Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2016-09-28

Wojciech Galica

Perspektywa a problem ślimaka

Strasznie ciężka sprawa z tą perspektywą, znaczy... Sprawy proste jawią się niczym bardzo skomplikowane, sprawy skomplikowane jawią się niczym najprostsze na świecie, magia miesza się z nauką, ta z kolei z religią, a białe z czarnym. Nie wspominając o tym, że dobre i złe mieszają się nieustannie. To co z bliska wielkie, z daleka robi się małe, a to co ważne - staje się nieistotne.

A wszystkiemu winna perspektywa.

Nie mam pojęcia, jak to wszystko w głowie poukładać, jak odgadnąć, kiedy właściwie postrzegam problem, a kiedy mi się tylko tak wydaje. Jak określić właściwy punkt widzenia? Idę przez park, trzymam ręce w kieszeniach, bo lubię tak z rękami w kieszeniach czasem po parku połazić, i kombinuję. Jak tu rozwiązać problem ślimaka? Nie jest to bagatelny problem, dotyczy bowiem nie li tylko ślimaka, ale dokładnie wszystkiego innego również.

Problem stary jak świat, a ja wciąż nie wiem jak go ugryźć. I żaden z guru, mistrzów, i innych osobistych czy grupowych trenerów, nie udzielił mi żadnej satysfakcjonującej rady, porady, czy czego tam jeszcze mógł mi udzielić.

Problem ślimaka polega na tym (jak ktoś nie czytał Castanedy), że lezie on w poprzek drogi, a po tej drodze spaceruję sobie właśnie ja; ręce trzymam w kieszeniach i patrzę pod nogi. A może ktoś coś zgubił, to sobie znajdę. A tu ślimak. Lezie. Gdybym go nie zobaczył, to nie byłoby problemu – no, ale zobaczyłem. I co ja mam teraz z tym ślimakiem zrobić? Ścieżka w parku, w środku miasta, dość ruchliwa. Nie każdy patrzy pod nogi, więc ślimak ma szanse całkiem małe na dokończenie przeprawy w jednym kawałku. Przenieść go, czy nie przenosić? Buddysta powie zostaw, każdy ma swoją drogę do przejścia... Katolik powie (przynajmniej powie) okaż miłosierdzie, katopatol nadepnie na problem, kładąc kres dalszym rozważaniom. A ja nie mogę się w tej sytuacji zdecydować. Z jakiej perspektywy nie spojrzę – inaczej się sprawa przedstawia. Ślimak pewnie chciałby już w trawie się znaleźć, bo mu średnio miło po rozgrzanym asfalcie brzuchem szorować, tak mi się wydaje, że przecież tam właśnie się wybiera. Więc chyba trzeba mu pomocną ręką służyć. Ale z drugiej strony, niby kto dał mi prawo w cudze sprawy się mieszać. I czy przypadkiem nie zrobię krzywdy komu innemu? A choćby i samemu ślimakowi, który traumatyczne przeżycie z człowiekiem do końca życia będzie rozpamiętywał.

Ślimak to tylko przykład tyleż zabawny co niepoważny. Ale sam problem wydaje się być interesujący. Bo tak naprawdę, czym się w codziennych wyborach kierować? Skąd wiedzieć, kiedy i jak postąpić (zakładam roboczo, że brak akcji to również akcja), jak odróżnić dobre od złego? Ktoś radził, bym kierował się pierwszym odczuciem, tak zwanym głosem serca, a unikał reakcji rozumu. Nie jestem jednak pewien, czy zawsze racja to wibracja. Nie znam zbyt wielu ludzi, którzy z premedytacją robią coś złego. Większość stara się dobrze czynić, czy to sobie, czy to innym. Ale wychodzi, jak zwykle, raz dobrze, a raz jakoś tam. A czasami kiepsko. Tyle że to dobrze, jakoś tam i kiepsko – zamieniają się miejscami – i z której strony by nie patrzeć – inaczej to wszystko wygląda.

Wojciech Galica

Komentarze: 3

1. i z której strony by nie patrzeć – inaczej to wszystko wygląda • autor: (2016-09-29 12:04:57)

Albo wybierasz w tej sytuacji pragmatyzm, albo samooszukiwanie się. Komu decydować o tym, czy lepiej żeby rozjechany został ten jeden, konkretny, w twoim pobliżu się znajdujący ślimak, czy może jednak lepiej żeby zabita została jakaś nie wiadomo gdzie się znajdująca, mało konkretna, oddalona od ciebie krowa? Niektórzy spędzają codziennie chwilę czasu na edukowaniu społeczeństwa na temat etycznych, zdrowotnych i ekologicznych skutków jedzenia mięsa. Inni chwilę czasu na podnoszeniu z ziemi ślimaków. Chcąc nie chcąc, próbując uchwycić całość "zła", albo konkretniej: tego co dałoby się zrobić tak samo, tylko kosztem mniejszej ilości cierpienia, mniejszej ilości zmarnowanych niepotrzebnie czasu i energii - prędzej czy później wpakujemy się w sam środek bagna, które samego rozważającego nad skutkami takiego czy innego postępowania, uwiesza na działaniach podejmowanych zarówno tutaj, tak blisko, jak tylko się da - jak i tam, hen daleko, wykraczając nawet poza nasze małe, ziemskie piekiełko, a wpakowując go w sam środek wielkich procesów dziejowych i kosmicznych, o to że samo ciało w którym znajduje się ten, który zadaje takie pytania, miałoby sprawować nad nimi kontrolę, z całym moim uwielbieniem dla wolności i wolnej woli człowieka - trudno mi je posądzać. Jak w tej sytuacji postępować mądrze? Jak postępować rozważnie, gdzie szukać złotego środka? Nie sposób precyzyjnie określić wartości tych realnie się dziejących, jak i tych tkwiących na wyciągnięcie ręki, do których potrzeba tylko minimum pomyślunku i samozaparcia, czynów których dokonać możemy w służbie dla tego co nie tylko dobre i słuszne - tego co najzwyczajniej w świecie, niezależnie od jednostkowego osądu i wiary w to czy podałam, czy też nie - najlepsze i najwięcej szkodliwych rozwiązań eliminujące, bez precyzyjneg

2. c.d. • autor: (2016-09-29 12:05:44)

bez precyzyjnego określenia kim jest ten, który zadziałać nie tylko w sobie, poprzez siebie, obok siebie, wobec siebie ale też sobą samym może. Ile jestem wart, i dlaczego ktokolwiek miałby wartość moją szacować tak samo zachłannie lub nieśmiało jak ja? Jest to pytanie podstawowe, bez cienia wątpliwości jest ono wielkie. Jest ważne. Sukces w mierzeniu się z nim gwarantuje nam nawet jeśli nie wyeliminowanie z każdego zakątka naszej jaźni wątpliwości co do tego, czy robimy dobrze, lub zniechęcenie tym, że "z której strony by nie patrzeć – inaczej to wszystko wygląda" - to przynajmniej solidny fundament na którym pieczołowicie stawiać możemy, jeśli smykałkę do tego czujemy, chwałę swojego imienia. A od siebie uczciwości i odwagi mogę tylko życzyć. :)

[foto]3. Najprostsza recepta • autor: Przemysław Kapałka (2016-09-29 19:14:03)

Ja stosuję zasadę, że kiedy nie wiadomo, co robić, należy powstrzymać się od działania i zostawić sprawy swojemu biegowi. Przynajmniej nic nie zepsujemy.

Gorzej jest wtedy, kiedy nie wiadomo co robić ale wiadomo, że trzeba cokolwiek. Tu już nie mam takiej prostej recepty.