnie: (1) wywiad Jarosława Marka Rymkiewicza dla "Uważam Rze" z 4 lipca 2011 pt. "Polskość to nasze szczęście"; (2) apel o ogłoszenie roku 2013 rokiem Braci Polskich; i (3) witryna Kazimierza Perkowskiego "Bogowie Polscy".


Kiedyś napisałem artykuł pt. Mazowiecka Atlantyda (1999-06-11) o mało znanym, bo przemilczywanym i nienagłaśnianym starożytnym zagłębiu hutniczym, którego zabytki zalegają w ziemi w trójkącie Milanówek - Błonie - Pruszków, wzdłuż rzeczki Rokitnicy, gdzie teraz budowana jest autostrada A2. Dlaczego przemilczywanym? Bo nie jest jasne, kim byli ci, którzy tu wytapiali żelazo. Nazywa się ich kryptonimem Kultura Przeworska i jest poważne podejrzenie, że byli to Germanie, zapewne ci sami, którzy później przerwali limes na Renie i podbili Afrykę z Kartaginą, obecna Tunezję - Wandalowie. Od stu chyba lat trwa nierozstrzygnięty i być może niemożliwy do rozstrzygnięcia spór między autochtonistami i allochtonistami o to, czy ziemie obecnej Polski, dokładniej dorzecze Wisły i Warty, były w starożytności, tj. przed 500 rokiem naszej ery zamieszkane przez Słowian, czy ci przybyli dopiero po tej dacie; lub mówiąc ściślej, czy w starożytności u nas mówiono już po (proto)słowiańsku czy językiem z innej grupy. Bo Słowianina od nie-Słowianina, wbrew temu co myślą "genetyści-haploidyści", język różni, nie geny. W przypadku mazowieckiego starożytnego zagłębia hutniczego jak na dłoni mamy przykład kompleksu atlantydy: oto są fakty, które w innych okolicznościach byłyby powodem do dumy, chwały, budowania tożsamości i pijaru (PR), a nie są, bo "kamienie węgielne" wolimy (my, Polacy, tak!) niepomni Psalmisty odrzucać.

Możemy zazdrościć narodom, są takie i w sąsiedztwie, które mają jednoznaczną historię: tacy na przykład Włosi, od trzech tysiącleci, lub od neolitu, zawsze zamieszkiwali swoją Italię i nazywali się Italiani lub podobnie, raz ich Rzym zbierał w jedno, to znów szli w rozsypkę w luźne plemiona, sąsiedzi ich owszem najeżdżali, ale w końcu i tak italianizowali się i tylko niektóre imiona świadczą o obcym pochodzeniu, jak Garibaldi, co od germańskiego Chariwalda-Haralda, "wojskiem władającego"; granice ich ojczyzny widać nawet z orbity: od góry Alpy, od dołu Sycylia. Albo Norwegia, gdzie od starożytności nikt prócz Norwegów lub ich równojęzycznych przodków nie mieszkał. My mamy historię, ziemię i zasiedziałość inną i bardziej chaotyczną.

Polska (obecna, którą koniecznie odróżnić trzeba od historycznej) otoczona jest kręgiem Atlantyd, czyli ludów i krajów zatopionych, w oceanie czasu, nie wody. Najbardziej znana z nich, najbardziej klująca w oczy, to Prusy, atlantyda podwójna, bo raz, zatopiona przez zakon Krzyżacki atlantyda dawnych Warmów, Natangów, Sambów i Galindów (choć może Galindowie-Golędowie różni od Prusów?), dwa, atlantyda Niemców, Preussen, zarżnięta pospołu przez Rosjan i Polaków i przemianowana na "Warmię i Mazury" (oraz kaliningradzką obłast'), gdy Warmiacy i Mazurowie, którzy przeżyli, ratowali się ucieczką do Niemiec. Pod Białostocczyzną (jak zasłoną oceanu) mamy atlantydę nr 2, Jaćwingów. Pod Pomorzem leży (nr 3) atlantyda dawnych Pomorzan, słowiańskiego ludu, który zanikł prawie kulturowo bezpotomnie, na swoim wschodnim skraju przetrwawszy jako Kaszubi, w zachodniej większości przechodząc na Plattdeutsch i luteranizm, który w jakimś stopniu i przez jakiś czas podtrzymał ich język, ale i tak ich ostatek ze wsi Kluki pod Słupskiem w końcu uciekł z nadeszłej tam Polski do Niemiec. Dalej na zachód są dawno wygasłe atlantydy Wieletów i Obodrytów, skąd pochodzi drugie prócz kijowskiego corpus imion i obrzędów słowiańskich bogów i po których zostały swojskie nazwy Lubeka, Rostock i Berlin. Na południe od niemieckiej stolicy atlantyda nr 5, słowiańskie Łużyce, jeszcze małą rafą niby Wyspa Tabor wystaje nad potop. Po naszej stronie Nysy mamy atlantydę #6, śląską. Jakoś musimy pogodzić się z niemieckim dziedzictwem 1/3 naszej ziemi, zaakceptować je, zintegrować, przyjąć do siebie jako część naszej własnej linii przekazu idącej z dawności nie tylko przez geny i język, ale i przez ziemię i mury. Bo murów budowanych przez Niemców mamy wiele. Czy jedni Bambrzy wielkopolscy przyznają się otwarcie do niemieckiego pochodzenia? Skoro tak, to za siódmą z kolei atlantydę musimy uznać dawną Polską Niemczyznę w ogóle. To była szansa w historii, niewykorzystana jak wiele, byśmy dorobili się swoich Niemców, prowincje całe zaludnione przez Niemców polskich patriotów, którymi w jakimś stopniu byli lub bywali Torunianie i Gdańszczanie, wraz z ostatnim z nich Schopenhauerem, który nie mogąc ścierpieć pruskiego reżimu, z Gdańska wyniósł się do wolnego Frankfurtu (am Main). Podobnie jak Niemcy Inflanccy stali się patriotami Rosji i podporą tronu Romanowów; od Stalina słychu o nich nie ma. Taką Niemiecką Polską mogły być Prusy, by później pomóc nam rewindykować Śląsk i Pomorze. Jest stara mapa, angielskiego bodaj kartografa, przedstawiająca Rzeczpospolitą podzieloną na cztery prowincje: polską, litewską, ukrainną i pruską. Tak powinno być i szkoda, że się nie stało.

Karpacka granica świadczy o polskiej atlantydzie nr 8: Łemkowie, zachodnie skrzydło narodu karpacko-rusińskiego, dziwnej etni, która do dziś, umysłami swoich przedstawicieli, waha się, czy jest (osobno), czy nie jest, będąc regionalnością Ukraińców. Co nasze państwo z nimi kiedyś zrobiło, wiemy i powtarzać żal. Na ukraińskiej granicy zaczynają się atlantydy wielkie i trudne do zliczenia. Zwykło się je nazywać zbiorczo Kresami. W historii coraz dalej na zachód te "kresy" moskiewski wróg przesuwał, najpierw były nad Dnieprem, od Jałty znalazły się nad Sanem. W rozważanym tu sensie, dzisiejsza Polska jako całe historyczne zjawisko jest potomkiem wielkiej atlantydy, czyli dawnej Rzeczypospolitej, jak wiele imperiów niemającej nawet zręcznej nazwy, bo rzeczy będące niemal światem nie potrzebują nazywać się osobno. Jej wschód dzieli się na dwie mniejsze wielkie zatopieliska, Wielkie Księstwo Litewskie i Ruś, z odmianą kijowską, podolską, wołyńską i halicko-galicyjsko-lwowską. Ale pod Litwą czy jej słowiańskojęzyczną większością, zalega jeszcze pra-atlantyda Krywiczów, którzy wcale nie tak dawno porzucili rodzimy dialekt bałtyjski ucząc się (biało)ruskiego. Pod Podolem zaś leży dziwnie nieznana - bo nikomu do polityki historycznej niepotrzebna - atlantyda Pieczyngów, stepowych Turków, którzy jak się wydaje mieszkali tam dłużej niż się zwykle myśli. Dalej w Stepie Ukrainy jest wszystko i tamtejszych zaginionych ludów nie podejmuję się liczyć. Z Pieczyngami sąsiadował, chyba niepokojowo, nasz zaginiony lud, umownie nazywany Lędzianami. Trzymali Grody Czerwieńskie, zapisane w Kronice Nestora, które właściwie nie wiadomo gdzie były i o które potem wadzili się Chrobry i Jarosław. O Lędzianach zamilkło i tylko ich nazwę przenieśli nasi wschodni sąsiedzi na Polaków. Są przypuszczenia, że bywali (Lędzianie) pod protektoratem morawskim[1] i w sojuszu węgierskim, co by tłumaczyło, czemu Lengyel Magyar két jó barát. Jak widać, starożytne atlantydy polskich ziem, i ta Przeworska, i Wielbarska, i starsza od obu o tysiąc lat Łużycka, to ledwie wstęp do całego archipelagu atlantyd, ponad którym żyjemy i którego zatopione wierzchołki chroboczą nam po kilach.

Te starsze i nieznańsze to nisza, nowsze budzą fascynację i grozę, od której wolano by odwrócić oczy; mam tu na myśli przed innymi wielką atlantydę żydowską, o której wciąż nie wiemy, jakim rodzajem żalu ją pożegnać. Dawniejsze atlantydy gładko przechodzą w atlantydy świeże, gdzie oprócz żydowskiej jest ta wysiedlonych Polaków z Kresów, złupionych ziemian, okradzionych przedsiębiorców. (Ci ostatni - wracam do mojej gminy - zbudowali Milanówek i Podkowę; teraz, gdy ich linia przekazu została przerwana, "kapitał desantowy" chce po sąsiedzku budować giga-świątynię Myszki Miki. Dawniej mieliśmy kapitał spakietowany z patriotyzmem, teraz gdy go nie ma, nalatuje kapitał o naturze - już tylko - sępiej.)

Jarosław Marek Rymkiewicz, obywatel Milanówka, głosi, że polski naród od dawna rozpadł się na dwa narody: niegrzecznych patriotów i posłusznych kolaborantów.[2] Patrioci zaczęli się burzyć, odkąd rządy nad Polską objęły "obce moce" ("co nam obca moc wydarła..."), a pierwszą był ponury Szwed, straszący do dziś z kolumny na Placu Zamkowym, zapatrzony w mrzonkę szwedzkiej, nam psu na buty potrzebnej korony, nasłaniec Habsburgów, trzymających wtedy Śląsk i Czechy, i w końcu austriacki dywersant, agent wpływu, mówiąc po dzisiejszemu. Zygmunt Waza zaczął długi i przeraźliwy ciąg obcych władców, nierozumiejących Polski, mających ją za swój łup i przedmiot targu, albo jak Poniatowski, przez obcą "moc" nasłanych. (W tej diagnozie nie można nie zgodzić się z prof. Rymkiewiczem.) Władców, którzy wraz z obrosłymi ich dworami, koteriami i elitami władzy, nie mogli - no bo jak? - wyrazić i uczynić tego, do czego do dziś wzdychamy na próżno, narodowego interesu. Po czym obcy zastosowali rządy bezpośrednie, po malej przerwie, po 1944 zastąpione znów nasłańcami. [3]

Odczarowywanie przez Rymkiewicza postaci Samuela Zborowskiego, zbuntowanego przeciw królowi Walezemu i kanclerzowi Zamojskiemu, odczarowywanie rokoszu Zebrzydowskiego i całej rokoszowo-konfederackiej tradycji, jest sięganiem po (tytułowe) odrzucone kamienie. Te odrzucone kamienie najgęściej zalegają na zatopionych atlantydach. Zborowski był kalwinem. Zamojski był kalwinem po ojcu, sam wrócił do katolicyzmu. Z kalwinizmu odszczepił się, w Polsce głównie, nurt antytrynitarny, pospolicie zwany arianami, przez samych Braćmi Polskimi. Jeszcze jedna polska atlantyda. Niedawno dostałem wiadomość od Jerzego Kolarzowskiego, sympatyka i czy nie jednego z odrodzonych Braci, że chcą by rząd ogłosił rok 2013 rokiem Braci Polskich. Odrzucony kamień... Oby sięgano po nie śmielej.

Jest rzecz, której dzisiejsza prawica nie zobaczy. Nuci mi się pieśń Słowackiego, w jego "Księże Marku" przypisana Barskim Konfederatom, zaśpiewana po ponad dwustu latach przez Jacka Kaczmarskiego: "Nigdy z królami nie będziem w aliansach..." To jest ten nurt Polski patriotycznie niegrzecznej. Ale co daje siłę Barzanom? "Bo u Chrystusa my na ordynansach, słudzy Maryi...". Gdzie tu zgrzyt? Dobrą odpowiedź znajdziemy w artykule Mariusza Agnosiewicza Zniszczenie protestantyzmu w Polsce (16-05-2002). Oto pierwszą obcą i narzucająca obcy interes a gaszącą narodowy mocą był nie kto inny, a Kościół Katolicki. Zniszczenie protestantyzmu, utrącenie pomysłów o kościele narodowym, uczynienie wrogów z prawosławnej większości ówczesnego państwa, zaprzęgnięcie Polski do habsbursko-papieskiej bryczki i ostateczne obezwładnienie naszego kraju w światowej polityce było owocem uporczywej pracy katolickiego kleru i episkopatu pod wodzą nuncjuszy. Pisze autor "Racjonalisty.pl": "Zwieńczeniem ruchu egzekucyjnego było uchwalenie tzw. Konfederacji Warszawskiej, 28/29 stycznia 1573 r. Był to akt, który wprowadzał oficjalnie wolność sumienia w Rzeczypospolitej, zakaz prześladowania za wiarę, wprowadzał wolność religijną. Był to pierwszy taki akt w Europie. Był to szczytowy moment wpływów Reformacji w Polsce, która jak żaden inny kraj europejski cieszyła się tolerancją religijną /.../" Oraz, tamże: "Episkopat katolicki nigdy nie uznał ważności tej ustawy." Rokosz Zebrzydowskiego, zaczynający długą konfrontację buntowników z kolaborantami, miał miejsce 33 lata później.

Więc żeby stanąć na fundamencie z nieszczęśliwie przez przodków odrzuconych kamieni, trzeba wrócić się do czasów i przekazów sprzed katolickiej mono-władzy nad polskimi umysłami? Tu oczywiste pytanie, jak dzisiaj można ocenić tamten niedokonany zwrot, i czy jego kierunek, protestantyzm, także ten od Braci Polskich, wciąż jest świeżo kuszący, wciąż dostarcza siły? Sam o tym wątpię. Świat poszedł dalej, więc żeby z manowca wrócić na własną drogę, trzeba też dalej się wrócić, głębiej cofnąć. Dokąd? Odpowiedź na szczęście nie jest nowa, nie musimy jej z trudem na nowo wymyślać. Dał ją w roku 1818 urodzony w Województwie Nowogródzkim na Litwie Adam Czarnocki, bardziej znany jako Zorian Dołęga Chodakowski, inicjator polskiego rodzimowierstwa. W broszurze "O Sławiańszczyźnie przed chrześcijaństwem" pisał: "Ogniwa nowej [sci. chrześcijańskiej, WJ] wiary wcielały niepodobnych nas do reszty narodów Europy. /.../ od wczesnego polania nas wodą zaczęły się zmywać wszystkie cechy nas znamionujące, osłabiał w wielu naszych stronach duch niepodległy i kształcąc się na wzór obcy, staliśmy się na koniec sobie samym cudzymi." Wszystko, co ważne, w tych paru słowach zostało powiedziane. Dlatego z taką ciekawością śledzę poszukiwania słowiańskich polskich bogów, nawet jeśli zostały po nich tylko niepewne imiona.


Wojciech Jóźwiak


Przypisy

[1] Wielkie Morawy przywołują jeszcze jedną atlantydę, to jest hipotetyczne chrześcijaństwo w Polsce przed Mieszkiem - słowiańskie, głagolickie i z misji Cyryla z Metodym. To zaś pociąga radykalny pomysł, że głagolickie słowiańskie chrześcijaństwo zaczęło się przed Braćmi Sołuńskimi i zarówno bez nich jak i bez protekty Konstantynopola; a to, co Cyryl i Metody uczynili, nie było ani "chrztem Słowian", ani ustanowieniem nowego pisma i kodyfikacją języka. Cyryl i Metody w myśl tego pomysłu nie byli twórcami słowiańskiego chrześcijaństwa, lecz jego przechwycicielami, którzy przejęli dla patriarchy Konstantynopola ruch, który już istniał przed nimi i zapewne wcześniej był w Konstantynopolu znany, ale jako herezja. Cyryl i Metody zalegalizowaliby ją tylko - coś jak ceremonia małżeństwa legalizuje istniejący związek, wcześniej "dziki". Historyków poproszę o dowody...

[2] Chociaż prof. Rymkiewicz w przywołanym wywiadzie wyraźnie tego nie mówi, z jego wypowiedzi wyłania się inny, inaczej określony patriotyzm niż to się ogólnie przyjmuje: oto warunkiem i początkiem polskiego, tego "niegrzecznego" patriotyzmu, jest idea lub program wolności. O tyle jesteś Polakiem-patriotą, o ile jesteś wolnościowcem. Tak określona polskość-wolność nie bierze się z urodzenia, tylko z przyjętego ideału. Nie z nawyku, tylko z wyboru. (Kolaborantem zostaje się częściej z nawyku, niż przez wybór. Wolności bez aktu wyboru po prostu nie ma.) Tak przechodzimy do idei jakiejś "polskości rozszerzonej", extended polonity, przy której przestaje być ważne, z kogo się ktoś urodził i jakim językiem mówi. Polskość-wolność jawi się ideą uniwersalną czyli ponadnarodową, więc - tu następny logiczny przeskok - miłą imperiom.

[3] Jakiego sortu, już Mickiewicz dobrze wiedział: "Nie dziw że nas tu przeklinają: Wszak to już mija wiek, Jak z Moskwy w Polskę nasyłają Samych łajdaków stek". Dziady, cz. III., fragm. "Bal, scena śpiewana".

Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.