Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2011-06-16

Marcin Hładki

Policjanci

Koniec dzisiejszej nocy
Zapisuję go niechętnie, komplikacja fabuły wydaje mi się sztuczna.


Wszystko odbywa w Stanach, a początek, jak zwykle, niejasny i rozmyty.

Było tak, że emigrant, z Europy ale nielegalny, ukradł coś drobnego w sklepie, a może coś zniszczył niechcący. Kiedy już umknął pogoni, niezbyt zawziętej zresztą, okazało się, że cała sytuacja była obserwowana przez A., policjanta, który wracał do domu po pracy, ale jednak zareagował i zatrzymał go. Niby powinien emigranta aresztować, deportować i tak dalej, ale nie chciało mu się, uważał, że to za duża kara za taki drobiazg więc tylko trochę go postraszył, zapamiętał i puścił wolno.

Jednak, wszystko to widział policjant B., nieprzyjemny typ, z gatunku "brudny Harry", który zaszantażował A., żądając, żeby znalazł emigranta i przekazał mu całą sprawę. Jednak emigrant dobrze się zaszył i A. przez dłuższy czas nie mógł go znaleźć, co było powodem zdenerwowania B. i zwiększania nacisku na A.
W końcu, kiedy się udało, B. zażądał od emigranta przewiezienia pewnej paczki. Później B. zdradził, że było to bardzo nielegalne zadanie i dla emigranta i dla B. który to zlecał. W efekcie A., który był świadkiem tego zlecenia został jeszcze głębiej uwikłany w nielegalne sprawy, których nie rozumiał, a które pozwalały B. na szantażowanie go.

Wydawało się że to koniec ale wkrótce A. musiał ponownie odszukać emigranta i dostarczyć go w miejsce, gdzie boczna, gruntowa droga zakręcała w wąwozie i robił się niewielki placyk, przez nikogo nie uczęsczany. B. pomagał w poszukiwaniach dając instrukcje przez telefon. A. przyjechał wraz z emigrantem w umówione miejsce, w starym samochodzie zupełnie nie przypominał już policjanta, raczej przestępcę. Wysiadł z samochodu zostawiając w środku emigranta i rozglądał się za B, nigdzie go nie było. Zadzwonił telefon i B. zażądał, żeby A. pobił emigranta. A. opierał się, ale B. miał już za dużo haków na niego i nie miał wyjścia, postanowił że coś zamarkuje.

Było wilgotno i zaczął padać drobny deszcz kiedy A. rzucił emigranta na ziemię i zaczął go kopać. Było to dziwnie łatwe, trudno było słabo uderzać i tylko udawać, że to naprawdę. Emigrant podnosił się na ziemi stojąc na czworakach, był cały ubłocony, krew spływała mu z rozciętej brwi. Patrzył w górę błędnym wzrokiem, na A., na mnie. Z prawdziwą złością kopnąłem go w brzuch, żeby się zwinął i żeby nie wiedzieć już tego spojrzenia, i jeszcze żeby wziąć odwet za wszystkie kłopoty, które mi sprawił samym swoim istnieniem.
Wtedy zza krzaków wytoczyła się stara, poobijana furgonetka. Wiedziałem, że w środku był B. i przez malutkie okienko obserwował i pewnie też filmował całą scenę. Poczułem, że moje życie nie należy już do mnie, trochę żal mi było emigranta, ale z jego strony nie czułem zagrożenia, nie miał żadnej rodziny, nikt się o niego nie upomni. Prawdziwym zagrożeniem nie był nawet B. tylko ja sam - mój strach przed konsekwencjami, zwolnieniem, niepewnym dalszym losem, zmianami.

Obudziłem się gwałtownie, mój pies trącał mnie nosem.

Marcin Hładki

Komentarzy nie ma.