Przejdź do Taraki "dużej" - na szeroki ekran
zdjęcie Autora

2002-11-15

Wojciech Jóźwiak

Parapsyka, czyli...
...czyli jak zwięźle nazwać new-age, okultyzm, parapsycholgię i inne 'para'

Uwaga: Teksty te były publikowane w "Tarace" w 2002/3 r. jako fragmenty niby-blogu pt. "Składanki" (strony te dziś nie istnieją), następnie w książce "Wiedza nie całkiem tajemna". (Wyd. Studio Astropsychologii, Białystok 2004.) Numeracja rozdziałów jest inna niż w książce i w dawnych "Składankach".


1. Jak siedzieć w jaskini niuejdżu i nie zwariować?

Określenie New Age pojawiło się w Ameryce w latach siedemdziesiątych, u nas stało się znane później, po 1989. Wcześniej była kontrkultura czyli rewolucja kulturalna hippisów (czemu nie mówimy hippich?? - straszne rzeczy dzieją się ze słowami na styku polskiego z angielskim...). Kontrkultura nie byłaby możliwa, gdyby nie eksperymenty z LSD (w końcu w USA i w większości świata zdelegalizowane) i gdyby nie to, co ktoś (czy nie Jung?) uznał za największy przełom w świecie i świadomości Białego Człowieka od czasu upadku Rzymu, mianowicie odkrycie człowieka pozaeuropejskiego, nie tylko jako Dzikusa, ale jako alternatywy. Kontrkultura inspirowała się w równej mierze enteogennymi wizjami, co Indiami, buddyzmem i tradycjami Native czyli indiańskimi. Ruch hippisów załamał się około 1970 roku, po mniej więcej sześciu latach niebywałej mody i nagłośnienia w mediach. (Załamał się w Ameryce i jako masowa moda, bo w Polsce starzy hippisi jeszcze chyba gdzieś istnieją...) Załamał się, bo hippisowskie komuny stały się żerowiskiem gangsterów sprzedających dragi, luz-blus panujący w tych kręgach przyciągał zboczeńców i paranoików (demoniczny Charles Manson, inspirator morderstwa pani Sharon Tate-Polańskiej i Wojtka Frykowskiego jest tu najbardziej nagłośnionym przykładem), zaś opozycyjność hippisów wobec Systemu przyciągnęła do nich lewackich agitatorów. Tak więc około 1970 hippizm - rzeczywiście nowy, świeży strumień! - uległ rozmyciu przez stare i stęchłe męty bandytyzmu, paranoi i marksizmu-maoizmu. W latach 70-tych na gruzy hippizmu weszli guru'owie z Indii, była paruletnia moda w USA na to. W tym czasie też działał Carlos Castaneda. W miejsce zbuntowanej, kontestującej cywilizację kontrkultury pojawił się niuejdż (odtąd ten termin będę pisał w spolszczeniu). Hippizm buntował się przeciw męsko-rywalizacyjno-zawłaszczającej i pazernej kulturze Ameryki, ale sam był z ducha męski: w wyborach hippisów było coś z heroizmu św. Franciszka. Była stanowczość, bezkompromisowość. Hippizm wprawdzie głosił wolną miłość, ale stroje wskazują na silne patriarchalne rysy tego ruchu: brody i wąsy mężczyzn, długie spódnice dziewcząt. Szyjąc swoje stroje hippisi tyleż wzorowali się na Hindusach, co na wzorach własnych, amerykańskich: zarówno na strojach protestanckich farmerów z Dalekiego Zachodu, co na ubiorach Indian. A wiadomo, że i jednym i drugim daleko było od matriarchatu. Od wolnej miłości niedaleko było do haremów, jak ten wokół Mansona. Tymczasem niuejdż powstał jako formacja ...znajdźmy odpowiednie słowo... babska. Od początku ma w sobie grzeczność kącików porad dla pań domu w kolorowych kobiecych czasopismach. Zamiast heroicznych wyborów pociągających za sobą groźbę stania się Obcym wśród swoich, grożących banicją, w niuejdżu jest wszechobejmujący kompromis: składanka wszystkiego ze wszystkim, bez wyborów. Zen jest grzeczny, joga jest cacy, derwisze-bahaiści ślicznie tańczą, astrolog powie ci jedną wróżbę, I-Cing drugą, zodiaki oznakowane kamieniami, drzewami, runami trzecią i siódmą. Masz w środku jakieś czakramy i kanały, pootwierały się, jest fajnie, weź zioła, potem masaż, potem jeszcze pomedytuj chwilę, a na koniec się pomódl, najlepiej od razu i do Chrystusa, i do Buddy, i do Aumakua. Przelatuje ufo kreśląc kręgi w zbożu, kahuni siłą woli podnoszą kamienie, fizycy odkrywają szesnasty wymiar, na dnie oceanu widać ruiny Atlantydy.

Irytująca (po polsku: wkurzająca) w niuejdżu jest jego nieautentyczność. Tylko jak znaleźć granicę, która oddziela to co autentyczne od nieautentycznego? Niuejdż sprawia wrażenie komercyjnej, plastikowej mieszanki. Kusi pomyśleć, że tak naprawdę całego tego zjawiska, ruchu czy też formacji wcale nie ma, a tylko jest ona konstruowana przez własną (tzn. niuejdżową) prasę, tv, własne sklepy, kluby, szkoły, organizatorów kursów itd. Kusi pomyśleć, że niuejdżu, tak jak go przedstawiłem lub raczej skarykaturowałem, nie ma, a tylko taki jego obraz jest tworzony wciąż od nowa dla potrzeb komercji. Bo przecież za leczniczymi masażami stoi wysiłek wielu lat ludzi, którzy całe swoje życie poświęcili na przetarcie dróg i zbadanie technik. Za horoskopami stoi autentyczna pasja ludzi. Czakramy naprawdę wielu ludziom się otwierały i było to dla nich najdonioślejsze doświadczenie ich życia. I tak dalej. A kiedy to się złoży do kupy i wyłoży razem na jakimś kramiku, to się robi z tego... właśnie ten niuejdż. Można by powiedzieć, że niuejdż jest to skłamany, nieautentyczny kanał komunikowania się autentycznych twórców z szeroką publicznością. Jest to sposób komunikowania się twórców z rynkiem - lecz bolesnym problemem jest, dlaczego ten kanał komunikacji jest tak skłamany, dlaczego musi być tak nieautentyczny?

Sprawa ta dotyka mnie osobiście, bo równo od dwudziestu lat w niuejdżowych tematach siedzę, a od dwunastu lat z niuejdżu żyję - najpierw jako wydawca książek i kart, potem jako astrolog-doradca, autor tekstów i prowadzący warsztaty. Co więcej, zapewne swojego zawodu już nie zmienię i musze jakoś zadbać o to, abym to, co robię, robił z sumieniem w miarę czystym. Cóż więc - jak mi się wydaje, należy robić, aby siedząc w oku niuejdżowego cyklonu, w jaskini niuejdżowego tygrysa, jednak nie zwariować? Należy mieć świadomość grzechów niuejdżu i uchybień niuejdżowego myślenia, i jakoś je omijać albo przynajmniej próbować omijać je. Oto niektóre grzechy, jakie przychodzą mi na myśl:

Ignorowanie orzeczeń nauki. Skoro geologowie przebadali dno Atlantyku i znaleźli tam tylko skały powstające w wyniku rozszerzania się i narastania dna oceanicznego, to nie ma sensu dłużej bajać o zatopionych wyspach Atlantydy. Skoro nie znaleziono żadnych wzmianek o kreśleniu horoskopów, ani aluzji do tego, w czasach dawniejszych niż około 200 lat pne, i historycy wnioskują, że horoskop i zasady astrologii wynaleziono właśnie wtedy w krajach hellenistycznych, najpewniej w Aleksandrii rządzonej przez Ptolemeuszów, to darujmy sobie bredzenia o wielotysiącletnich tradycjach astrologii indyjskiej.

Posługiwanie się skradzioną terminologią. W fizyce (którą w pewnym stopniu znam) pojęcie energia jest zdefiniowane ściśle. Jest to liczbowa miara zdolności do ruchu. Nie ma czegoś takiego, jak "łagodna energia", "wojownicza energia", "zielona energia", podobnie jak nie ma zielonej idei, która wściekle śpi (ulubiony w kursach logiki przykład zdania, które niby coś orzeka, a naprawdę jest bez sensu). Ile razy muszę pisać o energii w tekstach astrologicznych (i popularnoastrologicznych, a więc właśnie niuejdżowych), zawsze ręka mi drży nad klawiaturą i myślę jak to obejść. Podobnie jest z promieniowaniem, wibracjami, częstotliwością itd.

(Jak, czym promieniują cieki wodne?)

Nieodróżnianie faktu od metafory. Śledziona jest faktem (a raczej faktem jest to, że masz ją w brzuchu), ale czakram Anahata nie jest faktem, tylko metaforą pewnych procesów dziejących się w umyśle i odczuwanych w ciele. Pewne metaforyczne działania mają faktyczne skutki: jeśli ktoś wypowie w twoją stronę zaklęcie: "ty ch...!", to pewnie skoczy ci poziom adrenaliny, o dalszych skutkach nie wspominając. Straszliwie skłamaną, wypraną ze śladów autentyczności dziedziną niuejdżu jest numerologia, która powinna mieć świadomość, że zajmuje się metaforami, gdy tymczasem nieustannie upiera się, że to fakty. Wśród numerologów jest niewątpliwie dużo więcej idiotów niż wśród astrologów.

Pasożytowanie na autorytetach. Rozumiem przez to przypisywanie nadzwyczajnych właściwości Janowi Pawłowi II, Dalajlamie, Einsteinowi i innym herosom kultury masowej. Dla mnie też jest niestrawne podpieranie się Biblią, jak na przykład te rzekomo zaszyfrowane wróżby w jej tekście, albo powtarzające się z uporem maniaka sensacje, że jakoby znaleziono Arkę Noego na Araracie, albo że potop rzeczywiście się odbył - ostatnio jakoby nad Morzem Czarnym, bzdura zwyczajna.

Brak krytyki. To różni wszelkie dyscypliny niuejdżu od nauki (i doprowadza ludzi nauki do białej gorączki), jako że orzeczenia nauki ufundowane są na nieustającej, agresywnej wręcz krytyce ze strony wszystkich kolegów po fachu. Podobnie rzecz się ma z religiami; wszystkie kościoły chrześcijańskie, religia Żydów i islam aż za dobrze wiedzą, co jest nie ich, jaki sąd jest herezją, kto jest poganinem lub gojem. Buddyzm jest wprawdzie tolerancyjny wobec innych, za to wewnątrz poszczególnych szkół dyscyplina jest rygorystyczna. Tymczasem njuejdż nie ma żadnego mechanizmu, który powalałby odróżniać jeśli nie prawdę od nieprawdy, to przynajmniej działania skuteczne od nieskutecznych, czy najogólniej to w co należy się bawić od tego w co nie należy. Nawet tak nieścisła dziedzina jak poezja ma (a raczej miała kiedyś) swoją gatunkową krytykę i spierano się, czyje wiersze są bardziej udane. W niuejdżu nie ma śladu tego, podobne spory byłyby grubym nietaktem i dowodem, że ktoś nie załapał o co tu chodzi. Oczywiście, niuejdż czuje swoich Obcych, ale oddziela ich przemilczeniami i syknięciami raczej, niż otwartym tekstem. Zauważmy na koniec, że także (moja ulubiona) astrologia, choć jest wieki starsza od niuejdżu, dobrze się od razu poczuła w jego kociołku między innymi dlatego, że sama swoich mechanizmów krytycznych tak samo nie posiadła.

Jak można się bronić przed niuejdżem? Dobrą ochroną jest trudność. Astrologia, mimo wszystko, jakoś się opiera rozmywającym falom niuejdżu, zachowuje swoją odrębność i klasę właśnie dlatego, że jest trudna, że nie da się jej zgłębić w ciągu weekendowego kursu albo przeczytania jednej książeczki. (Chociaż - mówię to z własnego doświadczenia - jest intelektualnie łatwa w porównaniu z dowolnym działem fizyki...) Zen się opiera niby skały Helgolandu, właśnie też przez swoją trudność. Obok trudności dobrym strażnikiem bramy jest też nieatrakcyjność, a raczej niemedialność. Milczący mnisi siedzący bez ruchu ubrani na czarno są zdecydowanie niemedialni! Nie da się medytować w dziesięć tysięcy ludzi na placu przy reflektorach. Mam też nadzieję, że przed rozmywającymi falami da się uratować szałasy potów, bo w środku jest niemedialnie ciemno i wejdzie najwyżej dwadzieścia osób. Elitarność też jest dobrą ochroną, bo niuejdż jako komercja musi być masowy i lekkostrawny. Ciekawym zjawiskiem jest buddyzm wadżrajany, tak jak go znam z Polski w wersji Olego Nydahla i w wersji Tengi Rinpocze i Rinczena. Z jednej strony są masowe zjazdy, tłumne inicjacje i cały festiwal egzotyki przy tym, ale w środku, w rdzeniu są tajemne praktyki, o których się nie mówi, które są osobistą sprawą pomiędzy lamą a praktykującym. Wróżę więc okrętowi wadżrajany, że niuejdż posłuży mu jako fala, która go poniesie i przeminie, podczas gdy okręt będzie płynął dalej. Wreszcie ochroną służy to, co pochodzi od żywiołu Ziemi, a więc to, że to co się robi, jest brudzące, mało estetyczne, dotyczy ciała (i to wcale nie tak jak w "Playboyu"!) i łączy się z niewygodami. Tym się bronią warsztaty szamańskie.

I w końcu myślę sobie, że to, tak jak i wszystko, zależy od poziomu energii. (Uwaga! Tu używam słowa energia w sensie metaforycznym, nie w sensie faktyczno-fizycznym.) Przy wysokim poziomie energii mamy wielką miłość i magię miłości, na niskim gwałty i samogwałty. Przy wysokim poziomie energii mamy rozwój duchowy, na trochę niższym niuejdż.

2. Psychologia transpersonalna

Psychologia transpersonalna (PTP) jest wg mnie raczej projektem niż faktyczną dziedziną nauki. Raczej to jest wciąż coś, co powinno być, niż to co jest. Z autorów piszących w duchu PTP na polski był tłumaczony Stanislav Grof i Ken Wilber. Grof jest stary praktyk klinicysta i pisze do rzeczy, Wilbera nie lubię, jakiś nadęty nudziarz-teoretyk, ale mogę się mylić. Jest po polsku cienka książeczka Nevill'a Drury'ego pt. "PTP", tenże autor pisał też o szamanizmie i taroku. Wydaje mi się (ale mogę się mylić) że moda na PTP ostatnio osłabła, chyba sam ten ruch nie jest zbyt prężny. To, co się na wysokim poziomie nazywa PTP, na niższym poziomie nazywa się new age. PTP to taka new age nobilitowana na uniwersytety, jednak mam wrażenie że ktoś, kto bierze się za badanie zjawisk będących przedmiotem badań PTP (transpersonalnych) szczególnie gdy bada je na sobie, uczestnicząc, w końcu przestaje być badaczem a staje się wyznawcą, a czasem prorokiem-agitatorem, a nawet męczennikiem, co się przydarzyło np. Timothy Leary'emu. Z innych autorów przypominam sobie: właśnie Timothy Leary (był tłumaczony na pol., ale już nie pod hasłem nauka), Terrence McKenna, Ralph Metzner, Albert Hoffmann (raczej jako przyczynek do historii PTP; on odkrył LSD), Michael Harner. W Polsce istnieje Stowarzyszenie PTP, ale działa w nim, jak mi się wydaje, tylko jedna osoba (też mogę się mylić), Tanna Jakubowicz-Mount.

Paweł Pierzchała z Krakowa pytał w emailu o jakieś dane nt. psychologii transpersonalnej i tak mu odpowiedziałem.

Zajrzałem do książeczki Drury'ego: copyright z roku 1989. Stare to wszystko. PTP była w istocie psychologią narkotyków, odkąd zdelegalizowano LSD i podobne środki, nawet dla celów naukowo-uniwersyteckich, i kiedy zaciskał się pierścień anatemy wokół psychedelików, musiała zwiędnąć.

3. Trzy odkrycia

Te trzy odkrycia, o których jest w tytule, łączą się z tym, co powiedział ktoś z Wielkich (czy nie Jung, Carl Gustav?), że największym wydarzeniem obecnej epoki jest ODKRYCIE przez Białych CZŁOWIEKA POZAEUROPEJSKIEGO. Zastanawiałem się, czy to odkrycie nie miało precedensów. I wydaje mi się, że miało. Takie odkrycia były trzy, jak powiedziałem:

(1a) odkrycie Starożytności greckiej i rzymskiej, które dokonało się w Renesansie, głównie w krajach romańskich z Italią na czele, oraz dziejące się w tym samym czasie: (1b) odkrycie Biblii i tradycji judejskiej, mające miejsce w krajach germańskich, co poskutkowało protestancką schizmą. O ile odkrycie 1a skutkowało hellenizacją Europy, istniejącej dotąd w swoim średniowiecznym wydaniu, to odkrycie 1b skutkowało jej judaizacją. Symboliczne niech tu będzie rozpowszechnienie się od tamtych czasów, głównie w krajach angielskojęzycznych, biblijnych imion. Ale w istocie 1a i 1b to dwie postaci tego samego odkrycia, które oznacza: (1) odkrycie przez Europę własnej kulturowej przeszłości, własnych korzeni, ciągłości.

Dalej: (2) odkrycie rzeczywistości poza-ludzkiej, niepodległej ludzkiemu słowu-rozkazowi (w co dotąd wierzyli magowie, stąd na wymieniony czas przypada UPADEK magii, alchemii, astrologii itd, która odtąd stacza się do gatunku rzeczy podejrzanych), za to podległej matematycznemu opisowi i technicznym manipulacjom. "Ojcami", tyleż faktycznymi co symbolicznymi odkrycia nr 2 są Kartezjusz i (przede wszystkim) Newton, wkrótce dołączy do nich Watt z machiną parową, i odtąd rusza Rewolucja NT.

(3) wspomniane odkrycie człowieka poza-europejskiego, tzn. jego duchowego wnętrza/wymiaru, bo odkrycie jego zewnętrzności jako podróżniczej ciekawostki nie było specjalnie ciekawe (a samym odkrywanym przynosiło ciężkie opały, jeśli nie kulturową lub wręcz fizyczną zagładę). To odkrywanie człowieka pozaeuropejskiego układa się na kształt lawiny: najpierw M-me Blavatski i jej antropozofowie; schizma Steinera, który od wschodniej teozofii wraca do judeo-greckich korzeni z fazy nr 1; Crowley, który nie wie, czy kontynuować renesansową magię (z fazy nr 1), czy uczyć się od hindusów i buddystów, wobec których zachowuje spory (a dla współczesnego czytelnika mało zrozumiały) dystans; zaraz po nim Jung, który w pośpiechu tworzy wielki system opisujący życie i naturę duszy, tak jakby usiłował wykreować rodzimą podalpejską wizję życia duchowego zanim świat Zachodu zaleje fala idąca z Azji - chociaż inspirowała go właśnie wiedza o tym, że takie systemy, jak jego własny, już są na Wschodzie i to od prawieków. Jednocześnie nad ludami pierwotnymi pracowali etnografowie, nasz Malinowski jako jeden z pierwszych. Jednocześnie ktoś jako pierwszy Europejczyk spróbował peyotlu i grzybów psylocybe, Hoffmann zsyntetyzował LSD... Aż około roku 1960 trzy części tej konstrukcji zbiegły się: (a) przekaz (do świata Białych) azjatyckich religii/dyscyplin aktywnego (nie czekając na bóstwo) samo-zbawienia; (b) znajomość i fascynacja Człowiekiem Pierwotnym; (c) własne doświadczenie wewnętrzne, głównie to indukowane psychedelikami.

Co te trzy odkrycia łączy? - Każde z nich było odkryciem i włączeniem Innego, Obcego. Pierwsze (renesansowo-reformacyjne) Obce było we własnej przeszłości. Drugie (oświeceniowo-pozytywistyczne) Obce było w Przyrodzie, w Materii, poza człowiekiem. Trzecie Obce jest zarazem poza Europą i poza właściwą jej dotąd umysłową konstytucją - taką, jaka wykształciła się w wyniku tamtych dwóch odkryć.

W latach 70-tych, kiedy miałem dwadzieścia parę lat, zauważyłem, że moje POKOLENIE rozszczepia się na trzy orientacje: komunistyczno-partyjną, katolicko-tradycyjno-narodową, oraz trzecią orientację, najmniej określoną co do swojej formy, którą wtedy nazwałem "egzotyczną". Na gruncie tego, co powyżej, widać, że każda z tych orientacji odpowiadała jednemu z tych trzech odkryć i na nim bazowała:

katolicy - na renesansowych odkryciach korzeni; komuna - na oświeceniowych iluzjach zbudowania społeczeństwa na wzór Machiny; "egzotyczni" - na dochodzących do nas echach kontrkultury i jej niuejdżowych dalszych ciągów.

Myślę, że ktoś, ktoby przyjął te trzy odkrycia za podstawę, mógłby dojść do ciekawych wniosków na temat tego, co się teraz dzieje.

4. Parapsyka

Cały ten obszar nie ma nazwy, a raczej używane nań nazwy nie są dobre. Ma on jednak swoją odrębność i wyrazistość, zarówno dla tych, którzy w nim siedzą, dla tych, którzy są mu niechętni lub wrodzy, jak i dla tych, którzy po prostu przyjmują jego istnienie na mapie tego, czym zajmują się i w co wierzą ludzie. Nie można nazwać go (chociaż tak się go nazywa często) 'niuejdżem' (New Age), bo termin "nowa era" określa pewien ruch, nurt, styl, który związany jest ze swoim czasem; ściśle chodzi o czas po mniej więcej roku 1970 - w Ameryce, bo u nas niuejdż zaistniał dopiero około połowy lat 80-tych. Nie miałoby zresztą sensu zaliczać do "nowej ery" rzeczy, które istnieją od tysiącleci, jak astrologia czy szamanizm. Nie jest właściwa nazwa 'parapsychologia', bo parapsychologia to tylko część tego obszaru; nie da się do niej zaliczyć ani astrologii ani śledzenia ufo. Podobnie nie jest to psychotronika. Bywał proponowany termin 'paranauka' lub 'paranauki', w czym już na starcie zapisana jest podrzędność wobec nauki, tej prawdziwej. Największym nieporozumieniem i grzechem przeciw logice jest nazywanie go 'wiedzą tajemną' albo 'ezoteryką', bo co to niby są za tajemnice, o których trąbią massmedia i którymi się handluje.

Proponuję nazwać to parapsyką, od rdzeni "para" i "psi", ulubionych w nazewnictwie tego obszaru - po angielsku parapsics, po niemiecku die Parapsik, po rosyjsku parapsika; ludzi zaś w tym czymś działających - parapsykami.

Wyliczmy działy składające się na parapsykę:

Co łączy cały ten amalgamat? Zdaje się, że tylko jedno: nieuznawanie go przez naukę ani przez dominujące na Zachodzie religie. Gdy się nad tym zastanowić, widać, że istnieje coś takiego jak normalny obraz świata - taki jaki jest akceptowany przez naukę, uczony w szkołach, niejako oficjalnie przyjęty, w przeciwieństwie do tego, o czym szanowanym obywatelom wolno mówić tylko z przymrużeniem oka. Parapsyka to mniej więcej to, co się w normalnym obrazie świata nie mieści. Oczywiście, ten normalny obraz świata właściwy jest tylko dla pewnego czasu i miejsca, na Zachodzie np. reinkarnacja do niego nie należy, ale o Indiach już tego samego nie stwierdzimy. Można powiedzieć, że w poszczególnych działach parapsyki jest jakaś domieszka cudów, cudowności; ta cudowność to właśnie to, co nie należy do normalnego obrazu świata. Religie wprawdzie akceptują cuda, nawet więcej, na cudach są ufundowane (przynajmniej religie Zachodu, gdyż buddyzm, chociaż cudami nie gardzi, mógłby się bez nich obyć); więcej, skoro religie cudu wymagają dla swego istnienia, to także produkują jego przeciwieństwo, normalny obraz świata - podobnie jak czyni to nauka, i to może jest właśnie klucz do zrozumienia, czym właściwie są i cuda i NOŚ? Jednak religie zamykają cuda w osobnym pojemniku, tam gdzie są czyny istot w mniejszym lub większym stopniu boskich i nie z tego świata (uwaga: znowu coś, co nie stosuje się do buddyzmu!); jest wrażenie, że od jakiegoś czasu religia z nauką zawarły rozejm, wytyczając między sobą granicę, której ani jedna ani druga strona nie narusza, i wiele jest w tym wzajemnej obawy. Parapsyka jednak jest takim partnerem, wobec którego (jeszcze?) podobne reguły rozejmu nie obowiązują.

Na trzy grupy/warstwy można podzielić różne składowe dyscypliny parapsyki:

Powyższe grupy ponumerowałem w dół, od 3 do 1, gdyż grupa 3 jest najbardziej cudowna czy też nie-normalna, grupa zaś z numerem 1 - cudowna najmniej a może wcale. Grupa 3 promuje obraz świata najbardziej odległy od NOŚ, grupa 1 zadowala się światem (niemal) takim samym jak NOŚ, tyle że widzi w nim dodatkowe związki.

Granice między tymi trzema grupami są nieostre i ruchome; wśród zdolności ludzkich, które parapsychologia (grupa 2) ma za swój temat, są aporty, czyli materializowanie lub tylko zdalne przerzucanie z miejsca na miejsce przedmiotów (co podobno zdarzało się robić Uri'emu Gellerowi); jednak istnienie człowieka, który robi to jawnie, taśmowo wręcz, i czyni z tego legitymację swojej religijnej misji (mam na myśli Sai Babę, materializującego złote precjoza) raczej podpada pod grupę 3. Podobnie astrologia należy go grupy 1, ale jeśli któryś astrolog uważa, że widzi, to jego sztuka przenosi się do grupy 2. Zdolności uzdrowicielskie Joao de Deus należą do grupy 2, ale jeśli ktoś uważa, że jego wspierające duchy-lekarze są mieszkańcami normalnego, żeby nie powiedzieć: materialnego, świata, to ustawia brazylijskiego hilera w grupie 3.

Powyższy podział nie ma związku z tym, w co ja albo ktoś inny (bo to jest sprawa osobistych preferencji) wierzy lub dopuszcza tego prawdopodobieństwo. Nie jest tak, że ja najbardziej wierzę w rzeczy nr 1, a najmniej w te spod nr 3. Numerologię (z grupy nr 1) uważam za przesąd, podobnie jak Atlantydę (grupa 3) za baśń, za to jestem (wciąż) fanem astrologii (1) oraz dopuszczam odwiedziny ufo (3), chociaż za bajkę mam, jakoby ufo mieszało się do ludzkich cywilizacji i miało cokolwiek wspólnego z piramidami albo rysunkami olbrzymów na andyjskich płaskowyżach.

(7 listopada 2002)

4. Nie nam wciskać kit ów

W niuejdżu, czyli w Ruchu Nowej Ery, by oddać szacunek, irytujące jest to "new". New Age. Nowa era, epoka, wiek. Nowa zodiakalna Epoka Wodnika. Obietnice zbudowania nowego-odnowionego świata, po tym, jak nie udało się takiego zmajstrować naukowym racjonalistom. Ani komunistom wcześniej, ani hitlerowcom, ani polpotystom. Raj amerykański, ziemia obiecana, jak u purytanów-emigrantów, szukających zbawienia za oceanem. Straszna jest ta potrzeba przyśpieszania historii, wypatrywania raju za rogiem. Ma swoją odwrotną stronę, katastrofizmy, czekanie na koniec świata, bo to jest ta sama mentalność, ta sama, powiedziałby parapsyk, energia. Jak u Edgara Cayce'ego, który w swych widzeniach widział cale płaty swojego nordamerykańskiego kontynentu zapadające się do oceanu lub w głąb lawy pod skorupą ziemską. Jakby ci, którzy prą do przodu, parli i nie mogli inaczej, ale przy tym bali się kary niebios za to. Do tej pory w nowe raje wierzyli sekciarze chrześcijańscy, teraz aż żal patrzeć, jak dołączyli do nich nawet Indianie i ich Biali miłośnicy, bo i z tych okolic słychać (było?) głosy, że jakaś przełomowa data zbliża się (lub już się zbliżyła), jakieś okrągłe pół tysiąca lat minęło i idą czasy ujawniania tajemnych nauk. Pora na wnioski: nie nam, starym duszom, wciskać kit ów.

5. Prawe i lewe skrzydła

Parapsyka - poszczególne jej dziedziny - różni się tym od nauki z jej dyscyplinami, że każdy (chyba?) ze szczegółowych nurtów, które do niej można zaliczyć, ma swoje skrzydło prawe i lewe, i o ile skrzydło prawe dałoby się jeszcze zapisać do nauki i do naukowego poznania, o tyle skrzydło lewe zbacza w stronę... czego? Entuzjazmu, zachwycenia, rozanielenia, oszołomienia... tego wszystkiego, co lud nazywa cielęcym zachwytem, zaś René Girard - mimetyzmem. A co pewnie psychoanalityk nazwałby zalewaniem ego, a może i persony przez treści nieświadome, a najpewniej - kolektywne. To jest ten obszar, gdzie rozum zasypia, a budzą się... może nie od razu upiory, chociaż im też to się zdarza, tylko to coś, na fali czegoś człowiek może pochwycić poczucie szczęścia, ale na pewno nie będzie umiał wyciągnąć jasnych wniosków. Skrzydło prawe jest racjonalne i polega na faktach, skrzydło lewe mistyczy i mediumizuje. Na prawym skrzydle obowiązuje rozum, na lewym pojawia się świadomość mediumiczna, która poczucie pewności bierze nie z badania i wnioskowania, ale z bezpośredniego objawienia. Teksty pisane (lub mówione) dla lewego lub lewo nastawionego odbiorcy można łatwo odróżnić o tych pisanych dla prawego - inny język, inna argumentacja, inny styl: te lewe oscylują między dwiema skrajnościami: poezją (co jeszcze dałoby się znieść) albo sztywną, drewnianą recytacją dogmatów, objawionych prawd podawanych do wierzenia. Czytelnik "Taraki" zauważy, że raczej niewiele jest w niej tych lewych tekstów. Właściwie owo lewe i prawe skrzydło, to ta sama różnica, o której pisał młody Mickiewicz: "Czucie i wiara silniej mówią do mnie niż mędrca szkiełko i oko". Różnica ta jest także podobna do tej, która dzieliła w dawnej Grecji nurt religijny skupiony wokół postaci Apollina od kultu Dionizosa. Apollo stałby tu na prawym, Dionizos patronowałby lewemu skrzydłu. Z drugiej strony kult Dionizosa jest greckim przykładem kultów opętania, rozpowszechnionych w Afryce i wśród potomków Afrykanów na Karaibach, z religią wudu na czele, gdzie wola i głos bóstw przejawia się poprzez media spośród wyznawców, które odstępują swojej cielesnej powłoki bóstwom, po czym wracając, zwykle niczego nie pamiętając, do swojej normalnej świadomości. Bogowie ujeżdżają swych wyznawców-media, jak powiada się na Haiti. Z kolei apollińska strona religii greckiej, orficy, jak się wydaje, tu należeli, miała wszelkie cechy szamanizmu, czyli tej postawy człowieka wobec duchowych mocy, gdzie człowiek owym mocom stawia czoła, rozmawia z nimi, bierze je na usługi, walczy z nimi, rozkazuje im, targuje się z nimi, a czasami ginie za ich sprawą. Media poddają się całkowicie przepływającej przez nie i przemawiającej przez nie sile, szamani przeciwnie, mają wyostrzoną jasność widzenia i zachowują czystość myśli tam, gdzie przeciętny człowiek myśleć przestaje, gdyż takiej dawki emocjonalnego napięcia jaka towarzyszy pojawianiu się duchów jasność rozumu nie wytrzymuje. Media są, upraszczając sprawę, szalone - szamani, przeciwnie, są nadnormalni, mają świadomość bardziej przebudzoną niż przeciętna. Powiedziałem, mediumizm ma w sobie dawkę szaleństwa, bo czym innym jest mimetyzm? - więc pytanie "jak nie zwariować siedząc w jaskini niuejdżu?" ma głębszy sens, niż by się wydawało w pierwszej chwili.

6. Lewe skrzydło

Lewe skrzydło parapsycznych nauk poznajemy po tym, że to, co się tam dzieje, budzi większe emocje, niż by to wynikało z treści dokonującego się przekazu. Lewa astrologia, ufologia, uzdrawianie, radiestezja itd. są przedmiotem wiary, budzą nadzieję, skupiają nawiedzonych entuzjastów, skłaniają do świętego oburzenia, kiedy trafi się sceptyk. A także przyciagają gniew niewierzących. W tych regionach działają mistrzowie-guru; to co się tam dzieje, przypomina w jakimś stopniu sekty, ale i odwrotnie, zdarzają się sekty praktykujące coś z parapsyki. Religie, przynajmniej te wielkie, chociaż ufundowane na podobnym mediumicznym przekazie i stylu myślenia, jednak starają się krążący w nich - w jednych jawnie i na większą skalę, w innych bardziej ukryty - mimetyczny prąd w pewnym stopniu skanalizować, podobnie jak zamykają cuda w ograniczonych ramach świętych opowieści.

7. Prawe skrzydła

Ale przecież istnieją i działają prawe skrzydła astrologii, ufologii, uzdrawiania. Parapsychologia została kiedyś nawet obwołana jako nauka - nauka badająca niezwykłe ludzkie zdolności, i była, a może i jest gdzieś, na wzór nauki uprawiana. Michel Gauquelin przez 30 lat uprawiał astrologiczne badania jako empiryczną, ścisłą i metodologicznie najzupełniej poprawną procedurę naukową. Artur Blania-Bolnar przeprowadził obdukcję śladów i relacji z lądowania ufo pod Puławami 10 maja 1978 roku niby biegły oficer śledczy. Raymond Moody zbudował psychomanteum, gdzie uzyskiwał powtarzalne niby w dobrym laboratorium manifestacje (a może nawet meterializacje?) osób zmarłych [Gauquelin, Blania-Bolnar, Moody - patrz przypis na końcu rozdziału.] - a jednak wszyscy oni i wielu innych nie przebili się ze swoimi praktykami do gmachu nauki. Myślę, że przyczyna jest taka, iż nie sposób w obrębie parapsyki oddzielić jej prawego skrzydła od lewego. Uprawiający poszczególne dziedziny parapsyki jej prawi adepci nie są w stanie dokonać takiego cięcia, żeby odciąć się od swoich lewych kolegów, a także często - co znam dobrze z własnego doświadczenia - nie potrafią sami odróżnić swojej prawej i lewej strony. (Po co się jednak tak rozszczepiać? - takie pytanie od razu się nasuwa.) W obrębie astrologii, najlepiej mi znanej z wszystkich nurtów parapsyki, oba skrzydła łączą się w sposób ciągły. Jest (na skrajnej prawicy) Gauquelin ze swoją krytyką astrologicznej tradycji i próbą zbudowania astrologii nowej (neo-astrology , jak sam ją nazwał) na bazie genetyki i statystycznego badania zjawisk, ale są także tysiące praktyków stawiających codziennie horoskopy klientom i nie podających w badawczą wątpliwość zasad swojego rzemiosła. Są wreszcie wśród nich, albo obok nich, ci, którzy uważają, że wiedzą, widzą i tacy wieszczą oraz ferują wyroki idące z niebios. Jest w końcu, należący do pop-kultury, potężny przemysł astrologii rozrywkowej, tej od wróżb dla Baranów i Byków, co po angielsku nazwano kurtuazyjnie sun-sign astrology (nie wiem czemu to coś dotąd nie ma polskiej nazwy i w ogóle u nas nazywane nie jest). Na różnych krańcach tego pola widać i badawczy rozum, i wolę poznania nie różną od tej, która napędza uznane nauki, ale również biznes duży lub malutki i bardziej lub mniej uczciwy wobec klientów, lęk o przyszłość i ciekawość tej przyszłości, potrzebę bycia zabawianym, oszustwo, naciągactwo, pożądanie uznania i władzy, i najrozmaitsze potrzeby kompensacji swoich słabości. Przypadek Gauquelina jest ciekawy także pod tym względem, że swoją kosmobiologię zaczął on uprawiać jako zwykłą procedurę doświadczalnej nauki, ale do nauki nie przyjęty, musiał pogodzić się z tym, że jego książki będą stać na półkach pod tytułem wiedza tajemna, wydawany będzie przez wydawców New Age, udzielać publicznie się będzie tylko na zjazdach towarzystw astrologicznych. Chociaż swojego racjonalizmu nie porzucił do końca. Podobną przygodę przeżył Rupert Sheldrake, twórca koncepcji "pól morfogenetycznych" która odnawiała w sposób, jak się mogło zdawać, akceptowalny przez naukę i na jej obszarze, starą magiczną zasadę, iż "podobne przyciąga podobne". Jego idee, zignorowane w nauce, schroniły się wprawdzie na półkach niuejdżu, choć raczej na peryferiach parapsyki, jako że łatwo się domyślić, iż koncepcja, wymagająca do swego zrozumienia znajomości biologii, biochemii, krystalografii i jeszcze paru działów przyrodoznawstwa, raczej przegrywa w konkurencji o rząd dusz z horoskopem celtyckim. Szukam w pamięci przypadków, kiedy jakieś przedsięwzięcie zrazu naukowe, lecz działające w parapsycznym obszarze zainteresowań, w końcu pod ciśnieniem parapsycznej lewicy zostaje przez nią wchłonięte i staje się przedmiotem wiar i zachwytów, ale już nie ścisłego i krytycznego myślenia. Czy nie tak było z parapsycholgią?

[Patrz np. Michel Gauquelin, "Your Personality and the Planets" 1980, wyd. polskie "Planety a osobowość człowieka", Wydawnictwo Warsztat Specjalny, Milanówek, 1993, tegoż autora "Planetary Heredity", San Diego 1988, "Neo-Astrology, a Copernicam Revolution", London-New York 1991.
Zbigniew Blania-Bolnar, "Obecność UFO", wyd. Młodzieżowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1988, ss. 117-178.
Raymond Moody, "Odwiedziny z zaświatów", Warszawa 1994, oryg. "Reunions: Visionary Encounters with Departed Loved Ones, New York 1993.]

8. Mimetyzm czyli napór złudy

Jak to się dzieje, że nauki mogą się jednoczyć, i to je wzajemnie wzmacnia... Etologia lub ekologia stoją na ramionach biologii (fizjologii), ta ufundowana jest na genetyce i biochemii, obie mają podstawy w chemii, chemia w fizyce. Przeciwnie, niepokojące są te dziedziny wiedzy - choćby nie mniej ścisłe niż tamte - które stoją osobno od reszty gmachu, nie sięgając korzeniami aż do równań Lagrange'a lub Schroedingera; przykładem językoznawstwo albo teoria pieniądza. ...Więc jak to się dzieje, że nauki wzmacnia ich jednoczenie, natomiast poszczególne dziedziny parapsyki, jednocząc się, lecą w dół w stronę komedii i głupstwa? Kogoś, ktoby wierzył jednocześnie we wszystko, i wszystkie działy parapsyki traktował z jednakową powagą: piramidy Daenikena, Atlantydę, numerologię, lewitację, reinkarnację, cuda czynione przez hinduskich mistrzów, Jezusa żyjącego do dziś gdzieś w Tybecie (którego, jakoby, widział Spalding), wierne przewidywanie przyszłości przez wróżki z agencji, odnowę (a może koniec?) świata w roku 2012, w horoskop celtycki i w fatalny wpływ kaktusów hodowanych w doniczkach na zdrowie, szczęście i harmonię rodziny, a to za sprawą ich ostrych kolców, źle kierujących energię "Qi" - kogoś takiego uznalibyśmy bez dalszych pytań za niespełna rozumu. Ale sprawa nie tylko do kabaretu się kwalifikuje... Przyczyną, że odmiany parapsyki źle się jednoczą, jest właśnie to, że w każdej, przynajmniej na jej lewym skrzydle, zawiera się ładunek mimetyzmu, czyli - mówiąc po psychoanalitycznemu - ulegania kolektywnym siłom psychiki. Przy dodawaniu różnych parapsycznych dyscyplin ten ładunek mimetyzmu sumuje się - aż staje się czymś nie do przyjęcia pod żadną postacią. Z sumowania się parapsyk nie powstaje żaden nieznany świat - lecz regres ku nieokreśloności, stan umysłu prymitywny, zalewany emocjami, nie na korze mózgowej oparty, tylko (pewnie) na węchomózgowiu. Obraz świata wyłaniający się spoza parapsyk, gdyby w ich cały zbiór - tylko na próbę - uwierzyć, jest rozbieżny, nie daje się złożyć w całość, łudzi, rozpuszcza wreszcie.

Z mimetyzmem jest jak z seksem, który jest normalny, gdy jest utajniony i zlokalizowany, ograniczony do tego, co się dzieje między dwojgiem ludzi i to - tu będę politycznie niepoprawny - jednak odmiennej płci. Trójkąty są już czymś wybitnie niepokojącym, tym bardziej grupenseks. I znowu tutaj przyczyną jest mimetyzm, który ujawnia się w każdej postaci seksu, ale w układach więcej niż sam na sam staje się czymś, co zaczyna szaleć. I tak samo zmasowanie parapsyk skutkuje podobną falą mimetyzmu, przed którą samowiedza ma jeden tylko wybór - uciekać. (Patrz mój sen o jedzeniu grzybów.)

Dlatego wchodzenie w obszary leżące pod nawisem mimetyzmem, o ile nie działo się to pod firmą religii, przybierało postać wiedzy tajemnej - stąd inicjacje, tajemnice, niedopuszczanie profanów. To także wyjaśnia, dlaczego wśród ludów plemiennych, żyjących w małych grupach, jak Indianie Prerii, Tunguzi, Eskimosi i Australijczycy ("Aborygeni"), dyscypliny parapsyczne kwitły, zaś wśród ludów cywilizowanych, zebranych w miasta i państwa, były (zwykle i często) tępione lub tabuizowane, a na pewno nie stały w centrum społecznego życia.

I to wygląda na constans ludzkich kultur. Nie będzie nieznanego świata, nie będzie nowej ery, może nawet nie będzie psychologii transpersonalnej. Będą grupy wiedzy tajemnej, będą szamani. Jednych i drugich nie będzie wielu.
(10 listopada 2002)

9. Wiedza tajemna

W wyliczance, co składa się na parapsykę nie wymieniłem wiedzy tajemnej ani okultyzmu. Z samym słowem "okultyzm" jest pewien kłopot. Znaczy w zasadzie to samo, co "wiedza tajemna", ale brzmi inaczej; chyba zbyt często było używane na oznaczenie jakichś mrocznych sił, ukrytego zła; skutek taki, że "wiedza tajemna" nie brzmi zbyt tajemnie, ale "okultyzm" jest nacechowany aż przesadnie. Nie jestem pewien, jaki procent Polaków rozumie to słowo i potrafi je dobrze użyć. W czasach, kiedy znano u nas łacinę, sprawa chyba była prostsza, "okultyzm" pochodzi przecież od słowa occultus, czyli 'ukryty', które jest imiesłowem od czasownika oc-culo (<- ob-cul-), 'ukrywam', a ten pokrewny jest colo, co znaczy 'uprawiam (rolę), hoduję, pielęgnuję, ozdabiam', także: 'strzegę' oraz 'oddaję (religijną) cześć' (i jeszcze parę innych znaczeń). Stąd culta (liczba mnoga) - to 'zasiewy', cultus - 'cześć religijna' (znowu pomijając wyliczankę innych znaczeń). "Kultura" też stąd pochodzi. Przez skojarzenie z "kultem", słowo "okultyzm" przybrało odcień 'tajnego, złowieszczego kultu', jakiejś arcysekty diabolicznej, omamiającej umysły.

Ciekawe, że słowo-termin "okultyzm" przyjęło się w Polsce tylko z końcówką -izm, a więc na oznaczenie 'działalności'. Przedmiot tej działalności nie został nazwany podobnym słowem, i to, czym zajmuje się okultyzm, określa się już inaczej, zwykle słowami "wiedza tajemna". Tymczasem w niemieckim jest wzięte żywcem z łaciny słowo okkult, podobnie po angielsku occult, co oznacza: 'tajemny", ale też: 'będący przedmiotem zainteresowania okultystów'. I tu po polsku brakuje słowa, bo odpowiednikiem byłoby okultny, ale się, nie wiedzieć czemu, nie przyjęło. Szkoda, bo przecież okultny, okkult, occult to nie to samo, co tajemny lub tajemniczy; a na pewno occult to nie to samo, co "okultystyczny" - chociaż zdarza się tłumaczom tak przekładać. Po angielsku jest ponadto the occult, "rzecz tajemna", czyli 'ogół spraw interesujących okultystów i składających się na okultyzm' - a tego po polsku już powiedzieć ładnie się nie da.

Co ukrywa się za terminami "okultyzm", "wiedza tajemna"? Po pierwsze to, że są jakieś grupy, które utajniają to, co wiedzą, a może i swoją obecność. Po drugie, że są informacje, czyli wiedza, która jest ukrywana, którą trzyma się w tajemnicy. To jeszcze nie jest nic dziwnego, jako że dowolna grupa przestępcza albo np. narkotyzująca się dba o to, żeby jej członkowie nie wygadali się z tym, co wiedzą. Bardzo różne mogą być przyczyny, dla których stosuje się poufne hasła i znaki rozpoznawcze, tajemne słowa-kryptonimy, a przyjmowanych nowo wtajemniczonych opieczętowuje się groźbami i klątwami. Jak widać, te dwie rzeczy, grupa i wiedza, nie wystarczą, żeby to był okultyzm. Ale, ktoś powie w tym miejscu, ta wiedza, którą tu mamy na myśli, to taka wiedza, której posiadanie daje moc, i to moc taką, która zapewne byłaby niebezpieczna, gdyby wpadła w ręce kogoś niepowołanego. Jest taka legenda, że w ciągu ostatnich 40 lat życia i wytężonej pracy teoretycznej Albert Einstein stworzył Jednolitą Teorię Pola, lecz kiedy doszedł do wniosku, że wiedza ta da ludziom do rąk zbyt potężne środki zniszczenia, wszystkie swoje zapiski zniszczył i ogłosił, że takiej teorii nie ma. (Pamiętajmy, że bomba atomowa była konsekwencją jego pierwszej teorii, Szczegółowej Teorii Względności. Kilka lat później Einstein stworzył drugie piętro: Ogólną Teorię Względności, która dotychczas nie ma technicznych zastosowań, chociaż dzięki niej przewidziano istnienie czarnych dziur i opisano pierwsze chwile istnienia wszechświata. Jednolita Teoria Pola byłaby trzecim piętrem jego odkryć.) Czy ukrytą teorię Einsteina nazwiemy the occult, "rzeczą okultną"? Nie. Fizyka, przyrodoznawstwo w ogóle, nie produkuje wiedzy tajemnej, nawet, gdyby ktoś jej odkrycia ze wszystkich sił utajniał z jakichś powodów. Okultyzm zakłada bowiem pewien model świata, czy też pewną anegdotę, a może po prostu mit. Najkrócej można go streścić tak: oto kiedyś Bóg, bogowie lub jakieś Potęgi stworzyły świat. Stworzyły go, lub może tylko urządziły wyciągając z chaosu. Gdzieś lub w pewien sposób istnieje plan budowy ich dzieła, tego świata, w postaci przepisów określających i regulujących jego działanie, plan pozostawiony przez stwórców świata. Plan ten jest ukryty - bo zwykłe doświadczenie przekonuje, że nigdzie pod ręką go nie ma. I tu do gry wchodzi okultyzm. Okultyzm pojawia się tam, gdzie ktoś zdaje sobie sprawę, że ta wiedza gdzieś jest i że należy jej szukać, albo oświadcza, że wie, gdzie i jak jej szukać, albo utrzymuje, że zna kogoś (człowieka lub istotę nie całkiem cielesną), kto tę wiedze posiada, albo w końcu stwierdza, że to on sam tej wiedzy jest znawcą albo strażnikiem. Faktycznie pojawiali się reprezentanci każdego z tych czterech przypadków; można ich ponumerować, nazywając odpowiednio okultystami 1-go ("trzeba szukać"), 2-go ("wiem jak szukać"), 3-go ("znam tego, kto wie") i 4-go ("wiem") rodzaju - podobnie jak Lem ponumerował demony Maxwella. Może przy innej okazji wyszukam i przedstawię przykładowych okultystów wszystkich czterech rodzajów. Oczywiście ten podział nie musi być ścisły, ktoś może być okultystą jednocześnie 1-go i 4-go rodzaju, jeśli twierdzi, że wprawdzie zna Wiedzę, ale tylko jej pomniejszą część, lecz zarazem wie, że trzeba szukać Wiedzy całej.

Stwierdziłem wyżej, uprzedzając wywód, że przyrodoznawstwo nie produkuje wiedzy tajemnej. I to jest właśnie ten punkt, który różni naukę od okultyzmu, a zarazem kość niezgody pomiędzy jednym a drugim. Być może wszystkie pozostałe różnice między nauką a okultyzmem dają się sprowadzić do tej jednej różnicy pierworodnej.

Uczeni i badacze długo (jak się wydaje) nie zdawali sobie sprawy z tej różnicy. Kto pierwszy zdecydowanie odróżnił okultyzm od nauki, nie wiem, ale to jest do znalezienia. Wydaje się, że Galileusz, Kartezjusz i Newton już tę różnicę dostrzegali. W każdym razie dostrzeżenie tej różnicy pozwoliło wydzielić naukę (science, żeby było ściśle i po angielsku) z wcześniejszych magiczno-astrologiczno-alchemicznych przedsięwzięć. Nauka zaczęła się wtedy, kiedy udało się odejść od nazwanego wyżej okultystycznego modelu: że gdzieś oto istnieje ukryty zapis wiedzy o stworzeniu. Ci, którzy zaczęli uprawiać naukę, przyjęli inne założenie: że właśnie nie ma odrębnego zapisu czy przekazu wiedzy o działaniu świata, za to właściwą wiedzę o tym, jak to działa można wywnioskować z samych obserwowanych zjawisk przyrody. Nie ma Księgi - to przyroda sama jest taką księgą.

Łatwo zauważyć, że między tym podejściem, które jest źródłowe dla nauki, a źródłowym podejściem okultyzmu nie może być kompromisu. Albo, albo. Dlatego astrologia musiała zejść do rozrywkowego przyziemia (bo nie aż do podziemia!) w tej samej epoce, kiedy zaczęto czuć podstawy nauki - i stało się to właściwie bez podania jakichkolwiek dowodów na to, że astrologia (jakoby) nie działa. Ogłoszenie jej zabobonem nastąpiło bez przedstawienia dowodów rzeczowych. Podobnie odrzucona została alchemia, kawał medycyny (i teraz niekonwencjonalną medycynę importuje się z Chin, Tybetu i Indii, które to kraje tamtego anty-okultystycznego przełomu nie przeszły i nawet go nie zauważyły), także numerologia i kabała. Ciekawe, że podział na naukę i okultyzm szedł niekiedy w poprzek jednostek: Izaak Newton zajmował się i fizyką i alchemią. Ciekawe też, że nie od razu, przeciwnie, z wielkimi oporami zrezygnowano z wyobrażenia Stwórcy; najpierw oswajano się z jego mniej radykalną detronizacją: że wprawdzie Jest, i świat Stworzył, ale teraz już się do niego nie wtrąca.

(12 listopada 2002)

10. Nauka a okultyzm

Różnica między nauką a okultyzmem polega na odmiennej w obu przypadkach początkowej opowieści, a więc i na innym wyobrażeniu o tym, jak działa świat. Wydaje się więc, że przy pomocy samej logiki (logicznej analizy procesu odkrycia naukowego) nie da się oddzielić odkryć naukowych od odcyfrowywań wiedzy tajemnej. Wojciech Sady w książce "Spór o racjonalność naukową" [wyd. Funna, Wrocław 2000] przedstawia długi szereg filozofów nauki, którzy usiłowali podać takie logiczne definicje, które odróżnią wiedzę naukową (w domyśle lepszą) od wiedzy nie-naukowej (ułomnej), a także tych (jak najbardziej znany wsród nich Thomas Kuhn) którzy dowodzili, że nauka w żaden sposób nie jest logicznie wyróżniona jako poznanie obiektywne, niezawodne itd., i jest ułomna podobnie jak inne rodzaje ludzkiej poznawczej działalności. Zdaje się, że w tych dociekaniach chodziło o ogólne określenie granicy między nauką a tym, co nauką nie jest; i raczej nikt z omawianych przez Sadego badaczy nie uwziął się specjalnie na okultyzm. Jednak różnica między nauką a okultyzmem jest warta uwagi właśnie przez to, że polega na innych założeniach, na odmiennej początkowej opowieści. I tak zapewne jest z innymi granicami oddzielającymi naukę od nie-nauk: nie ma więc jednej ogólnej linii demarkacyjnej, za którą okopała się nauka, jest za to wiele różnych, polegających każda na czym innym granic dzielących naukę z jednej strony, a różne nie-nauki ze stron pozostałych. (Granica nauki z okultyzmem jest inna, z religią jest inna, z naukami humanistycznymi jeszcze inna. Żeby je dojrzeć, trzeba patrzeć z obu stron, a nie tylko oczami scjentysty.)

11. Nauka a okultyzm dalej

Pisałem, co różni okultyzm i naukę: to że w okultyzmie wierzy się i zakłada, że gdzieś jest, i jest dostępna - pod pewnymi warunkami oczywiście - wiedza tajemna, a więc wiedza o świecie (- wiedza dająca władzę nad zjawiskami świata), pochodząca od inteligencji wyższych od człowieka, ponadludzkich. Taką inteligencją może być wprost bóg-stwórca (tak powiada się w kabale); albo bogopodobni demiurgowie gnozy; albo że wiedza ta pochodzi od wielkich oświeconych, których wyobrażano sobie na wzór Buddy, albo od ukrytych mistrzów, w których istnienie wierzyła Bławacka i jej naśladowcy; albo wreszcie iż wiedza ta wywodzi się z jakiejś tradycji, linii przekazu, która towarzyszy ludzkości od praczasów - tak zdaje się przyjmowano wśród hermetystów. W wersji wulgarnej, denikenowskiej, wiedza ta miałaby pochodzić od kosmicznych cywilizacji, czyli ufo, albo z czegoś nie tak znów od ufo różnego, bo z Atlantydy.

Kiedy myślimy o wiedzy i jej źródłach, to widoczna jest druga różnica między parapsyką a nauką. Naukowe pojmowanie świata zakłada rozdzielenie myśli i materii, co zdaje się do filozofii wprowadził Kartezjusz. Zakłada się, że myśl jest bezsilna - że myśl może poruszyć materię tylko za pośrednictwem mięśni albo przez rozkaz, polecenie, wydane drugiemu człowiekowi, który może je przekazać dalej, aż w końcu myśl natrafi na swojego mięśniowego wykonawcę, który użyje mięśni choćby po to, żeby nacisnąć guzik. Od biedy rozkaz wydać można też koniowi lub psu; teraz też podobno konstruuje się komputery reagujące na głos albo na prądy czynnościowe, co zasady nie zmienia.

Przeciwieństwem jest (powszechna w parapsyce) magiczna zasada, że myśl jest bezpośrednim czynnikiem sprawczym - że myśl może wywierać bezpośredni wpływ na materię, chociaż raczej mało kto wierzy, że dzieje się to tak jawnie, jak w przypadku zaklęć w filmach "Harry Potter" lub "Drużyna pierścienia".

Bezsilność myśli (co zakłada światopogląd naukowy, choć może lepiej by było użyć słowa materialistyczny, bo sam ten pogląd jeszcze nie wystarcza, aby uprawiać naukę; a może pospolicie-materialistyczny, bo to jeszcze nie jest taki materializm, który definiuje się w filozofii) jest częścią szerszego poglądu o ograniczeniu myśli. Lepiej pasuje tu angielskie słowo confinement czyli, dosłownie, 'zamknięcie w ściankach'. Pogląd ten mówi, że myśl jest zamknięta w ściankach czaszki i oddziałuje ze światem tylko przez ruchy mięśni i wypowiadaną mowę, które to ruchy mięśni mogą ewentualnie coś poruszyć (celowo) i zmienić w materii, w świecie zewnętrznym, a mowa może ewentualnie kogoś innego nakłonić do jego własnych działań. I na tym koniec! Nie ma zaklęć, nie ma czarów, nie ma działania na kogoś samą siłą własnej woli, nie ma czytania w myślach.

13. Ościankowanie myśli

W obrębie parapsyki raz po raz podejmowano próby wyłamania się z zasady ościankowania myśli (confinement). Można powiedzieć więcej: że sprzeciw wobec tej zasady był jednym z motorów, które napędzały i napędzają parapsykę, i źródłem jej żywotności. Sprzeciw ten bywa stopniowany. Najłagodniejsza jego postać to pogląd, że bezsensowne z punktu widzenia pospolitego materializmu działania magiczne (lub takie, które wyglądają na magiczne) mają sens taki, że w pewien niejawny, podświadomy sposób działają na umysł człowieka i przeprogramowują go. Działają na umysł zarówno sprawcy owych magicznych działań, jak i na umysły tych, na których te działania są skierowane. Tak tłumaczy swoją skuteczność najnowocześniejszy rodzaj magii, czyli NLP. Inną odmianą łagodnego sprzeciwu jest pogląd, że mózg ma znacznie większy zakres władzy nad ciałem, niż uczy pospolite doświadczenie; zresztą są na to świadectwa w postaci niemożliwych (jakoby) medycznie cudownych wyzdrowień i uzdrowień, zarówno spontanicznych, jak i po zabiegach bioenergoterapeutów, a także to, co wyczyniają ze swoim ciałem jogini - zwalnianie przemiany materii, oddechu, bicia serca, wchodzenie w stany hibernacji; do tego anegdotyczne opowieści o odporności mistrzów jogi na trucizny lub narkotyki. W myśl tego poglądu magiczne zabiegi skierowane na ciało wywołują mniejszy lub większy, a czasem potężny efekt placebo czyli uzdrawiającej wiary. Byłoby to więc nietypowe działanie mózgu od środka na ciało, które ów mózg obsługuje.

Niełagodny sprzeciw przeciw ościankowaniu myśli kierował tymi badaczami, którzy prowadzili eksperymenty parapsychologiczne, np. mające wykazać istnienie telekinezy, czyli zdolności poruszania bryłami materii poprzez samo skupienie intencji. Ciekawe, że do tego celu nie podeszli w sposób taki, aby ewentualne psychodynamiczne efekty obserwować, że tak powiem, w pełnym świetle, jak - po fakcie i złośliwie - radził im postąpić nasz wielki niedowiarek, Stanisław Lem: mianowicie żeby posadzić wybranych psychoatletów nad czułą wagą uchylną, taką, jakie stosuje się w laboratoriach do pomiaru skrajnie małych sił, i w której czujnikiem jest zawieszone na napiętej sprężystej nici lusterko, które odbija promień światła, wielokrotnie w ten sposób wzmacniając efekt siły, czyli kąt skręcenia nici. Lem proponował, żeby owi psychoatleci tak długo, jak tylko zechcą, próbowali choćby o sekundę kąta odchylić zwierciadło samym skupieniem umysłu - z tego zaś, że nikt nie przedsięwziął takiego eksperymentu, wnosił, iż sami autorzy nie wierzyli w tak objawiającą się moc umysłu. W istocie zaś było tak, że przyjęto inny model zjawiska - oto bezpośrednie działanie umysłu na materię miało się przejawić nie w postaci skrajnie słabych, lecz mimo to stałych i jawnych sił, ale w postaci chwytania przyrody na gorącym uczynku, trochę podobnie jak dziecko, które wierzy, że kiedy w ciemnym pokoju odwróci głowę, to poza jego wzrokiem z ciemności na moment wyskoczą potwory i zanim ono zdąży wrócić ze spojrzeniem, na powrót w ciemności znikną. (Coś takiego pokazali twórcy filmu z rysunkowymi Beatlesami "Żółta łódź podwodna", około roku 1969.) Dlatego parapsychologowie obserwowali wpływ myśli/intencji na rzuty kostką, tak jakby ta faza ruchu bryły, w której staje się on chaotyczny i przestaje w nim działać ścisły newtonowski determinizm, była szczególnie czuła na zabiegi psychoatletów. Tak jakby w determinizmie mechaniki pojawiały się chaotyczne luki, niby okienka w sztywno-deterministycznym porządku, przez które wnikałoby sprzężenie umysł-materia. (Badania takie wykonywano, jeśli dobrze pamiętam, głównie w latach 40-tych i 50-tych ub. wieku, kiedy jeszcze nie słyszano o teorii chaosu i mechanika chaotyczna nie istniała jako dział fizyki.)


Wojciech Jóźwiak





Wojciech Jóźwiak

Komentarzy nie ma.